Od razu zaznaczam, że to nie będzie radosny tekst. A efekt zasiania ziarna własnych wątpliwości i podlania go tonami łajna z życiorysów innych mam. I jest zasadniczo niezwiązany z relacją na linii matka-dziecko, bo dotyczy związku matki z życiem.

Jeśli miałabym wskazać jedną, najważniejszą kwestię, która sprawia, że moje rodzicielstwo doprowadza mnie czasem do obłędu,  to absolutny brak autonomii. Zawsze starałam się być niezależna i nienawidziłam, kiedy ktoś nakazywał mi swoją wolę. Mocno ceniłam sobie swoje potrzeby. Po narodzinach Lenki stanęłam jednak pod ścianą. Na co dzień nie mam z tym większego problemu,ot, nienawidzę prosić o pomoc, Lenka szybko urośnie i nikt nie odda mi już tych fajnych chwil sam na sam z nią, lubię być mamą. Zdarza się jednak i wcale nie za często, że to ja MAM POTRZEBĘ, że jest jakaś konieczność, która popycha mnie ku temu, aby SIEBIE postawić na pierwszym miejscu. A wtedy co?Zwykle pstro.

Prawo Murphiego rodzicielstwa zakłada, że im bardziej na czymś rodzicowi zależy, tym dziecko mocniej będzie mu to utrudniać. To nawet zabawne, jeśli mówimy o obrzygiwaniu przez malucha czystych, eleganckich ciuchów rodzica przed samym wyjściem z domu. Nie zawsze jednak śmieszy. Tak było wówczas, kiedy Lenka zachorowała 3 dni przed moją obroną. Nie jestem idiotką i nie miałam pretensji do własnej córki, raczej do splotów okoliczności. Przez 3 doby nie zmrużyłam oka czuwając nad małą i jednocześnie się ucząc, odwlekając jej wizytę u lekarza, tłumacząc sobie, że ten jeden raz naprawdę  JA POTRZEBOWAŁAM CZASU. Na obronę wkroczyłam po 40 minutach snu, po nie miałam się nawet siły ucieszyć. Pediatra zapewniała, że Lenka jest tylko przeziębiona. Dzień później wylądowałyśmy w szpitalu.Znów to jej potrzeby stanęły na piedestale.

I to nie będzie tekst o tym jak cierpiałam JA, w sytuacji kiedy krzywda dzieje się dziecku każda matka dokonuje amputacji swoich potrzeb i staje na rzęsach, to oczywiste. Niemniej jednak kilka dób z opryskliwym, nieżyczliwym personelem, kolejne nieprzespane noce, pogarszający się stan Lenki doprowadziły mnie do smutnej refleksji i przypomniały wiele faktów.

Dla świata matka jest nikim.

Na co dzień pierdolę ten świat sromotnie, bo za bardzo kocham swoje dziecko, żeby trwonić energię na kwestie podłe. Nie mogę jednak przemilczeć jednej.

Odkąd jestem mamą spotkałam wiele kobiet, które lepiej lub gorzej radziły sobie ze swoją rolą, ale bił od nich tak ogromny smutek, że zawsze wzbudzało to we mnie niepokój. Niepokój, że ja się zarażę, że choć nie odważę się przyznać, to w środku moje wnętrzności będą układały się w najpotwotniejniejsze zdania: nie jestem szczęśliwa.

Myślę, że to się zdarza każdej mamie. Staje na parapecie swoich możliwości, trzymając się niemrawo firanki i skoczyłaby, ale wie, że za bardzo by tęskniła. Siada na krawędzi i zaczyna wspominać życie sprzed dziecka, uproszczając, idealizując…. tęskniąc. Kryzysy miewa każdy, większość z nas po napadzie takich głupich myśli leci ucałować małe, podłe głowy, bez których właścicieli życie nie miałoby sensu.

Według mnie nazbyt często to wydaje się nie być „momentem”, a stałą. Wiele kobiet nie czuje się wcale najszczęśliwsza na świecie, a mimo miłości do dziecka, nie może pogodzić się z wysokością ceny, jaką płaci za rodzicielstwo. I to sytuacja raczej bez wyjścia i tragiczna, bo nieszczęśliwa matka ma nieszczęśliwe dziecko. Bo z każdej innej roli-pracownika, partnera, małżonka, można się wypisać.

A z bycia rodzicem nie, nie bez konsekwencji społecznej chłosty i potępienia.

Słyszałam to niepokojąco za wiele razy:

– Zanim urodziłam byłam spełnioną, szczęśliwą kobietą. Lubiłam się bawić, realizowałam swoje pasje i kochałam pracę. Teraz nie poznaję siebie w lustrze. Kocham moje dziecko, ale….

Wiem, co zechce powiedzieć część z Was- „myślały kretynki, że za rodzicielstwo odpowiadają zręczni marketingowcy Gerbera, a nie życie, naczytały się coelhiozy o spełnianiu pragnień i dostały w mordę od życia, dobrze im tam, niech wiedzą, że jest trudno”

A wiecie,co chcę powiedzieć ja?

Że to zwyczajnie bolesny proces z niezależnej, przebojowej kobiety transformować w matkę. Bo nagle staje się tylko trybikiem w kołowrotku spraw, na które nie ma się większego wpływu.

Rodzisz człowieka, który jest dla Ciebie najważniejszy, a podporządkowanie się mu świat traktuje jako zupełną oczywistość. Przejaw buntu i egoizmu jest odbierany jako niedojrzałość, z której się wyrasta. Bunt zwykle cichnie, a kiedy robi się cicho, potem już tylko szepcze bierność. Miłość do dziecka wynagradza bardzo wiele, ale nie wszystko. Wielu kobietom po porodzie cholernie ciężko znieść nieudolność partnerów, presję teściowych, głosy nawołujące do dbałości o swoje ciało,duszę, intelekt, powrót do pracy.

I spotykam te mamy. Widzę usta z opadającymi kącikami, które co jakiś czas unoszą się, kiedy ich malec okaże im przywiązanie i czułość- zapłaci walutą, która ma wynagrodzić oddanie w zastaw dawnego życia i dawnej siebie.

Możecie mi mówić „że dziecko niekoniecznie musi wszystko zmienić”, sama będę mówić, że cholernie wiele zmienia na lepsze. W wielu sprawach uwrażliwia i uczłowiecza.W paru innych jednak dehumanizuje. Dawne poczucie własnej wartości zostanie zmodyfikowane genetycznie. Nowe może nie mieć szansy się zrodzić.

Te matki ze smutnymi oczami z rozżewnieniem wspominają dawne życie. Z rozżaleniem opowiadają o rozczarowaniach, jakich doznały ze strony partnerów, którzy tak często, mimo deklaracji, sami zachowują się jak dzieci.

Jakby chciały powiedzieć- myślałam naprawdę, że mogę wszystko, a tak naprawdę to mogę ugotować krupnik. Nadal mam szerokie horyzonty, ale fizycznie mniej sił. Podbiłabym świat, ale ciężko się go zdobywa z naręczem toreb, wózkiem, oczekiwaniami innych, że albo oddasz się rodzicielstwu na 1000%, albo będziesz godzić wszystkie role i sprostasz wyzwaniom, jakbyś była cyborgiem.

I patrzą na swoje zdjęcia sprzed 10 lat. I same nie są pewne, czy mimo bezgranicznej miłości do dzieci byłyby w stanie cofnąć czas i za rodzicielstwo zapłacić tą samą cenę. Siedzą jednak pokornie cicho. Przytakują na niedzielnym obiedzie u teściowej, przepraszają dzieci za to, że za dużo pracują, a szefa za to, że mają dzieci, których zachowań nie da się wpisać w grafik.

I to nie tak, że nie dbają o siebie i pieluchy odparzyły im mózg. One po prostu w siebie nie wierzą. A jeśli zgaśnie w kobiecie ta wewnętrzna iskra, która napędza ją do działania, nie pomoże żaden stylista. Nie ma takiego disignera, który leczy duszę. Nie ma czasu i pieniędzy na fryzjera, więc nie będzie go na terapię. Z niezależnych kobiet stają się Smutnymi Matkami.

Smutne matki chowają do szafy szabelkę. Przepraszają za dodatkowe kilogramy, jakby komukolwiek miały się kurwa tłumaczyć. Za niedobry obiad, jakby fakt, jakby ktokolwiek dla kogo go robią potrafił i próbował przyrządzić lepszy. Proszą o wyjścia z domu, jak o przepustkę z więzienia- każdorazowo organizując ją jak eskapadę w kosmos i traktując jak coś niezwykłego, rejestrowanego przez pół rodziny, która musi w tym czasie zająć się dziećmi.

Po roku mówią już „zajął się dziećmi, odpoczęłam, pomyłam podłogi i okna”, „idę na spacer do Biedronki”.

Trudno jest im wrócić do pracy, bo rynek nie czeka na młode mamy. Jeszcze trudniej pogodzić role pracownika z rolą mamy bez poczucia winy. Ich godność depczą koleżanki komentujące wygląd, przechodnie-eksperci od wychowywania dzieci, ale przecież nie mówię o niczym odkrywczym.

Ale jeśli któraś z mam płacze wspominając dawne życie, pamięta jak mówiła kiedyś „mogę wszystko”, a teraz musi prosić męża, żeby kupił jej podpaski, bo nie ma pieniędzy, czasu i  i tak wie, że nie podoła i przyniesie do domu pieluchy dla emerytów nietrzymających mocz, obruszając się o pretensje „bo przecież chciał dobrze”, to niech wie, że bardzo mocno ją tulę. Po prostu. I życzę, aby jednak znalazła w sobie siłę.

Po to,aby ich dzieci opowiadając o nich za X lat nie mogły przerwać fascynującego słowotoku, a nie ograniczyły się, w odpowiedzi na pytanie kim jest kobieta, która ich urodziła, do opatrzonego wzruszeniem stwierdzenia „Jak to kim? Po prostu mamą”.