Każda dobra historia, musi mieć zarysowane tło. Tak, aby czytelnik, wyobrażając sobie opisywany ze szczegółami drobiazg, łatwiej mógł się wczuć i zaangażować w prowadzoną narrację. Wyobraź sobie zatem niewielką miejscowość, jakieś trzydzieści lat temu, osadzoną w PRL-owych realiach. Młodzi ludzie kończący dokładnie te same szkoły, zajmujący stanowiska w tej samej fabryce, przekonani, że tak już będzie do końca świata. Mężczyźni w dzwonach i z sutym wąsem, kobiety w szytych masowo sukienkach w kratkę albo ubraniach przerabianych z niepotrzebnych materiałów, ubrań po siostrze. Schemat dnia dla wszystkich ten sam: pobudka o 5, osiem godzin pracy, obiad, telewizja, sen. Jak zapętlony film. Każdy skupiony na kombinowaniu.

Jeden z takich dni. Kilka godzin przed śniadaniową przerwą. Dziewczyny z tego samego działu, obróbka i skrawanie, czują już mrowienie w brzuchu, ale po pierwsze, nie mają ochoty po raz kolejny raz jeść tej samej kanapki z salcesonem, a po drugie, za kilka dni zabawa, trzeba się dopiąć w jedyną, wyjściową spódnicę z Pewexu. Jedna z nich, ani brzydsza, ani ładniejsza, z włosami ani długimi, ani krótkimi, takie, co są bardziej proste lub falowane w zależności od pogody i biodrami takimi trochę w nazbyt opływowym kształcie, jakby na złość małym piersiom schowanym w w staniku z bawełny przemysłowej pod zmechaconym, beżowym swetrem, nie może się już doczekać. Oczywiście zabawy też, ale przede wszystkim śniadania. Dziewczyny z pracy mają jej trochę dość, bo jej to się zawsze wszystko podoba, jak dostała jedną parę butów od ciotki ze Stanów, które nie pasowały do niczego i były rozmiar za duże, to się śmiała, że skoro do niczego, to może je nosić ze wszystkim i na okrągło, no i nóg nie pozdziera, bo jak, kiedy nogi klepią jak wsadzone w kajaki? I o tym drugim śniadaniu, to już od siódmej nadaje. I opowiada wszystkim, jakby co najmniej się miała w Mariocie gościć, co to dzisiaj ma w ten papier zawinięte brązowy. I już jej nie raz miała uwagę zwrócić jedna z drugą, „Weź się Halina weź, a nie tak ciągle i w koło o tym samym opowiadasz, no weź…”, ale nie mogły. I nie chodziło nawet o to, o czym Halina opowiadała, ale jak. Za pierwszym razem, tak ze dwa lata wcześniej, to się nabrały. Halina odwijała ten papier niemal teatralnie, snuła swoją opowieść, dziewczyny unosiły się w swoich roboczych fartucha ponad ziemią, radośnie merdając kieszonkami w drobne kwiaty, w które chowały pożyczone z pracy śrubki, które przecież zawsze mogą się przydać. Nawet ten papier był wtedy magiczny.

Halina wyjęła wówczas ze starej, parcianej torby swoje zawiniątko. Zdążyła powiedzieć jeszcze, że torba może brzydka, ale za to jaka trwała, ale tego już nikt nie usłyszał, bo wszyscy wzrok wbijali w brązowy pakunek, czule na kolanach przez Halinę dzierżony. Halina zainicjowała to spotkanie w sposób dostojny i godny. Opowiedziała, że wprost uwielbia te momenty, że codziennie odwija swój pakunek, jakby to było święto, że podobnie to ona ma tylko przy komunii świętej, zaraz po spowiedzi. Oczy przymknęła, a jej policzki zaczęły się zarumieniać, oblicze jaśnieć, jakby zaraz sama miała udzielać komunii. Dziewczynom wokół to niemal kolana same klękły, tylko otrzeźwiający stukot śrubek w kieszeniach ocalił je, przed tym  błogosławieństwem Haliny. A Halina, nieprzerwanie, rozmarzona i rozmaślona opowieść swoją toczyła.

„Bo wiecie dziewczyny, ja tak mam, że ja nie lubię nic, ja toleruję albo uwielbiam. A jak już uwielbiam, to całą sobą” – i wbiła w koleżanki wzrok zamglony. Jak w amoku, opowieść kontynuując. „Ja tak sobie myślę, każdego dnia, jak otwieram ten pakunek, że, a nóż, bo wiadomo to, nic mnie dzisiaj lepszego nie spotka? Może obrabiarka dłonie zmiażdży, roboty pozbawi i ani wypłaty, ani pakunku nosić nie będę, bo i za co, bo i po co? Albo jak mnie na bramie przeszukają, fartuch przetrzepią i na zbity pysk, na bruk wywalą, to co ja pocznę? Tęsknić będę za skrawaniem, za Wami, za tym rozpakowywaniem. Bo ja naprawdę się codziennie, o tej jedenastej trzydzieści czuję, jakby było Boże Narodzenie i prezenty. I nie tam sweter przerobiony po siostrze, pomarańcza i czekolada co to na niej piszą, że do czekolady podobna, a mnie się wcale nie wydaje, że tak…”

Dziewczyny ogarnęło uczucie, którego nazwać nie umiały- konsternacja. Konsternacja jest wtedy, jak ktoś, kogo nie uważasz, że jest od Ciebie lepszy, ma coś, co według Ciebie, się Tobie należy. Zadziwienie je ogarnęło tak ogromne, że zapomniały oddech złapać i jedna to się nawet zakrztusiła. Nawet to nie przeszkodziło jednak Halinie kontynuować swej opowieści. Napięcie i ciekawość rosły. Ciepły, hipnotyzujący głos Hali sprawiał, że i dziewczyny poczuły magię świąt, a był ledwo listopad!I choć nie wiedziały, co skrywa tajemniczy, drogocenny pakunek, czuły absolutnie, że go potrzebują jak niczego na świecie, że powinny już dawna dla Haleńki milsze być, przecież dobra i poczciwa dziewczyna jest. I papiloty zakręci, jak się ją poprosi, i bluzkę z Pewexu pożyczy, złota i swoja taka! Na pewno się skarbem podzieli, inne to by nie, wiadomo, ale Haleńka od zawsze była dziwna. A tak się składa,  że jak ktoś dziwny posiada coś pożądanego, to nagle robi się niezwykły.

Halina nie wiedziała, o czym myślą dziewczyny. Bo gdyby się nad tym zastanowiła, to pewnie zapytała, dlaczego jak rano pyta o papierosa, to każda jakby głucha, tyłem staje, a teraz otoczyły ją w kręgu, jakby była co najmniej kierowniczką. Nie interesowało jej, co dziewczyny myślą, czy ją lubią, ani, czy tak naprawdę, jej słuchają. Po prostu miała taką potrzebę, żeby się tym podzielić. Napięcie rosło, a przerwa powoli dobiegała końca. Atmosfera w pokoju była tak napięta, że  strach było o okna, że wypadną, jak któraś nie wytrzyma i wybuchnie. Zapyta, co tam jest?! Biżuteria?! Bielizna?! Jakiś zagraniczny rarytas? No co tam jest do cholery?!

Hela nie ulegała jednak presji. Spojrzała na zawiniątko tak czule, jakby to było niemowlę przyniesione wprost z oddziału na karmienie i dotykała go tak delikatnie, jak żadna matka i żadna położna nigdy noworodka dotknąć nie umiała.Uwielbiam ją – mówiła – uwielbiam to, jak lśni jej się skóra, że czasem przypomina egzotyczną mulatkę, a innym- jaśnieje jak delikatne słońce, wpadając w lekki odcień ec.. ek..ekru.., w sensie blado beżowy. Dziewczyny stały oniemiałe, jak wtedy, kiedy kierownik przyłapuje je na tym, że coś za często wsuwają dłonie w kieszonki. I czekały. A Halinka dalej snuła swój poemat.

Uwielbiam to, że jest taka twarda, a tak naprawdę udaje, bo w środku miękka jak poduszka z pierzem! Ta jej skórka to niby pancerz, a tak naprawdę złudam delikatna i krucha. Jak  ta  cieniutka  tafla lodu na kałuży pod zakładem, kiedy się w październiku idzie na ranną zmianę i czuć w powietrzu pierwsze przymrozki.To, że niby jest taka sama, a jednocześnie codziennie inna. Jakby w poniedziałek, z masłem  człowiek poznał jedną z sióstr, a we środę, z pasztetem, kuzynkę, której nigdy nie poznała. Najbardziej jednak uwielbiam ją, kiedy jest zupełnie sama. W jednej ręce czule ją ściskam, długo wąchając, nim musnę językiem, jednak wystarczająco krótko, by nie zdołała obeschnąć. W drugiej, dla równowagi uwielbiam ściskać jej bladoróżową koleżankę. Kiedy mam je obie, zupełnie tracę nad sobą kontrolę.I dziś własnie mam, toż to święto!!!

Dziewczyny z działu odsunęły się na bezpieczną odległość, uniosły w tej swojej pogłębionej konsternacji, czy tam zdziwieniu, które pomaluśku zaczynało je przerastać. Co poniektórej przyszło na myśl, że trzeba było jednak iść do pracy na dział chroniony. Wiadomo, że niebezpiecznie, no ale emerytura szybsza i tak każdy usilnie swojej roboty pilnuje, nie gada, co by nie tylko ręce i robotę, ale i  życia nie stracić. Trzeba było… Bo patrzenie na to, jak Halina powoli wstaje z krzesła, które skrzypnęło z ulgi uwolnione od ciężaru halinowych kształtów, głowę unosi, jakby co najmniej w pierwszomajowym pochodzie, i to na czele,  szła, a nie tylko dupę z krzesła podniosła, mogło przerazić.

Gdyby nie kilka drobiazgów, wszystko by się zgadzało. Istna, jednoosobowa defilada. W zasadzie to, jakby człowiek się tak dobrze wsłuchał, to przecież w uszach huczą nawet przygrywane przez orkiestrę znane, swojskie, patriotyczne melodie, mimo że tak naprawdę, to tylko skrawarka cichym szeptem i turkotem daje znać, że do roboty trzeba już wracać. I naoliwić łożyska. A Halina swoje. Stoi już nie przed dziewczynami, a dwa metry ponad nimi, jak przewodniczący partii, jak papież co najmniej. I nie może już dużej mówić spokojnie, nie może skrywać zawartości pakunku, bo skarbami sie trzeba chwalić, a nie chować z obawy przed ludzką zawiścią i zazdrością. I wtem, przerażonym dziewczynom, na sklepieniu pod sufitem hali ukazuje się, jak Matka Boska, Halina. Jako królowa, tylko zamiast jabłka i korony, bułkę poznańską w jednej dłoni dzierży, a w drugiej serdelek, rumiany, dorodny, ale nadal zwyczajny.

Szok. Dziewczyny ostatni raz tak zdziwione były wyczynami Haliny, jak ją najprzystojniejszy chłopak na zabawie do tańca poprosił, a ona odmówiła tłumacząc, że ma za duże buty. Chłopak spojrzał, potwierdził, butom się przyjrzał, że dziwne, stwierdził szybko i do wniosku doszedł, że lepiej, aby go koledzy z kimś, kto ma taki gust, nie widzieli, bo wstydu narobi. A za sale po cichu tez się z nim nie wymknie, skoro przez butykłapiące jak kajaki, nawet zatańczyć nie chce.

Bułka z parówką. Oto ten skarb. Pięcioosobowy tłum oniemiał, jedna z dziewcząt chciała zemdleć, ale bała się, że jej oniemiałe koleżanki nie zdążą jej złapać, zanim rypnie o posadzkę. Inna miała wrażenie, że to nie Halina eksplodowała, a jej własna czaszka osobista, z nadmiaru informacji. Halina jednak mówiła dalej.

Poznańską uwielbiam, swojska, najlepsza na świeżo, ale dwudniowa też daje radę z mlekiem czy kakałem. Parówka niby zwykła, nawet trochę za słona, ale razem, smakuje co najmniej przyzwoicie. Możnaby uwierzyć, że z mięsem, jakby cżłowiek się bardzo zaangażował i mocno uwierzył! Halinie ciotka, ta od bluzki, opowiadała, że u nich zagranicą to takie bułki codziennie je, że normalnie hit,  żadne tam ziemniaki z mizerią. I jak Halina tą bułkę z parówką jadła, to się trochę czuła, jakby tam była. Jakby szła wzdłuż Times Square, prosto na Broadway, nie w za dużych butach z przypadku, a takich akurat, z wystawy. Zaraz jakby włosy jej jaśniały i oczy, twarz zarumieniona wyglądała na zdrowszą, spódnica w kratę nie była znowu taka najgorsza i sweter przestawał gryźć. Dziewczyny zareagowały kpiną i żartami. Grażyna ryczała jak osioł z zapaleniem krtani, a śmiech wszystkich dudnił wypełniając całą halę i sprawiał, że śrubki w fartuchach wygrywały tą samą rytmiczną melodię. Aż kierownik zaszedł do dziewczyn, zapytać, co tu sie dzieje, dlaczego one nie przy skrawarce stoją, co to za hałas, czy zgłupiały do reszty i się im we łbach poprzewracało? Czy m mózg im powypalały te trwałe i papiloty, czy nie zdażył, bo wszystkie na raz, jak jeden mąż, na łeb upadły i rozum straciły, żeby tak w zakładzie, w godzinach pracy, rżeć?

Tamten dzień był inny niż wszystkie. Odtąd dziewczyny drwiły z Haliny przy każdej okazji, ale żadna nie chciała się przyznać, że drwiły tak trochę z zazdrości. bo wszystkie  pokolei chciały się poczuć, jak Halina. Każda jedna kupiła, po ciuchu i w tajemnicy przed innymi, bułkę z parówką. Wyobrażała sobie chrupiącą jak pierwsza tafla lodu skórkę, rumianą parówkę, próbowała podkolorować ich wspólny smak, nim włożyła do ust. I nic. I chyba bardziej, niż głupio, że Halina tak je dała urobić, zasmucił je fakt, że Halinie tylko bułka z poznańską potrzebne były, by wyruszyć na Broadway, a one, cokolwiek by nie miały, to i tak mało.

Kpiły z Haliny, ale ta wiedziała, kto tu nad kim ma przewagę. Z dumą rozkoszowała się za każdym razem swoim drugiem śniadaniem, jakby było biletem do wielkiego świata. A dziewczyny, mimo żartów, nie przerywały, bo lubiły słuchać jak tam jest, opowieści o tłumie pędzących na spektakle. Halina nie czuła się już gorsza, bo rozumiała, że nieważne jest to, co się akurat w rękach ma, ale to,co można dzięki temu zmienić i zrobić. Smutniała też jednak często, zagryzając serdelka poznańską, że są ludzie, którzy jedzą tylko ordynarną, pospolitą bułkę i przegryzają ją kawałkiem zmielonych resztek owiniętych z folię.Muszą być strasznie niepocieszeni– wspominała czasem, w przerwach memlania zawartości pakunku.

Nie sztuką jest widzieć to,co jest. Sztuką jest skupić się na tym, co się chce zobaczyć. I Halina, chociaż codziennie wstawała na tą samą siódmą, do tej samej fabryki szła, tak samo marznąc i kawę z fusami cedząc przez zęby jak reszta, tak samo, to tak naprawdę widziała to zupełnie inaczej.