kanyekim

Dziewczynki znają tą opowieść, część karmi się nią przed snem, inne nienawidzą, jeszcze inne zapominają o niej dopóki „nie nadejdzie ich czas”. Przychodzi taki moment w życiu większości kobiet kiedy patrzą w lustro i z uśmiechem mówią – „Serio,czas schudnąć i wybielić zęby. WYCHODZĘ ZA MĄŻ!”

Okres narzeczeństwa to czas najprawdziwszych cudów. Pierwszy wynika z faktu, że KTÓRYŚ SERIO SIĘ ODWAŻYŁ , drugi nastąpi, kiedy para dożyje ustalonej daty i nie wydłubie sobie oczu (dziś już lepiej rozumiem staropolską ideę brania ślubu tydzień po zapoznaniu się na wiejskiej zabawie…), trzeci, kiedy goście wychodzą z wesela zadowoleni, czwarty, gdy po dwóch latach od tej chwili papiery rozwodowe nie leżą jeszcze w sądzie. Piąty, (choć wiem, że już przy trzecim poniosła mnie fantazja), jest wtedy, kiedy biała sukienka naprawdę robi talię.

Radomska, pierwszy troll RP i wróg kiczu myślała, że opowieść o białej sukience zupełnie jej nie dotyczy. Na poszukiwania wybrała się tylko dlatego, że w jej życiowej sytuacji to jedyna możliwość wyjścia w sobotę z domu bez obstawy z narzeczonego,dziecka i psa. Pomyślała, że zdrzemnie się gdzieś w tiulach na zapleczu i wróci jak gdyby nigdy nic. A potem Pani przyniosła kiecki. Kazała Radomskiej mocno trzymać się framugi, wbiła mi kolano między łopatki, złamała 3 żebra i pokazała, jak wygląda kiedy wygląda jak kobieta. Pękła. Wymiękła. Jak na widok nowej kolekcji lalek Barbie 20 lat temu. I zaczęła się zastanawiać, na czym polega fenomen ślubnej sukni?

Bez względu na to, czy adeptka preferuje styl wczesnej Mandaryny z nutą Edyty Herbuś, czy dopiero na widok kreacji utkanej z płatków róż jej oczy lśnią jak u Małgorzaty Foremniak, każda chce wyglądać zjawiskowo. Spora część tego grona staje się zamiast tego zjawiskiem, ale to oddzielna para kaloszy. W białej sukience nie chodzi kompletnie o to,co widzą inni, tylko to,co widzi przyszła mężatka. Od najmłodszych lat uczy się nas, że mamy być skromne, ciche, pracowite. To się oczywiście zmienia, dlatego też mit białej sukienki jakby blednie, coraz więcej z nas decyduje się na przełamywanie tradycji, ekstrawagancję i po prostu nie przywiązuje do tej sukienki wagi, ale….

Mam wrażenie, że opowieść o Kopciuszku nadal jest nam bliska. W ferworze codzienności, w której nie ma kiedy uporać się z młodzieńczymi kompleksami, nie ma się odwagi wygarnąć ojcu jak bardzo nawalił realizując,a raczej olewając swoją rolę autorytetu w dziedzinie budowania wiary w siebie u swojej córki, brakuje czasu, żeby się docenić. Ta biała sukienka to dużo więcej niż kilka warstw tiulu i wyszczuplający gorset. To okazja do powiedzenia sobie wprost- chcę być piękna i ważna, przynajmniej tego dnia albo tego dnia bardziej niż kiedykolwiek indziej, bo wcześniej w to nie wierzyłam, a nawet jeśli zdążyłam uwierzyć, to i tak nie potrafiłam docenić. Nie jesteśmy nauczone mówić o sobie dobrze wprost, ślub to jeden z nielicznych dni, kiedy świat nie karze nam siedzieć cicho. Bo albo ma nas gdzieś, albo jest zajęty komentowaniem za naszymi plecami, że koronka jest wieśniacka. 

Od teorii do praktyki- jak wybrać?

Sprawę wyboru sukienki ułatwiają znacząco te żelazne fakty:
1. Narzeczonemu jest wszystko jedno
2. Matka i tak będzie płakać
3. Nikt nie skuma, czemu wybrałaś akurat tą
4. Kuzynki i tak obrobią ci tyłek
5. Miesiąc po ślubie i tak zapomnisz. Albo będziesz chciała zapomnieć.
6. 5 lat po ślubie będziesz się zastanawiać, jak mogłaś założyć coś tak ohydnego.

Moje wyzwanie nie było tak druzgocące, bo od początku było wiadomo, że jedyną niewinną, najpiękniejszą i najcudniejszą, nieskalaną lilią w bieli będzie Lenka i nikt nie będzie sobie mną zanadto dupy zawracał. Wam rekomenduję także zajście w ciążę przed ślubem. Zarówno w przypadku dreptania do ołtarza z łydami o szerokości wioseł i skurczami porodowymi, jak i dreptaniem z dzieckiem u boku, wzbudzicie ten sam niesmak, którego nie przebije ani brzydka kiecka, ani kiepski zespół, ani ohydny tort.

Odrobina powagi

A Wam życzę, żeby biała sukienka nigdy nie wzbudzała w Was większych emocji, nie spędzała sen z powiek i nie przyprawiała o rumieńce. Nie kojarzyła się z chęcią bycia piękną tego jednego dnia, z potrzebą stania się na chwilę najważniejszą i najlepszą z możliwych. Żebyście się czuły piękne na co dzień i nie czekały na potwierdzenie. Wychodziły za mąż szczęśliwe, że ktoś na Was zasłużył, a nie wdzięczne, że w ogóle wziął pod uwagę.

Piszę to jako mama. Moja perspektywa jest zupełnie inna, bo wiem, co dzieje się po odejściu od ołtarza, a jedyna ważna na co dzień biel, to biel zapasu pieluch. Wiem już, że Nawleczony nie będzie zmywał i parował skarpetek, co jest jawnym dowodem na to, że naprawdę go kocham,bo jak dotąd nie zabiłam. Nie mam czasu na bajkowe przygotowania i dopracowywania szczegółów- biorę ślub, bo w świetle prawa i tradycji chce nazywać się żoną i wziąć za tą rolę odpowiedzialność. Nie uciekać, kiedy robi się trudno, nie wycofywać, kiedy  nie po mojej myśli. Po prostu chcę wierzyć i z takim nastawieniem podrepczę do ołtarza, że chłopców, facetów można mieć masę, ale męża ma się jednego i kropka.  Nieważne nawet, jaka będzie ta moja sukienka, choć zadatek już wpłacony i przymiarki zaplanowane.

Ważne jest tylko to,co ja zobaczyłam w lustrze, kiedy ją mierzyłam. I mam jedno, jakże skromne marzenie. Chciałabym zachwycić  mojego przyszłego męża, który na przestrzeni tych kilku wspólnych lat widział mnie w wielu ekstremalnych, ale i do bólu zwyczajnych sytuacjach. Wie, jak konam przed okresem, widział narodziny naszej córki, nie ucieka nad ranem widząc mnie z zapuchniętymi oczami i słysząc jak bluźnię pod nosem po zarwanej nocy.. Chcę żeby tego dnia zobaczył mnie i Lentolka,  dla której wybrałam podobną kreację i dla której zamówię taką samą, małą wiązankę, dopiero w kościele.

Chcę żeby do ołtarza odprowadzał mnie tato, a Nawleczony wypatrywał spod ołtarza widoku swoich dziewczyn. Chcę iść, słysząc w tle ukochany walc Tiersena z poczuciem, że nie wszystko układa się, jak powinno,ale i tak jest bardzo dobrze. Chcę żeby mój przyszły mąż patrzył na mnie z zachwytem, jakby widział pierwszy raz w życiu i zakochał się trochę od nowa.

 

Ejmen. Umrę ckliwa, sarkastyczna i bez talii.

Wpis udostępniajcie przyszłym, przeszłym i niedoszłym pannom młodym. W komentarzach poproszę foty spod ołtarza, bo oglądanie ich to ostatnio moje dzikie hobby.

Pozdrawiam!