To się wydarzyło przypadkiem – ktoś wywołał mnie do odpowiedzi i poprosił o 5 faktów o mnie i w jednym z nich napisałam, że moi rodzice się rozwiedli, a ja, zamiast traumy i poczucia posiadania rozbitego domu, mam dziwny żal, że stało się to tak późno, kiedy byłam już dorosła. W odpowiedzi dostałam dziesiątki wiadomości, które mniej więcej brzmiały podobnie „potrzebowałam to usłyszeć, dzięki”. I może powiem coś bolesnego, ale tak -moim zdaniem istnieje cholernie duże prawdopodobieństwo, że  dziecko nie podziękuje Ci za to, że się nie rozwodzisz.

Autorki tych wiadomości potrzebowały usłyszeć, że składając pozew o rozwód nie zniszczą psychiki swojego dziecka. Jedno zdanie wystarczyło, by poczuły lekką ulgę – że gdzieś tam, jakaś kobieta, bez znaczenia, że akurat ja, napisała, że chciałaby rozwiedzionych rodziców dużo wcześniej. Bo one biją się z myślami, co wieczór przed snem rozważają za i przeciw, za jest wyraźne jak neon nad burdelem, ale przeciw szarpie jak konwulsje – jak zniesie to dziecko, jak sobie poradzę, jak się utrzymam, co powie rodzina, a co jeśli będzie trudniej, co jeśli „rozbijanie rodziny” (która faktycznie nie istnieje) to błąd?
Nie odpowiem na te wątpliwości, bo jakim niby prawem miałabym to robić? Nie mogę mówić w imieniu dzieci rozwodników, nie mogę mówić w imieniu dorosłych, których rodzice rozstali się, kiedy wydawać się mogło, że czeka ich wspólna starość, wnuki i bambosze. Mogę mówić tylko w swoim i posilać się wynikającą z nich refleksją. A brzmi ona tak…

To nie rozwód jest dramatem.
Dramatem jest sytuacja, w której przed nim powstrzymuje fakt, że jest się finansowo zależnym od kogoś, kogo się nie kocha – bo swoją niezależność z własnej woli lub bez poświęciło się dla dzieci i rodziny, a druga strona ma to w dupie.

Dramatem jest dorastać w domu bez miłości. Mimochodem chłonąc wiedzę o tym, że awantury są normalne, że cisza jest normalna, że rodzice, którzy mówią dziecku, że się kochają, mogliby się pozabijać, gdyby zostali sam na sam, to nic niezwykłego i „wszyscy tak mają”.

Dramatem jest brak widoku ojca, albo obcowanie z jego manekinem. Dramatem widok mamy z zapuchniętymi oczami, która niezmordowanie twierdzi „że nic się nie stało i coś jej wpadło do oka”.

Dramat to słyszeć wieczorem, jak ludzie, którzy twierdzą, że kochają siebie i dziecko, obrzucają się gównem. Jak wtedy można myśleć o tym, że miłość jest dobra, skoro ludzie, którzy wycierają sobie tym pojęciem mordę, swoim zachowaniem absolutnie temu przeczą?

Dramatem jest być obarczonym oczekiwaniem, że samemu się ułoży swoje życie lepiej, bo „rodzice przecież zrobili wszystko, a nawet wytrzymali razem” dla dobra dziecka i teraz ono musi sobie poradzić, dać poczucie, że zostało dobrze wychowane i stworzono mu wystarczające warunki do rozwoju. Musi poradzić lepiej. A wiedzę JAK to zrobić ma wziąć wziąć skąd? Z książek? Z internetu?

Naszym rodzicom wpojono, że ślub oznacza „razem aż po grób” – i nie wiem, może dzięki temu, że wchodzili w związek małżeński jako bardzo młodzi ludzie i tak naprawdę dorastali razem, a może dlatego, że mieli jasno wytyczone przez społeczeństwo role, a jeszcze dlatego, że nie mieli gdzie uciec, im się udawało im się wytrwać w związku, mimo, że się nawet nie lubili? To tylko sugestia, której fala rozwodów pośród małżeństw z długim stażem przeczy.* A wśród rozwodników dominuje argument „odchowaliśmy dzieci, możemy się rozejść”.
No brawo. Super, że stworzyliście przepełniony nienawiścią, rozgoryczeniem dom, wypuściliście jego owoc w świat i postanowiliście podarować sobie spokój. Brawo!
____________________________

Miałam 23 lata, kiedy rozpadła się moja rodzina. Przyjęłam to, bo tworzyłam już własną i czułam, że każdy jest kowalem swojego losu. Żałowałam, że tak późno. Moich rodziców to doświadczenie bardzo zmieniło.I przykro mi chyba z jednego powodu – ja ich nie pamiętam takich szczęśliwych i beztroskich, jakimi bywają teraz. Mają nowe związki, partnerów i zaczęli żyć. Zdjęli ze mnie i siostry to poczucie, że „musimy się im odwdzięczyć” za „ich poświęcenie” i późno, bo późno, ale lepiej niż wcale, czerpią z życia. Tyle z osobistych refleksji. A bardziej ogólnie?

Twoje dziecko raczej też Ci nie podziękuje. Nie zrozumie, że byłaś dzielna. Zapamięta, że byłaś smutna.

I że diametralnie zmieniałaś swoje zachowanie i wyraz twarzy, jak Twój mąż miał wrócić do domu. Zapamięta i uzna może nawet, że to normalne, że taka jest cena za posiadanie rodziny. Może stwierdzi, że nie chce jej ponieść i całe życie będzie uciekać przed nawiązywaniem relacji? A może będzie wiązać się z każdą przypadkową osobą, która obdarzy go ciepłem i da przynajmniej złudzenie poczucia bezpieczeństwa? Lub co gorsza – będzie się czuć winne temu, że zmusiło rodziców do bycia razem dlatego, że przyszło na świat? Nie wiem.

Nie wiem też, czy jesteś ofiarą przemocy domowej, zdrady, a może paraliżującej ciszy i poczucia, że ten związek byłby chyba wpisany na listę porażek i to, co Cię powstrzymuje, żeby go przekląć, to właśnie dzieci. A może po prostu coś zdychało pomalutku, aż padło i nie chce zmartwychwstać albo żadne z Was nie ma ochoty na wskrzeszanie? Nie wiem. Każdy przypadek jest przecież inny.

Dzieci są jednak bystrzejsze i czują więcej niż nam się wydaje. I ja nadal podtrzymuję – że wolałabym parę rozwodników, kiedy byłam dzieckiem, bo oboje kochają mnie nad życie i na bank zrobiliby wszystko, żebym wynagrodzić mi swoje rozstanie. Może nie spędzilibyśmy weekendu we 4, ale wiecie co? Nigdy tego nie robiliśmy. A tak miałabym może wspomnienia fajnych chwil z każdym z nich z osobna? Już się tego nie dowiem.

Reasumując.
Według mnie to nie rozwód jest problemem. I nie uważam, że skala rozpadów związków jest równoznaczna z niedojrzałością małżonków i brakiem „zaparcia, by o związek walczyć”. dla mnie to gest ogromnej odwagi – bo stawia do góry nogami wszystko i niesie ze sobą wiele pytań. Ale wierzę, że można się rozwieść po ludzku – z szacunku i miłości do tego, co się razem przeżyło i powołało do istnienia, w tym najważniejszego dowodu, że się było dla siebie kimś ważnym –  dzieci.

I może to utopia, bo ponoć rozwody sprawiają, że w ludziach budzą się zawistne bestie nastawione na zemstę, ale jednego jestem pewna – że rozstanie z kimś, kto Cię unieszczęśliwia nie może być trudniejsze niż wegetacja obok niego, bo zmarnowanie swojego życia w imię „strachu”, „dobra dziecka”,”konwenansów” to po prostu bezsensowna ofiara, której nikt nie doceni, nawet sama hojna autorka czy autor. Prędzej skończy z głęboką depresją.

A jakie jest Wasze zdanie? Warto jest być ze sobą „dla dzieci”? Można się rozstać „po ludzku”?

_____________________
* chodzi oczywiście o obraz tych małżeństw, które się rozpadły a nie smutne podsumowanie, że „wszystkie były tak złe”, bo wiem, że wielu z Was miało szczęśliwe rodziny i fajne relacje między rodzicami.