300x165-tekstRokuroczek2

socialImgUn

Jakieś 22 miesiące temu dowiedziałam się, że mam ruszyć w drogę. Bardzo trudną i nieprzewidywalną. Zupełnie bez przygotowania i z fatalną kondycją. A co najgorsze, z ciężkim plecakiem, pełnym negatywnych doświadczeń, wątpliwości i ciężkiego jak głaz przekonania, że ta podróż jest zupełnie nie dla mnie.

Okres przygotowań do podróży przetrwałam bez większego szwanku- żadna to jednak sztuka uśmiechać się i mówić, kiedy jeszcze nic nie trzeba robić i nie zastanawiać się, gdzie wsadzić te wszystkie filozoficzne mądrości o 3 nad ranem, kiedy nikt nie chciał słuchać, a ryk dziecka zagłuszał nawet moje wycie do księżyca.

Wszystko tak naprawdę zaczęło się dopiero 25 października 2013. Wtedy dowiedziałam się, jak niewiele o sobie wiem.

***

Pamiętam jak przez mgłę- wypełnianie papierów, KTG, położną, która tłumaczyła, że wraz z pojawieniem się dziecka ocknie się we mnie matka lwica albo kwoka. To skupienie z jakim analizowałam czy dam radę uciec po rynnie. Piżamę wiązaną trzema sznurkami, idealną do dobrania się do moich organów, kiedy jednak umrę na stole operacyjnym. Wrażenie, że tracę przytomność. Widok małej, szarej obślizgłej pięty.

W drugiej dobie jej właścicielka  spojrzała na mnie tymi mongolskimi ślepiami i chyba chciała dać do zrozumienia, że wszystko zależy ode mnie. Dziś wiem, że kłamała.  Noworodki zasadniczo nie mają fakultetów z coachingu, nie mniej jednak robię, co mogę, żeby tego, co zależy ode mnie, nie spieprzyć nazbyt spektakularnie.

***

Przez pierwsze miesiące te podróży chciałam bardzo często schować się w jaskini i udawać, że nie istnieję. A przed wyskoczeniem z okna powstrzymywało mnie często tylko to, że moje są tak brudne, że strach ich dotykać.

Z każdym tygodniem strategii ucieczek snułam coraz mniej. Czasem nawet całkiem dziarsko kroczyłam pod górę pchając wózek, trzymając Lenkę na ręku i szeleszcząc reklamówką z kartoflami. A kiedy się chwiałam, potrafiłam wmówić nawet sobie, że tańczę. Innym razem nie miałam siły ani skakać, ani stać. Samo życie.

Ja wiem, że matek jest cała masa. Ja wiem, że dla świata to jedna z podstawowych i oczywistych ról. Niech ten świat zapieprza i niczemu się nie dziwi. Ja zostaję na dywanie z paprochami, podziwiać, jak moja córka z dziubkiem, który oznacza, że wykonuje zadanie o największym stopniu precyzji, celuje klockiem w odpowiedni otwór, kruszy ciastko, kołysze do snu misia.

Bo  to już rok, a ja niezmiennie każdego dnia staję nad przepaścią.

Jaram się widokami, które zapierają mi dech w piersiach. Takimi, których nie da się opowiedzieć komuś, kto nie dotarł tam z podobnym bagażem pełnym wątpliwości, obaw, kompleksów i lęków. Na drżących nogach.

Przerażam się otchłanią.Nie wiem, czy bardziej paraliżuje mnie to, co się w niej znajduje, czy to, co sobie na jej temat wyobrażam. A może najbardziej to, że wcale nie jest taka straszna, a mimo to nie będę mogła sobie z nią poradzić?

I wydaje mi się czasem, że to już jakaś stała- w końcu dziecko budzi się zwykle za wcześnie, na obiad też jemy mniej więcej te same rzeczy. A tymczasem- ciągle się wspinam. Plecak staje się cięższy- razem z tym, czego nadal nie mogę się pozbyć, o wszystko to, co mimo mojej woli się do niego pakuje. I każde z tych cudownych stop klatek, które chce zabierać ze sobą już wszędzie i upycham sama.

I wyżej okazuje się, że przepaść jest jeszcze straszniejsza, bo się powiększa, a echo pytań bez odpowiedzi dudni głośniej. A widoki jeszcze wspanialsze, choć wydawało mi się, że poprzednim razem wyczerpałam już limit zachwytu i pięknych słów.

Od roku jestem Mamą. Nigdy nie przypuszczałam, że można tak kochać, tak uwielbiać, tyle znieść.I nieustannie być świadkiem cudów. Nie mam pojęcia, czy daję radę i co będę miała do powiedzenia za kolejnych 12 miesięcy. Lenka nauczyła mnie jednak, że ważne jest tu i teraz, a nie przedtem, zaraz, w przyszłości i potem. Nauczyła mnie zachwycać się sylabą, pustym pudełkiem i możliwością kochania bezwarunkową miłością.

Ta miłość, tak jak moje dziecko, nieustannie mnie przeraża, uszczęśliwia, zadziwia, szokuje, dodaje skrzydeł i sprowadza na ziemię. Wiesz, nigdy nie przypuszczałam, że pokocham kogoś aż tak, żeby popłakać się na samą myśl, że ktoś może ją skrzywdzić, a ja mogę nie zdołać jej wtedy pomóc.

Ale przecież nie wolno patrzeć w przepaść kiedy ma się lęk wysokości, prawda? Idę dalej.

***

Wszystko zaczęło się 25 października 2013 roku. Wtedy dowiedziałam się, że nie wiem za wiele. Każdą pewność i wiedzę oddaję jednak bez żalu w zamian za tę miłość.

socialImgUn

31 komentarzy
      1. Ale dajesz radę? Dajesz. Nie poddałaś się. Paznokcie i kolana się zagoją, zakwasy będą przypominać sukces, a i polatasz sobie trochę. A co najważniejsze masz Lenkę :)

  1. Siostra ……….. wcześnie wiedziałam, że będziesz mamą. Potem widziałam, że właśnie stałaś się Mamą. Teraz wiem …. jesteś wspaniałą Mamą…… że reszta będzie dokładnie tak jak piszesz, mieszanką wszelkich emocji, ale wiem, że dasz radę.

  2. Kochana Łobuziaro o dobrym sercu. Własnie przygotowuje wpis o BFG i chociaz śledzę Cie od dobrych 2 lat (wielbię) to nie wiem jak mam Cie okreslić, opisać w kilku zdaniach. A już byłby od 3 godzin.

  3. Rewelacyjny tekst, czytając czułam czasem jakby był o mnie. Moja Lenka urodzils sie 18 września 2013. Pozdrawiam i życzę jak najwięcej radości

  4. Miłość macierzyńska to jest zagadka nie? Człowiek się jej sam po sobie nie spodziewa. A już na pewno nie wie jaką ona przybierze formę. Gdyby można tę miłość przerobić na paliwo złoża ropy i gazu gniłyby bezużytecznie :-) Najlepszego na kolejne lata.

  5. bo to już chyba tak jest z mądrymi, odpowiedzialnymi kobietami, że ta przepaść nigdy nie zniknie. moje dziecko ma cztery lata a ja wciąz boję się każdego dnia, każdego słowa, każdej reakcji. a poza dzieckiem jest jeszcze cała masa ktora coś chce, dopomina się o swoje…

  6. Uwielbiam!! Kocham!!! Czekam z niecierpliwością na każdy następny wpis…

    Podpisane: Matka od 8 miesięcy

    P.S A okna też mam ufajane na maksa, ale co tam!

  7. Gratualcje, ale przede wszystkim – wszystkiego najlepszego szanownej jubilatce, która świeżo skończyła okrągły roczek :)

  8. Gdybym kiedyś wpadła na pomysł, żeby jednak strzelić sobie tatuaż, to chciałabym, aby był to odciśnięty ślad stopy Mojego Półroczniaka…
    … a w środku ostatnie zdanie Twojego wpisu…
    Done.
    Zaprojektowane.

  9. Jesteś tak wspaniała ze aż mi dech zaparło, na końcu wpisu piszesz o ważnym czymś…miłości.
    ponoć ta do własnego dziecka przełamuje wszelkie opory
    ja nie mam jeszcze dzieci, ale chce chce..

  10. Miło się dowiedzieć, że ktoś też wątpi, ma wątpliwości, jest wątpliwością. Ja wiem na pewno tylko jedno, że nie ma niczego pewnego. Wszystko można podważyć. A raczej tak było dopóki zostałam matka. Teraz nareszcie mam jedną pewność. Nie ma takich granic, na których kończyłaby się moje miłość do córki. Ostatnio doznałam urazu kręgosłupa. Cholerny ból łagodził jedynie silny środek przeciwbólowy przepisany przez neurologa. Leżałam, nie mogłam chodzic. I wtedy moja córka zachorowała (rotawirus) a ja w stresie, nerwach strachu i zgryzocie przez dwie doby ślęczałam przy niej, nosiłam i tuliłam choć normalnie już trudno mi ją podnieść i zapomniałam o sobie zupełnie. Nie czułam ograniczeń ciała bólu, nic. Dopiero jak poczuła się lepiej musiałam trochę odpocząć. Ale generalnie mi przeszło ;) Człowiek to jednak dziwny stwór jest…

    1. miałam skierowanie do szpitala ostatnio i myślałam, że umrę, ale … Lenka nie mogła spać, więc jednak nie umarłam ;)

  11. Trafiasz swoimi wpisami w samo sedno. Ja 25 listopada 2014 roku wkroczyłam w druga nieznaną drogę. Pierwsza ma już 3,5 roku. Niepowtarzalne uczucie:) pozdrawiam.

  12. Tekst najlepszy na świecie.
    Cieszę się, że mimo tej całej karuzeli z Lenką masz siłę, żeby zostać Radomską i czas na dzielenie się sobą z innymi. Gratuluję takiej rodzinki. Trzymam kciuki.

  13. Ten tekst jest cudowny! Nie ważne, czy wygra w Blogu Roku, czy nie. Zebrałaś w nim wszystkie wątpliwości, wszystkich matek na świecie!

  14. Trafiłam tu przypadkiem i czytając ten tekst cały czas śmiałam się i ryczałam na zmianę. Czy ktoś napisał o mnie? Czy wszystkie matki przeżywają podobnie? Świetnie napisane na prawdę
    czapki z głów. Prawda to, że jak się nie ma dziecka to niektóre hasła to tylko puste slogany, dopiero jak się doświadczy macierzyństwa i tych wszystkich, skrajnych emocji to człowiekowi spada z oczu jakaś kurtyna i zaczyna wszystko “bardziej” rozumieć.

Napisz komentarz:

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.