Od razu zaznaczam, że to nie będzie radosny tekst. A efekt zasiania ziarna własnych wątpliwości i podlania go tonami łajna z życiorysów innych mam. I jest zasadniczo niezwiązany z relacją na linii matka-dziecko, bo dotyczy związku matki z życiem.

Jeśli miałabym wskazać jedną, najważniejszą kwestię, która sprawia, że moje rodzicielstwo doprowadza mnie czasem do obłędu,  to absolutny brak autonomii. Zawsze starałam się być niezależna i nienawidziłam, kiedy ktoś nakazywał mi swoją wolę. Mocno ceniłam sobie swoje potrzeby. Po narodzinach Lenki stanęłam jednak pod ścianą. Na co dzień nie mam z tym większego problemu,ot, nienawidzę prosić o pomoc, Lenka szybko urośnie i nikt nie odda mi już tych fajnych chwil sam na sam z nią, lubię być mamą. Zdarza się jednak i wcale nie za często, że to ja MAM POTRZEBĘ, że jest jakaś konieczność, która popycha mnie ku temu, aby SIEBIE postawić na pierwszym miejscu. A wtedy co?Zwykle pstro.

Prawo Murphiego rodzicielstwa zakłada, że im bardziej na czymś rodzicowi zależy, tym dziecko mocniej będzie mu to utrudniać. To nawet zabawne, jeśli mówimy o obrzygiwaniu przez malucha czystych, eleganckich ciuchów rodzica przed samym wyjściem z domu. Nie zawsze jednak śmieszy. Tak było wówczas, kiedy Lenka zachorowała 3 dni przed moją obroną. Nie jestem idiotką i nie miałam pretensji do własnej córki, raczej do splotów okoliczności. Przez 3 doby nie zmrużyłam oka czuwając nad małą i jednocześnie się ucząc, odwlekając jej wizytę u lekarza, tłumacząc sobie, że ten jeden raz naprawdę  JA POTRZEBOWAŁAM CZASU. Na obronę wkroczyłam po 40 minutach snu, po nie miałam się nawet siły ucieszyć. Pediatra zapewniała, że Lenka jest tylko przeziębiona. Dzień później wylądowałyśmy w szpitalu.Znów to jej potrzeby stanęły na piedestale.

I to nie będzie tekst o tym jak cierpiałam JA, w sytuacji kiedy krzywda dzieje się dziecku każda matka dokonuje amputacji swoich potrzeb i staje na rzęsach, to oczywiste. Niemniej jednak kilka dób z opryskliwym, nieżyczliwym personelem, kolejne nieprzespane noce, pogarszający się stan Lenki doprowadziły mnie do smutnej refleksji i przypomniały wiele faktów.

Dla świata matka jest nikim.

Na co dzień pierdolę ten świat sromotnie, bo za bardzo kocham swoje dziecko, żeby trwonić energię na kwestie podłe. Nie mogę jednak przemilczeć jednej.

Odkąd jestem mamą spotkałam wiele kobiet, które lepiej lub gorzej radziły sobie ze swoją rolą, ale bił od nich tak ogromny smutek, że zawsze wzbudzało to we mnie niepokój. Niepokój, że ja się zarażę, że choć nie odważę się przyznać, to w środku moje wnętrzności będą układały się w najpotwotniejniejsze zdania: nie jestem szczęśliwa.

Myślę, że to się zdarza każdej mamie. Staje na parapecie swoich możliwości, trzymając się niemrawo firanki i skoczyłaby, ale wie, że za bardzo by tęskniła. Siada na krawędzi i zaczyna wspominać życie sprzed dziecka, uproszczając, idealizując…. tęskniąc. Kryzysy miewa każdy, większość z nas po napadzie takich głupich myśli leci ucałować małe, podłe głowy, bez których właścicieli życie nie miałoby sensu.

Według mnie nazbyt często to wydaje się nie być “momentem”, a stałą. Wiele kobiet nie czuje się wcale najszczęśliwsza na świecie, a mimo miłości do dziecka, nie może pogodzić się z wysokością ceny, jaką płaci za rodzicielstwo. I to sytuacja raczej bez wyjścia i tragiczna, bo nieszczęśliwa matka ma nieszczęśliwe dziecko. Bo z każdej innej roli-pracownika, partnera, małżonka, można się wypisać.

A z bycia rodzicem nie, nie bez konsekwencji społecznej chłosty i potępienia.

Słyszałam to niepokojąco za wiele razy:

– Zanim urodziłam byłam spełnioną, szczęśliwą kobietą. Lubiłam się bawić, realizowałam swoje pasje i kochałam pracę. Teraz nie poznaję siebie w lustrze. Kocham moje dziecko, ale….

Wiem, co zechce powiedzieć część z Was- “myślały kretynki, że za rodzicielstwo odpowiadają zręczni marketingowcy Gerbera, a nie życie, naczytały się coelhiozy o spełnianiu pragnień i dostały w mordę od życia, dobrze im tam, niech wiedzą, że jest trudno”

A wiecie,co chcę powiedzieć ja?

Że to zwyczajnie bolesny proces z niezależnej, przebojowej kobiety transformować w matkę. Bo nagle staje się tylko trybikiem w kołowrotku spraw, na które nie ma się większego wpływu.

Rodzisz człowieka, który jest dla Ciebie najważniejszy, a podporządkowanie się mu świat traktuje jako zupełną oczywistość. Przejaw buntu i egoizmu jest odbierany jako niedojrzałość, z której się wyrasta. Bunt zwykle cichnie, a kiedy robi się cicho, potem już tylko szepcze bierność. Miłość do dziecka wynagradza bardzo wiele, ale nie wszystko. Wielu kobietom po porodzie cholernie ciężko znieść nieudolność partnerów, presję teściowych, głosy nawołujące do dbałości o swoje ciało,duszę, intelekt, powrót do pracy.

I spotykam te mamy. Widzę usta z opadającymi kącikami, które co jakiś czas unoszą się, kiedy ich malec okaże im przywiązanie i czułość- zapłaci walutą, która ma wynagrodzić oddanie w zastaw dawnego życia i dawnej siebie.

Możecie mi mówić “że dziecko niekoniecznie musi wszystko zmienić”, sama będę mówić, że cholernie wiele zmienia na lepsze. W wielu sprawach uwrażliwia i uczłowiecza.W paru innych jednak dehumanizuje. Dawne poczucie własnej wartości zostanie zmodyfikowane genetycznie. Nowe może nie mieć szansy się zrodzić.

Te matki ze smutnymi oczami z rozżewnieniem wspominają dawne życie. Z rozżaleniem opowiadają o rozczarowaniach, jakich doznały ze strony partnerów, którzy tak często, mimo deklaracji, sami zachowują się jak dzieci.

Jakby chciały powiedzieć- myślałam naprawdę, że mogę wszystko, a tak naprawdę to mogę ugotować krupnik. Nadal mam szerokie horyzonty, ale fizycznie mniej sił. Podbiłabym świat, ale ciężko się go zdobywa z naręczem toreb, wózkiem, oczekiwaniami innych, że albo oddasz się rodzicielstwu na 1000%, albo będziesz godzić wszystkie role i sprostasz wyzwaniom, jakbyś była cyborgiem.

I patrzą na swoje zdjęcia sprzed 10 lat. I same nie są pewne, czy mimo bezgranicznej miłości do dzieci byłyby w stanie cofnąć czas i za rodzicielstwo zapłacić tą samą cenę. Siedzą jednak pokornie cicho. Przytakują na niedzielnym obiedzie u teściowej, przepraszają dzieci za to, że za dużo pracują, a szefa za to, że mają dzieci, których zachowań nie da się wpisać w grafik.

I to nie tak, że nie dbają o siebie i pieluchy odparzyły im mózg. One po prostu w siebie nie wierzą. A jeśli zgaśnie w kobiecie ta wewnętrzna iskra, która napędza ją do działania, nie pomoże żaden stylista. Nie ma takiego disignera, który leczy duszę. Nie ma czasu i pieniędzy na fryzjera, więc nie będzie go na terapię. Z niezależnych kobiet stają się Smutnymi Matkami.

Smutne matki chowają do szafy szabelkę. Przepraszają za dodatkowe kilogramy, jakby komukolwiek miały się kurwa tłumaczyć. Za niedobry obiad, jakby fakt, jakby ktokolwiek dla kogo go robią potrafił i próbował przyrządzić lepszy. Proszą o wyjścia z domu, jak o przepustkę z więzienia- każdorazowo organizując ją jak eskapadę w kosmos i traktując jak coś niezwykłego, rejestrowanego przez pół rodziny, która musi w tym czasie zająć się dziećmi.

Po roku mówią już “zajął się dziećmi, odpoczęłam, pomyłam podłogi i okna”, “idę na spacer do Biedronki”.

Trudno jest im wrócić do pracy, bo rynek nie czeka na młode mamy. Jeszcze trudniej pogodzić role pracownika z rolą mamy bez poczucia winy. Ich godność depczą koleżanki komentujące wygląd, przechodnie-eksperci od wychowywania dzieci, ale przecież nie mówię o niczym odkrywczym.

Ale jeśli któraś z mam płacze wspominając dawne życie, pamięta jak mówiła kiedyś “mogę wszystko”, a teraz musi prosić męża, żeby kupił jej podpaski, bo nie ma pieniędzy, czasu i  i tak wie, że nie podoła i przyniesie do domu pieluchy dla emerytów nietrzymających mocz, obruszając się o pretensje “bo przecież chciał dobrze”, to niech wie, że bardzo mocno ją tulę. Po prostu. I życzę, aby jednak znalazła w sobie siłę.

Po to,aby ich dzieci opowiadając o nich za X lat nie mogły przerwać fascynującego słowotoku, a nie ograniczyły się, w odpowiedzi na pytanie kim jest kobieta, która ich urodziła, do opatrzonego wzruszeniem stwierdzenia “Jak to kim? Po prostu mamą”.

149 komentarzy
  1. Tak jestem przykladem Smutnej Matki.Najlepszym. Jest ze mna dokladnie tak jak piszesz… nie mam sily na nic,nic mi sie nie chce i pewnie za te x lat bede zgorzkniala pania w srednim wieku ktora bedzie wegetowac miedzy zajmowaniem sie wnukami a rozmyslaniami “co by bylo gdyby”… Czuje sie jakbym wraz z urodzeniem dzieci wypchnela na swiat przynajmniej polowe mozgu…! Serio! Jest mi niezmiernie trudno nabyc nowe umiejetnosc,nauczyc sie czegos, ciekawe rzeczy omijaja moja glowe…Nic w niej nie zostaje.Nie musze dodawac jak jest dolujacym fakt ze ja rzutkie dziewcze z prowincji rzucone w swiat moglam naprawde WSZYSTKO.Nie mialam problemu z nawiazywaniem kontaktow nowymi umiejetnosciami! Wszystko dalo sie zrobic! Nic nie bylo nie mozliwe! No… a tu taki psikus…
    Mnie macierzynstwo zwyczjnie ROZCZAROWALO. Nie tak to sobie wyobrazalam…Nie tak sobie wyobrazilam swoje dziecko ,ktora uosabia wszystko czego w dzieciach nie znosze…Od urodzenia rozdarte 24/7… a ma juz kilka lat.Kocham ja ale… Jestem nia zwyczajnie rozczarowana.Pewnie zostane tu ukamieniowana ale mam to gdzies.Tak sie czuje.To omnie jest ten tekst.Ciesze sie ze ktos wreszcie opisal ten stan…i przepraszac nie bede…i tak wyrzuty sumienia nie daja mi normalnie zyc…

    1. Nie masz za co przepraszać świata… Uważam że moment w którym podejmujemy decyzję o rodzicielstwie nie obliguje nas do bezwarunkowego, bezwzględnego i dożywotniego cieszenia się z faktu posiadania dzieci. Czasami ta nowa rzeczywistość toczy się tak, że wolałybyśmy tego nie widzieć. A Twoja wypowiedź jest esencją wszystkiego, czego obawiam się w związku z macierzyństwem. I czasami już nie wiem, na prawdę nie wiem, czy dziecko to szczyt moich marzeń, szczyt góry ludowej czy jednak szczyt głupoty i kara dożywotniego pozbawienia własnych potrzeb i mózgu.
      Pozostaje mi życzyć Ci dużo sił.

      1. jak można napisać, że dziecko jest uosobieniem wszystkiego czego w dzieciach się nie lubi. ja też przeżywam różne chwile, ale pomyśl czy kiedyś Twoje dziecko nie powie albo napisze, że TY je rozczarowałaś jako kobieta, wzór człowieka itd. zero samokrytyki. dziecko jest jak czysta karta – na razie w dużej mierze zależy co na niej Ty sama napiszesz – temperament może się zmienić i od Ciebie zależy w jakim celu Twoje dziecko będzie umiało go wykorzystać. masakra, smutne by dla mnie było gdyby moja mama uważała, że jestem jej rozczarowaniem. życzę Twojemu dziecku zeby nigdy się o tym nie dowiedziało.

        1. STOP OCENIANIU INNYCH KOBIET! Na litość boską, i to gdzie, u Radomskiej?! Ugryź się w palce, gdy następnym razem przyjdzie Ci ochota skrytykować kogokolwiek za JEGO uczucia, JEGO myśli. Zastanów się, dlaczego w ogóle czujesz, że masz prawo do wydawania takich ocen.

    2. Kochana, mam to samo jak wiele innych matek, choć moje macierzyństwo otarło się o tragedię, synuś mi zmarł, nam…
      nie mam męża dziś, jest ale obok, dzieci kochane ale nie lubię z nimi spędzać czasu, tak mi ciężko posiedzieć nawet 30minut, a w tym by na nie nie wrzeszczeć. są ruchliwe, chętne do poznawania swiata ale przy tym tak nie usuchliwe że doprawdzają mnie do szału, wiecznie upieprzone ściany, podłogi, niezjedzone jedzenie, upierdolone ubrania świeżo po praniu, brak czasu i rozliczanie męża za każde wychodne na 20 minut!!!!

    3. Mój syn to ideał dziecka. Córka jest jego totalnym przeciwieństwem. A najbardziej dobija mnie to, że jak na nią patrzę, to jakbym się w lustrze przeglądała :) Długo szukałam metody na to, by okiełznać ją – mój żywiołek. I wiesz co pomogło? Kiedy zaczęłam jej mówić, że kocham ją taką, jaka jest. Ze wszystkimi błędami, które popełnia, ze wszystkimi szalonymi zachowaniami, z jej niesfornym nieposłuszeństwem itd. To zdziałało cuda. Po kilku miesiącach zmieniła się diametralnie. Widać w niej większą pewność siebie, samoakceptację, a znacznie rzadziej zachowuje się źle. U mnie zadziałało – jeśli masz ochotę, spróbuj, może zadziała też u Ciebie.

  2. Ja też tutaj jestem. Właśnie w tym tekście. W tych zdaniach i słowach. Mój codzienny byt i codzienne wieczorne żale do siebie samej, że nie jestem tak dobra jak “powinnam być”, że nie cieszę się życiem i dziećmi tak jak “powinnam”. Myślę, że jest nas wiele, mało która otwarcie się przyzna, ale wiele anonimowo podpisze się pod Twoim tekstem.

  3. Cudownie napisane. Tego dzisiaj potrzebowałam. hehe Właśnie wstawiłam tort do lodówki – mąż ma jutro urodziny. Łyknęłam antybiotyk, który zastępuje mi kolację. I miałam brać się za mycie podłóg, żeby zdążyć przed karmieniem. Ale teraz pierdolę. Po prostu to pierdolę. Idę do wanny.

      1. Oczywiście, że zauważy. Ona sama. Jak będzie szorować potem skarpetki dziecka (bo będą czarne, albo poplamione), albo odrobaczać dzieciaka, bo na butach tony g.. się wnosi, a dzieciaki przecież żyją na podłodze. Więc to nie jest tak, że jak będzie brudna podłoga, to się nic nie stanie. To samo z bałaganem. Jak jest bałagan, to kto traci życie na szukanie? Kto lubi w syfie siedzieć dzień w dzień? Tutaj nie chodzi o składanie w kosteczkę ubrań, ale żeby lądowały w szufladach. Żeby nie szukać, nie zbierać itd. A zamiast tego wypić ciepłą kawę. Macierzyństwo to niekończący się maraton. Szkoda, że dla tylu matek smutny maraton. Ale rozumiem, współczuję i ściskam mocno Wszystkie mamy.

  4. urodziłam niedawno. 9 tyg. temu. od tego cczasu siedze na d. non stop bo corka inaczej nie bedzie spac. ubezwlasnowolnila i uziemila mnie. zdegradowala jako kobiete, studentke, artystke. siedze non stop. przed tv. z telefonem w reku. ale dala mi cos najcenniejszego. dla niej chce byc dobra. po prostu dobra. wczesniej chcialam byc zla, zepsuta itd. bylo latwiej. teraz chce byc dobra. dla niej, zeby miala wzor oparcie i bezkresna milosc. nie jestem smutna, mimo ze siedze non stop. buziaki Radomska, szanuje Cie i podziwiam.

    1. mnie Lenon pozbawiła czasu w którym mogłam być rozmemłana, niezdecydowana, cierpiąca. Początki były piekłem, u nas teraz o wiele fajniej, także jeszcze nie wyciągaj wniosków. przez pierwsze tygodnie głosiłam teze, ze ludzie klamia,ze tak kochaja swoje dzieci, bo glupio im sie przyznac,bo im nie wolno,ze wcale nie ;D

      1. Dzis mi kolezanka bez zazenowania wyznala, ze nienawidzi byc mama.Zdecydowala sie na dziecko, bo bala sie, ze kiedys bedzie zalowac,ze dzieci nie ma…teraz cierpi.Smutne to i szkoda mi malej, ale z drugiego strony chyba ma prawo byc rozczarowana…wiec staram sie nie potepiac.

  5. A mnie mimo wszystko ubawił jeden wątek. Mianowicie ten z podpaskami. ☺ Na początku stycznia również byłam w szpitalu z moją 2,5 letnią córeczką. I zaraz w drugi dzień pobytu nadszedł niespodziewany okres gigant. I tu moja prośba do męża. Przywieź mi podpaski. Są w ubikacji w szafce pod zlewem. I co mi przywiózł? Malutkie wkładeczki. I jeszcze zdziwiony o co mi chodzi… No dobrze że rolki papieru mi nie przywiózł jako podpasek. ☺ Takie to te chłopy są.

    1. Komentarz stary jak świat, ale nic to. Uśmiałam się przednio?
      A posłuchajcie tego, baby, i zbierajcie szczęki z podłogi. Mój małżonek ostatnio kupił mi wreszcie dobre tampony, bo pamiętał(PAMIĘTAŁ!) jak miesiąc(!) wcześniej mówiłam mu, że potrzebuję takich z takimi pięcioma tymi kropelkami, no! I jak tu nie kochać dziada ??

  6. Nie jestem matką, ale jestem człowiekiem empatycznym i kobietą, która boi się macierzyństwa jak apokalipsy zombie. To właśnie dlatego (wydaje mi się, że) rozumiem ten ciężar. Gdybyśmy wszyscy mogli wejść do jaskini, zaszyć się bez oceny podłego społeczeństwa i wszystkowiedzących obcych, że nie wspomnę o wszystkowiedzącej rodzinie, która ci jeszcze powie – z miłością oczywiście – że jesteś do bani, to wszystko byłoby łatwiejsze. Gdyby ta zasrana presja nie istniała, świat byłby lepszy. Ale jest do bani. Dlatego tak ważne jest to, co piszesz i ten tekst, który właśnie przeczytałam, bo naprawdę za mało się mówi o smutku matek. Feministka we mnie wrzeszczy, że to patriarchat. Chciałaś nosić portki, to niech cię uwierają. Chciałaś życia “poza domem”, to teraz zapierdalaj na 500% każdą swoją rolą społeczną. Masz, udowodnij, że dajesz sobie radę, że praca zawodowa i macierzyństwo, żonieństwo i wszystko da się pogodzić. Ciężko ci? No to smuteczek. Chciałaś, no to teraz sprzątaj…
    Dlatego tak ważna jest solidarność babek. Matek i nie-matek. Żebyśmy chociaż przed sobą wzajemnie nie musiały pozować na wonderwoman, tylko mogły pokazać słabość. Dobrze, że są takie miejsca, gdzie można to zrobić – jak ten blog, Twój fanpejcz i pewnie jeszcze parę innych. Szkoda, że tak przyjazny nie jest jeszcze cały świat. Chciałabym wierzyć, że jeszcze kiedyś będzie. Pewnie tego nie dożyję…

  7. Chciałbym pokazać mojej mamie ten tekst. Jednak zastanawiam się, czy byłaby na to gotowa, jeśli schowała swoją szabelkę do szafy. Myślisz, że te, które ją schowały, przyznają się do tego i coś zmienią? Bo ja szczerze – wątpię.

    I tak sobie myślę, że czasem chciałoby się powiedzieć niektórym: jak dobrze, że byłaś TYLKO mamą. Pokazałaś, że są w życiu rzeczy ważniejsze, niż chwilowe poczucie własnego szczęścia. Dziękuję. Tobie też, Olu, za to, że jesteś przede wszystkim mamą – nie tą, która spełnia oczekiwania wszystkich wokół, ale Lenki i swoje. Nie daj sobie wmówić, że do szczęścia potrzebujesz więcej, niż masz. Tak zawsze może przecież być, prawda?

  8. Lepiej bym tego w słowa nie ubrała, jesteś wielka! Staram się nie być “smutną matką” robić coś dla siebie, np. ćwiczę po całym dniu gdy mały gnom już śpi i daje mi to satysfakcję, jednak rzeczywistość nie daje za wygraną. Moje problemy ze zdrowiem, trudności w znalezieniu pracy, przez co wiązanie końca z końcem na wynajętym i mąż, który też nie zawsze jest oparciem, nie dają być szczęśliwym. I nie uwierzę , ze którakolwiek młoda mama nie ma takiego momentu kiedy myśli, że miało być inaczej. Kocham ich ale.. zawsze jest to ale. Amen!

  9. Kurde, Matko Radomsko… Jedyne, w czym widzę szansę na podniesienie kącików ust SmutMatek, to tworzenie komun, współpraca, kręgi. Czuję, że nic nie jestem w stanie dać od siebie, bo jak jeszcze cos komuś dam, to mnie pochłoną langoliery macierzyństwa. Ale też – że jestem przy samej granicy – albo będę szła ze spuszczoną głową, niczego więcej od życia nie chcąc ( a chcę już coraz mniej – choćby na spacer do Biedrony), albo ją podniosę i w końcu stawię czoła tej rzeczywistości i zacznę tworzyć kręgi. Gdybym miała trochę więcej czasu i trochę mniej zainfekowany dzieciarami (pewnie, że kocham.) mózg, to pewnie mogłabym powiedzieć, że mi wyjęłaś te słowa z klawiatury. a tymczasem – Girl Power, możemy wszystko!!!

  10. To prawda, że poruszyłaś bardzo trudny i odpychany temat. Potrzeba takiego pogadania, to widać także z pierwszego komentarza. Nie miałybyśmy rozterek gdybyśmy były instynktownie postępującymi zwierzątkami, ale niestety nie jesteśmy… ciągle analizujemy, zastanawiamy się, martwimy, że robimy źle. Jestem mama trójki, rodziłam każde z dzieci w “dużych odstępach czasowych” mając 23, 31 i 36 lat, w różnych sytuacjach życiowych. Ostatnio pomyślałam sobie, że gdyby nie dzieci nic nie osiągnęłabym w życiu, ale wcale nie dlatego, że jestem przecież matką – to najważniejsze! Nie, chodzi o motywację, gdyby nie trzy paszcze do wykarmienia moja motywacja byłaby kiepska gdyż straszny ze mnie leń, a tak stawiałam często wszystko na jedną kartę, rzucałam na nowe wyzwania, bo trzeba było dzieciom poprawić warunki. To ten pozytywny aspekt mojego macierzyństwa.
    A mniej pozytywne jest to, że każdego dnia padam na pysk, wyglądam fatalnie, bo dla siebie absolutnie nie mam czasu i takie tam… za temat dziękuję i mam nadzieję, że Twoja córeczka zdrowiutka już!

  11. Czytałam i czytałam i łzy same ciekły mi z oczu. Bo to tekst o mnie. Z drobnymi odstępstwami. Gdy urodził się starszy syn – poczułam się tak jakby ktoś zabrał mi wszystko, cały mój świat, tożsamość, pracę, aktywność, zapał, a nawet fotel w którym czytałam książki. Ja, ambitna, wykształcona, mogąca wszystko nagle skurczyłam się do roli opiekunko/praczko/sprzątaczko/menadżerki domu. Ja też ceniłam sobie niezależność, a nie zostało mi nic. I wszyscy wokół mnie uważali to za zupełnie naturalne, wręcz nie zauważyli zmiany. Wróciłam do pracy, bardzo szybko, bo inaczej chybabym zwariowała. Ale to już nie było to, to było wyrywanie czasu na pracę a nie wykonywanie z sercem i zapałem czegoś, co przecież lubię. Dopóki dzieci były malutkie, takie w wieku opiekunkowo-przedszkolnym, radziłam sobie z organizacją i własnymi emocjami, choć jak napisała jedna z Pań: każde wyjście z domu stało się przedsięwzięciem logistycznym, podanie, trzy zdjęcia, te sprawy. Od jakiegoś roku przestałam sobie radzić. Przestałam być w stanie godzić pracę (głównie po nocach) z zajmowaniem się domem i dziećmi. Skapitulowałam. Mam dość. Mówiono, że z czasem będzie lepiej, łatwiej, gdy dzieci urosną i pójdą do szkoły. Guzik prawda. Jestem tym wszystkim bardzo zmęczona. Tym , że całe planowanie i organizacja jest na mojej głowie. Tym, że moje życie to właściwie tydzień w pracy, dwa tygodnie z chorym dzieckiem w domu. Tym, że po każdej takiej przymusowej i, co oczywiste, niezaplanowanej przerwie chorobowej, coraz trudniej mi się rozkręcić. Taką permanentną obsługą. Rzygam już, gdy muszę po raz n-ty usprawiedliwiać się, że z czymś nawaliłam bo moje dziecko ma zapalenie oskrzeli/anginę/ospę. Zabrzmi to przykro i pewnie wiele osób się oburzy, wiele uzna to za niedojrzałość, ale gdybym mogla cofnąć czas…. to nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na macierzyństwo, ba, mocno zastanawiałabym się czy decydować się na małżeństwo. Niby wiedziałam jak to będzie, ale nie wiedziałam że będzie aż tak.

    1. Ja się nie oburzam, bo mogę sobie wyobraźić jak się czujesz! Trzymam kciuki i, choć to niewiele, wysyłam Ci resztki mojej (nie-macierzyńskiej i nie-mężatej, a i tak ledwo istniejącej) siły. Trzymaj się! Musi być jakiś moment, w którym będzie lepiej!

  12. Ja tez byłam smutną mamą, ba wydawało mi się, że ktoś kto posiada dziecko nie może być szczęśliwy… dwa lata zajęło mi uporanie się z depresją, dwa kolejne powrót wiary w siebie. Opłaciło się, teraz nie zapominam juz o sobie i swoich potrzebach. Spełniam się zawodowo, naukowo- doktorat i po prostu jako człowiek. W tym wszystkim często towarzyszy mi mój syn, który jest po prostu dumny z mamy. Ostatnio nawet zastanawiam się czy jestem gotowa przejść to wszystko od nowa. .. :-)

    1. mózgu nie ma, wydalony z łożyskiem ;) ja płynnie przechodzę od wybierania imion dla drugiego dziecka do wygryzania sobie macicy :)

  13. Dopóki nie miałam dzieci, wydawało mi się, że będę fantastyczną matką. Energiczną i pełną pomysłów. Dzisiaj jestem smutna, jeszcze nie schowałam szabelki, ale drzwi od szafy są już otwarte. Najbardziej rozczarował mnie mój partner albo raczej sublokator, bo chyba jedyne co nas dzisiaj łączy to wspólne mieszkanie. No i seks od czasu do czasu. Przykre.

  14. Tak, to prawda… Ja też bywam smutną matką. Ja jestem potwornie, niewyobrażalnie zmęczona usiłowaniem łączenia macierzyństwa z mecenasostwem, i tak mi to raczej kiepsko wychodzi… Moje córki kocham nad życie, oczywiście, bardziej niż siebie samą. Ale czasem czuję złość straszną, gdy po raz kolejny muszę odwołać spotkanie z klientem, bo mała znowu (który to już raz), po tygodniu w żłobku, dostaje kataru, kaszlu i 40 C gorączki. Co ze mnie za profesjonalista, co ze mnie za matka?! Może powinnam raczej w domu z dzieckiem siedzieć, zamiast się siłować ciągle, rano dźwigać z łóżka najpierw siebie, potem swoje dwie zaspane i niezadowolone panny i targać je na drugi koniec miasta, żeby przez parę godzin zagrać rolę eleganckiej pani prawnik ( z kołnierzykiem oplutym chrupkami kukurydzianymi). Jest ciężko, ale przecież dzieci szybko rosną. Może za 10 lat będę zarabiać i kołnierzyk będę miała czysty. Może.