Kojarzycie modelki Victoria Secret? Chodzą takie smukłe jak łanie, patrzą w obiektyw kamery z pożądaniem w oczach jak głodny na kanapkę, miewają skrzydła i nic poza bielizną co akurat mnie nie dziwi, bo jakbym miała na sobie coś tak drogiego to też chciałabym ŻEBY KTOŚ TO ZOBACZYŁ. Niestety z Paniami nie łączą mnie nawet majtki, chciałam je tylko pozdrowić i powiedzieć, że są ekstra. A dziś tekst prawie o tym, jak schudnąć. Prawie.

Ot, ja pochodzę z tego prawdziwego świata, gdzie płatki śniegu nie muskają delikatnie twarzy, a napieprzają w nie jak pociski. Mój brzuch po jelitówce wciągnięty i narysowany w paintcie nie wygląda jak te kwadrans po porodzie i godzinkę przed powrotem na wybieg. Nie ma we mnie ani kropli żalu, naprawdę – trochę szkoda, że ten plaster skóry po porodzie nie przemieścił tkanki np. wypełniając nią bruzdę na czole, no ale co ja pocznę. Wyglądam jak wyglądam. Nie na tyle dobrze żeby paradować w bieliźnie i nie musieć pracować, ale i nie tak źle, by iść na rentę i nie móc pracować. Peszek. Wypominacie mi często, że cisnę po sobie jakby rzeczywiście była ogrem, ale przyznajcie – to dobra taktyka – kilka lat obrzydzałam Wam siebie, a jak już się pokazałam, to spotkało Was pozytywne zaskoczenie. Emocjonujące to jak kolejny format TVNu, ale przypadkiem, ujawniając przed Wami co nieco, pokazując swoje lica, dałam sygnał, że schudłam. Mój Boże.

Pisałam świetne teksty, robiłam cudne rzeczy, opowiadałam wyborne żarty, wzruszałam tak, że nawet okapy kuchenne orientowały się, że mają wrażliwość i łkały cicho nad palnikami. Lubiliście albo i nie, czasem dostałam komcia, polubienie, parę słów ciepłych i serdecznych. I mówię sobie – no trudno, nie mają czasu, kuje trochę, a to nie kolka w czasie biegania, żeby od razu przestać i i nigdy więcej tego nie robić. I pisałam dalej. Dopóki nie napisałam, że lubię się spocić, jem inaczej i zgubiłam kilkanaście kilo. 27 poprzednich lat mojego życia jakby przestało istnieć. Dobrze, że nie dostałam w tym czasie Nobla ani jakiegoś fajnego tytułu, bo czar prysłby. A całe zainteresowanie mną skumulowało się wobec pytań JAK TO SIĘ STAŁO.

No normalnie. Wyrwałam trzonowce, dla pewności sobie i mężowi, żeby życzenie się spełniło, włożyłam pod poduszkę, przyszła wróżka, zapytała czego chcę, ja na to, że najbardziej to się wyspać, dowiedzieć się jak żyć i schudnąć, a ona mówi, że nie da rady, to do puli zębów dodałam jej własne, żeby jednak się zastanowiła. I pyk, wstałam – niewyspana, bez planów na przyszłość, 10 kilo lżejsza. Po prostu. Żadne tam ćwiczenia, zmiany w diecie, umiar, obserwowanie organizmu, kto by miał na to czas. Żadne tasiemce, tabletki, karnety na siłownię – inwestuję w siebie jak kończy mi się antyperspirant i szkoda mi hajsu na wyjściowe getry. Magia i już.

Dlaczego nie chcę Ci pisać, co jadłam, jak ćwiczyłam, co zrobiłam?

Nie będę wnosić drewna do lasu.
Bo się zasapię, upocę, a antyperspirant z dyskontu bardzo sobie chwalę, ale jednak kosztuje niecałe 4 zeta i wolałabym nie testować go w tak ekstremalnych warunkach. Często macham na wiele spraw ręką, nie chciałabym, by było widać wówczas ślady potu na moje bluzce, mam nadzieję, że rozumiesz.
Masz w blogosferze takich blogów na pęczki – tyle dupeczek poci się online i powtarza Ci, że Ty też możesz, czymże byłaby i moja relacja? Do pewnych zmian trzeba dojrzeć, trzeba ich chcieć i nawet prośba papieża nie zmieni niczego, jeśli sama tego nie chcesz. Możesz czekać, aż jakaś Radomska Cię zmotywuje albo… Zmotywować się sama? Sama musiałam pokwiczeć jakieś 10 lat i poojojciać nim coś zrobiłam, kimże zatem jestem by mówić Ci, że to Twój czas i miejsce?!

Frazesy sprawiają, że mam wzdęcia i konwulsje
Tak, tak, ja wiem – chcieć to móc, zesraj się,a nie daj się, wszystko jest kwestią organizacji, nie robisz tego i owego i siamtego, bo Ci się nie chce i szukasz wymówek. Każda to słyszała i nie znam nikogo, komu by to ciśnienia nie podniosło. Absurdalnie uważam, że o wiele trudniej jest spojrzeć na siebie w lustrze wieczorem i powiedzieć: „hej mała, to był skurwiały dzień, dałaś z siebie, ile mogłaś, nic nie musisz udowadniać. Odpuść sobie dzisiaj.” – bo nikt nie wie lepiej jak się czujesz, czego ci trzeba, co cię boli. W dobie zmasowanych, sprzecznych komunikatów dotyczących tego, jakim ma się być, co i kiedy robić, fajnie mieć w sobie siłę, by powiedzieć… „A spierdalaj”.

Bo nie będę fitneską.

fitfitNo nie oczekuj ode mnie, że opowiem Ci historię o tym, że moje życie stało się lepsze i głębsze, odkąd nie jem produktów X i Y. Ot, moje ciało nie spędza mi snu z powiek, doceniam komfort mieszczenia się w mniejszy rozmiar i to poczucie lekkości. NIE zamierzam trenować do konkursu miss bikini, rozłupywać orzechów dupą, pytać Cię, czy już się dziś spociłaś.
No nie, ciało to dla mnie narzędzie do osiągania celów – teraz dodaje mi śmiałości, argument, że nie mogę czegoś zrobić, bo jestem za gruba przestał być aktualny i cóż? Nie mogę teraz powiedzieć, że coś mi się nie udało, bo jestem za gruba. Zostało mi tylko bycie ewentualnie za brzydką, za biedną, za głupią.. :D:D:D

Bo nie jestem dietetyczką, lekarzem, autorytetem, ani Tobą.
Ja po prostu mam bloga. To jest popularne, dosyć łatwe do pewnego momentu i całkiem fajne, ale nie dają za to pracy, tytułu doktora nauk medycznych i nie powinni dawać też społecznego posłuchu na kredyt, bo to, że ktoś głośno krzyczy, nie znaczy, że ma rację.
Do swoich zmian dochodziłam powoli, metodą prób i błędów, nie raz zrobiłam sobie krzywdę. Efekt utrzymuję od niedawna i… Sorry, ale nie chcę stwarzać wrażenia, że jest ważniejszy niż cokolwiek innego. Chcę dać sobie prawo do przytycia 30 kg bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek, bo jeśli ktoś lubi mnie za to, jak wyglądam, to naprawdę musi być desperatem. Nawet mój mąż zaczął od tego, że chciał ze mną rozmawiać, a nie od razu rozebrać!
Zasada jest prosta: nie wstajesz za mnie do pracy, nie robisz mi zakupów, nie sypiasz ze mną, nie jesteś mną – nie ma potrzeby, bym się z czegokolwiek tłumaczyła. Sama potrafię sobie uprzykrzyć życie wystarczająco skutecznie. Chcesz, napiszę, dlaczego nie jem glutenu, nabiału, co dał mi detoks i dlaczego olewam zasadę „5 posiłków dziennie” . I o tym, że słucham swojego ciała, a nie mam stwierdzonej schizofrenii.  Jednak cokolwiek nie napiszę, to nadal będzie tylko o mnie, a ja, to nie Ty

Bo męczy mnie propaganda.
Nie, jak schudniesz, zaczniesz jeść jarmuż i trenować 5x w tygodniu, nie będziesz wartościowsza, fajniejsza i lepsza. Będziesz o wiele bardziej zajęta, czy szczęśliwsza? Zależy od Ciebie. Nie wierzę w żadne skrajności i remedium dla wszystkich. Ani przeraźliwie chude modelki, ani puszyste size plus, ani kobiety „zwyczajne” ani fitneski z sześciopakiem mogą naprawdę przestać mnie przekonywać, że są ekstra i że wszyscy powinni tacy być. Ja uważam, że wszyscy powinni być szczęśliwi, no ok, , przynajmniej szczęśliwsi niż są  i  zmiana wagi, miejsca zamieszkania, koloru włosów i wyznania nie jest w osiągnięciu tego priorytetem.

Zapracowałam na swój szacunek dużo wcześniej.
Jak zerkałam na swoje skaczące spocone ciało z falującym jak Bałtyk brzuchem, dając z siebie 200 %. Kiedy odpuszczałam, bo czułam, że nie daję rady i wzywała mnie książka. Byłam z siebie dumna już kilka kilogramów temu, uśmiechałam się tak samo szeroko, jak teraz. Dlaczego akurat teraz zauważyli to inni – nie wiem. Pracuję nad swoim poczuciem własnej wartości i nie chcę, by miało cokolwiek wspólnego z zawartością i składem ciała, dlatego poświęcam temu tyle uwagi, ile niezbędne. Resztę na życie, po prostu.

Bo naprawdę chodziło mi o zdrowie.
Wszystkie tak piszą, że chcą się lepiej czuć, wyleczyć to i owo, ozdrowić. A przy okazji zgubić 15 kilo, potem jeszcze 2, maksymalnie 8. Jeść zdrowo, zdrowiej, najzdrowiej, nie za dużo, mniej, nie więcej niż trzeba. Ze skrajności w skrajność, jakby jakakolwiek była dobra.W pewien majowy poranek stanęłam pod blokiem i już sięgałam po porannego papierosa, kiedy  naszła mnie nachalna jak świadek Jehowy myśl, że mam naprawdę sporo marzeń, niestety nie najgłębszy portfel, że teraz priorytetem jest Lenka i fajnie byłoby pożyć – dla niej, dla siebie, dla przyjemności, nie dla samoudręczania.
Mam męża, nowego nie szukam, kochał mnie większą i taką jak teraz, kiedy moja mama wyzywa mnie od kościotrupów. Uśmiecham się do lustra, jeszcze częściej śmieję się z siebie. Moje samopoczucie nie zależy od tego, czy ktoś uzna mnie za atrakcyjną, naprawdę. Jestem już duża i sama wiem, co to dla mnie znaczy. Ludzie pojawiają się i znikają, a ja muszę wytrzymać ze sobą 24h/dobę, to w moim interesie, abym siebie lubiła. Nie abym była chuda.

***

Podsumowując: lecząc się z depresji zaczęłam czytać o wpływie żywienia na samopoczucie. Po nitce do kłębka trafiłam na artykuły dotyczące Hashimoto, diagnozując u siebie 11/10 objawów. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia – Hashimoto w 90% przypadków pokrywa się z alergią na nabiał i gluten, którą miałam stwierdzoną już kilka lat temu, za pomocą testów alergicznych. Chciałam czuć się lepiej, przestać puchnąć, mieć wahania nastrojów, być obrzydliwie senna i wiecznie zmęczona oraz często przeziębiona.
Wiele z tego mi się udało. Nie musisz mi wierzyć. Możesz uznać, że gluten to wymysł kretynów, nabiał jest super, ja wymyślam, ale… Ja słucham siebie, jak już powiedziałam, a moje podejście do żywienia zmieniło się o 180 stopni. Uważam, że mamy za dużo – wszystkiego – informacji, niestety sprzecznych, wyboru, chaosu, że za ważne stało się dla nas ciało, a za mało istotne zdrowie. Jak podkreśliłam już nie raz – JA UWAŻAM, a Ty się nie musisz zgodzić.

Jeśli nadal coś wydaje Wam się „Szczególnie interesujące” dajcie znać – być może rozwinę w jakimś kolejnym poście. Jeśli nie – wracamy do rzeczywistości, do pisania o tym, co mi w duszy gra i wspólnie miło spędzanego czasu, tak?

P.S. Czy ktoś docenia jeszcze moje fotomontaże?!?! Tradycyjnie zapraszam do newslettera.

JEŚLI CI SIĘ PODOBAŁO – POLUB, A NAWET UDOSTĘPNIJ. TO TAKIE „DZIĘKUJĘ” W BLOGOWYM SLANGU. JAK LAURKA.