zlentolkiemroczek (2)

Wszystko,co ważne i dobre, ma proporcjonalną do swojej wartości cenę, bo w życiu nic nie jest za darmo. To stary, wyświechtany frazes. Wracam do niego zawsze, kiedy dopadają mnie wątpliwości związane z moją zawodową i ekonomiczną przyszłością. Bo przecież samochód jest już nastolatkiem, zasłużyliśmy na jakieś wakacje, Lenka tak szybko wyrasta z ubrań i demoluje mieszkanie… Wieczorne rozważania nie trwają zbyt długo, bo sen przy Lenie to nie lada rarytas. A potem nadchodzi rano.

Na początku jest nawet subtelna i cicho nuci pieśni starodawnych Inków tym swoim piskliwym głosikiem. Kiedy nie reaguję stosownym zachwytem, dostaję w łeb stopą, a potem obliśniony cmok. Bywa, że budzi się w niej jakaś formalistka i na dzień dobry po prostu podaje mi okulary,a czasem siada na twarzy, najczęściej jednak po prostu się tulimy.To nasz codzienny rytuał. Jedyny stały,choć o zmiennej porze, bo rano to często dla Lentola 3 w nocy. Wtedy zdarza mi się płakać, ale niewiele ma to wspólnego z rockliwieniem. A przez kolejne 30 minut nie musimy nic.

Nieważne jest śniadanie, harmonogram dnia, obowiązki i plany. Z resztą o stosunku Lenki do moich planów już pisałam- bardzo je lubi, bo tak fajnie szeleszczą, kiedy je depcze. Może to zabrzmieć dla Ciebie jak infantylne wyznanie odmóżdżonej matki, ale codziennie , przynajmniej przez godzinę jestem absolutnie, najzwyczajniej i najcudowniej szczęśliwa. Mogę bez pośpiechu wygłupiać się z kimś kogo bezgranicznie kocham. Z kimś, kto próbuje wydłubać mi oko, kiedy zwlekam z czułym powitaniem połączonym z tuleniem, zapasami, pierdzeniem w szyję i obgryzaniem udek. Z kimś, dla kogo (jeszcze trochę) jestem niezastąpiona.

Kiedy Twój świat pędzi już, bo musisz pilnować rozkładu tramwajów, być gdzieś na czas, w pospiechu dopijasz kawę zapominając o śniadaniu, ja świętuję. Nikt mnie nie goni i delektuję się nim najmocniej, jak umiem, bo wiem, że będę za tymi porankami potwornie tęsknić.  Reszta dnia jest już trochę rutyną i slalomem kombinacji jak zdążyć ze wszystkim i nie paść na pysk, ale każdy z nas ma przecież obowiązki. Ja mam jeszcze do tego brudne od małych palców okulary, zza których, o dziwo, wyraźnie widzę roześmianą gębę, która robiąc patataj na moim żołądku chwali się mleczakami. Robi akuku pod kołdrą, podaje książeczkę, robi giligili. Mam pobudki pełne bezgranicznej miłości i uśmiechu i nieustannie podkrążone oczy.

Kiedy już będę musiała rozpędzić swój świat na dobre i czasu zabraknie na poranne powitania i czułości, bo będę musiała nim zapłacić za wszystko materialne,co chce jej dać, będę cholernie szeroko uśmiechać się do wspomnień. Bo nie ma piękniejszej pobudki niż „Mamo, cio to?”, dźwięku wszystkich grających zabawek, które włącza, kiedy próbuję dalej spać, uczucie, które towarzyszy mi, kiedy mnie tuli. Tudzież kiedy próbuje mi rozłupać plastikowymi organkami łeb.

Nie rozróżniam dni tygodnia, ale uwielbiam się budzić, choć kiedyś tirem nie wyciągnęli by mnie z łóżka skoro świt.

Nieprędko zmienię mieszkanie i samochód, nie pochwalę się nową kiecką znanej marki. Jednak wiem, że to mi można zazdrościć, bo czasu nie można wziąć na kredyt i spłacać w ratach. Dlatego, że  jestem milionerką.