Niby już wszystko wiemy. W każdej dziedzinie życia  popisalibyśmy się ekspercką wiedzą, gdybyśmy tylko mieli czas. I gdyby samo gadanie miało siłę sprawczą, by cokolwiek zmienić. Kilka tygodni przestałam nadążać. Usiadłam i doszłam do wniosku, że muszę zwolnić i robić coś dla siebie. Zastanowić się, komu wierzę, skoro każdy twierdzi, że ma rację.

Żyjemy w czasach w których obiektem kultu stają się sportsmenki. Dostają tyle dowodów uwielbienia, że serio, ten Jezus może sobie myśleć, że nie może się drugi raz pojawić na ziemi, bo nie zdobędzie takiej liczby lajków. Trochę kpię, ale odkąd wiem, że kobiety wszywają sobie nitki w twarz, żeby zmienić jej rysy i za wszelką cenę pragną mieć kaczy dziób i pofrunąć do ciepłych krajów. Po drugiej stronie kolejka tych, którzy będą próbowali przekonać mnie, że są fantastyczni i wartościowi.  A także piękni, bo ma się rozumieć, że te trzy cechy nie mogą bez siebie żyć. Oglądam na instagramie roznegliżowane zdjęcia bardzo otyłej dziewczyny, która pisze, że czuję się absolutnie seksowna. I mam ochotę ją przytulić. Jak każdego, kto potrzebuje tak głośno i donośnie krzyczeć, porywać za sobą tłumy, żeby przynajmniej spróbować uwierzyć, że … ma rację?
Przestaję ogarniać i chcę zmian. Kierunku szukam na oślep. Usypiam wcześniej, rozmyślam mniej. Wywalam z jadłospisu to, co mi nie służy. Ba, przechodzę nawet na zdrowotny post, żeby zrobić sobie mały restart organizmu. Wyobraź sobie, że nie masz przed sobą zdań, a ujęcia. Pojedyncze, być może mało istotne, ale powiązane ze sobą, czego dowiem się chwilę później. Zdjęcie pierwsze.
Lądujemy z Lenką w szpitalu. Na sali leży z córką mama z tytanu. Opowiada o ciężkim życiu, niepełnosprawnym synu, wielkiej miłości do drugiego męża. I o tym, że kiedyś paliła papierosy, ale jej córka odkryła to. Miała 4 lata i z dziecięcą szczerością zagaiła:

  • Mamo, a kto się nami zajmie, kiedy umrzesz?

_________________

Mam za zadanie przygotować pytania dla Agnieszki Maciąg. Trochę się jaram, trochę nie wiem od czego zacząć, trochę gubię wątek. Odwlekam nadanie wiadomości i czytam – o rzeczach, które dla mnie, dziecka z krainy białej mąki i cukru oraz smalcu, brzmią jak opowieści z „Tysiąca i jednej nocy”. Coś świta w głowie, a może by tak…? No może, jutro, innym razem, nie mam czasu. Pstryk.
Zamieszczam na portalu Limango, z którym współpracuję, teksty Sylwii Majcher. Nigdy nie interesowałam się szczególnie gotowaniem, w przeciwieństwie do jedzenia oczywiście, ale uwielbiam te historie, które snuje o składnikach, o ich właściwościach, zastosowaniu. Od niej wiem, czym słodzić, żeby nie szkodzić, czego używać do pieczenia, żeby dostarczyć sobie coś wartościowego, poza dziką i rozpasaną frajdą. Wiedza sama pcha mi się do głowy, grzech nie skorzystać, nie spróbować…

Potem kolejna rozmowa – wywiad z Państwem Szaciłło. W głowie kiełkuje myśl o sprezentowaniu sobie detoksu i odpoczynku. W zasadzie, dopiero się wykluwa. Potem słyszę od znajomej o poście zdrowotnym dr Dąbrowskiej. Zaczynam czytać, słuchać wykładów, rozważać dwa i przeciw. Decyzja zapada, robię restart. Po dwóch tygodniach oczyszczania, obserwowania ciała i reakcji, czytania relacji innych, decyduje się przerwać, żeby nie zrobić sobie krzywdy i nie przesadzić, a  jednocześnie wykorzystać, że organizm nie domaga się już wytarzania się w kremie czekoladowym.
Wiem, co chcesz powiedzieć – nawet, jeśli będziemy się zdrowo odżywiać, uprawiać sport, to z dużą dozą prawdopodobieństwa i tak umrzemy. Nie szkodzi, mam sporo planów i wolałabym nie przyspieszać swojego odejścia. Muszę dożyć co najmniej 40-tych urodzin Lenki i momentu,  w którym się wyprowadzi – zatańczyć na stole w salonie flamenco, a potem pojechać do sanatorium na melanż życia.

I wsiąkłam. Szuflada zapełnia się mąkami ze składników, których niedawno nie używałam i nie znałam. Bywam w warzywniaku tak często, jak licealiście w sklepie z dopalaczami. Codziennie pakuje swoje pudełka i ignoruję przytyki dotyczące ich zawartości. Bo w tej grze chodzi o coś więcej niż zaspokojenie głodu. O zdrowie moich bliskich.

Lenon nie stroni od warzyw i z apetytem pochłania pinanoje (pomidory) i kajafiol. Kocha też jednak kujki z mjekiem, dlatego cichą rewolucję przeprowadzam całościowo, na wszystkich. Mąż jak gdyby nigdy nic, zjada zdrowe leczo, córka przy bajce podjada frytki z marchewki lub surową paprykę, a na sobotnie śniadanie dostaje placuszki jabłkowo-bananowe na bazie jaglanki.

W ramach poszerzania wiedzy, wybrałam się na konferencję dotyczącą żywienia dzieci i roli przekąsek w ich jadłospisie organizowanym przez portal Ohme. Nie ma złudzeń – nasz dzień jest za długi, żeby zapychać się bzdurami, a czasu i tak mamy za mało, ażeby skomponować aż 5 w pełni wartościowych posiłków, dlatego podjadanie wraca do łask. Pod warunkiem, że jest mądre – i składa się ze złożonych węglowodanów, dobrej jakości nabiału, warzyw i owoców.Jeżeli zdecydujemy się podjadać żywność przetworzoną, słodycze i niezdrowe przekąski, nie tylko odbije się to na naszym zdrowiu, ale i… sprawi, że za chwilę będziemy w stanie zeżreć dwa razy więcej. Dlatego pudełka z zawartością jedzenia do szkoły powinno być przemyślane, ze względu na dobro dzieciaków i fakt, że… kanapka z szynką najpewniej wróci z nimi ze szkoły,  a pieniądze zostaną wydane na to, co niezdrowe, szybkie, łatwo dostępne.
Nasz gust kulinarny wyrabia się w dzieciństwie. Nieprzypadkowo uwielbiamy „kuchnię mamy”, świeże bułki z masłem, niezdrowe przekąski – to jest nam oferowane od najmłodszych lat, a cukier „wzbogaca” zawartość każdej kaszki dla dzieci, choć maluchy naprawdę są ciekawe innych smaków i to nieprawda, że będą uwielbiały słodycze. Będą, jeśli nie będą mieć wyboru. A o tym, jak ciężko jest się odzwyczaić i zerwać swoją skomplikowaną relację z niezdrowym żarciem, nikt nie musi mnie przekonywać. Jeszcze zdarza mi się przyklejać nos do szyby cukierni i bardzo bym chciała, żeby Leny taki widok nie ruszał, za to, żeby, jak teraz, wrzaskiem domagała się malin i marchewki.

_f4a807914355587_10207516015804772_2422904478908225539_n   _f4a8134_f4a8159-1

Zachęcam do przeanalizowania nowej piramidy żywienia dla dorosłych i zrobienie rachunku sumienia. Oczywiście to żadne uniwersum, bo każdy z nas jest inny (u mnie odpadają zboża i nabiał, choć wielu uważa, że nie da się bez nich żyć…)  -ale wierzę, że jak trochę zwolnimy i wsłuchamy się w swoje ciało, to usłyszymy coś dużo bardziej wartościowego niż „daj mi kawy”, „chodź na kebab” i „chcę mi się spać”. A skoro ja mogę być babajagą, która miesza dziwne składniki w kuchni i sprawia, że są nie tylko zdrowe, ale i naprawdę smaczne, to znaczy, że każdy może. Brzmię trochę jak jakaś szamanka, ale zapewniam, że piszę w absolutnie dobrej wierze, nie zgolę włosów i nie będę rzucać wam kwiatów pod stopy wyśpiewując  harikriszna. Jednak jeśli jesteście choć trochę zainteresowani tym tematem, z chęcią do niego wrócę. Tymczasem wracam do ciasta dyniowego z orzechami.

14423683_1193532217393330_1541607599_o

P.S. A mój nagrobek będzie wyglądał tak:

Radomska – zrezygnowała z cukru, glutenu, białej mąki, ale pozostała sobą i najzwyczajniej wpadła pod tramwaj.

Ściskam!