Córuś kopie i reaguje na głos mój i Taty. uspokaja się, kiedy słucha pozytywki, czyha, aż usiądę na dupie, żeby dokazywać i pokazać swoje Bajlando. Czasem przegina – mam ochotę wsadzić sobie łapę do środka  i przekręcić Cholerę tak, żebym nie musiała kupować na allegro przenośnego Toy Toy’a, bo ta Kuna staje pionowo na pechęrzu i poguje w rytm moich kroków. Same słodycze. Ludzie w tramwaju patrzą jak gadam do brzucha, i grożę mu, że jeśli nie przestanie tak mocno, to nie dostanie kabanosa.

Przygotowania trwają. Techniczne  jeszcze raczkują – bo kupno wózka to zadanie dla Amerykańskich Naukowców, a nie dla prostej blondynki, która idzie po masło, a kupuje psią karmę. Jeszcze nic nie mamy, bo tłumacząc się zabobonami, usprawiedliwiamy chroniczny brak czasu. Dużo się dzieje jednak, wiele zmian. W głowie.

Rzadko mówię o sobie dobrze, ale nie mogę wyjść z podziwu nad zmianami, które zachodzą we mnie. Nie dostanę raczej naklejki „Super Matki” i „Mamo To Ja” nie zaproponuje mi okładki, ale… Jestem cholernie wdzięczna temu Nadpobudliwemu Bąkowi we mnie.

Bo pokonałam paniczny, dziecięcy lęk przed dentystą – rok temu nie zaciągnęli by mnie tam wołami, pogryzłam dentystkę w wieku 8 lat i jestem świadoma, że dziś mogłabym jej zrobić więcej i mocniej. A tymczasem, plomby jak malowane, portfel pusty, satysfakcja absurdalna. I ten podziw w oczach Nawleczonego, którego boli nawet zapach gabinetu. Fuck Yeah.

Jestem wdzięczna, bo mój stan zmusza mnie do podwójnej odpowiedzialności za swoje zdrowie – nigdy nie było czasu na morfologię, na wizytę u specjalisty, a teraz, poddają mnie testom, jak gdybym miała lecieć w kosmos, a nie rodzić dziecko.

Tak się ciesze, że ona tam jest, bo zmusiła, żeby jebnąć się w głowę i wypomnieć samemu sobie hipokryzję -pamiętam jak dziarsko opieprzałam swoją mamę za palenie papierosów, jak zarzekałam się, że ja nigdy, absolutnie nie wezmę gówna do ust. Potem popalałam po kątach, bez zaangażowania, czy frajdy, ot, wizerunek rozemocjonowanego nerwusa kojarzył mi się z papierochami i chciałam być .. spójna (?) – kilka lat obnosząc się z tym, że palę,bo chcę a nie muszę. Wciągnęłam się na dobre pracując za granicą, z przekory – bo kiedy wszyscy mieli przerwę, ja musiałam zapieprzać za nich, myslałam, że jak powiem, że palę, to będę taka cwana. Cwana się nie okazałam, ale uzależniona -owszem. Bujałam się z rzuceniem ponad rok, ale nigdy nie było po drodze. a tu bum, dwie małe kreski i prędzej mi ręka uschnie niż sięgnie po smroda.  Nie zarzekam się już, że „nigdy więcej” za dobrze znam swoją niekonsekwencję, ale … takie 7 mm nowego życia mnie zmotywowało do zmiany bardziej, niż mój własny łeb i postanowienia. Do czego mnie namówi, jak będzie miała metr?!

Uczę się jeszcze ważniejszych rzeczy niż ‚dentysta nie gryzie’.

Jeszcze kiepsko mi idzie, popełniam błędy, daję się w ciągnąć w dywagacje, które się kończą tylko dygoczącymi dłońmi, ale … Naprawdę jest lepiej. Oswajam się z tym, że nie mogę udźwignąć wszystkiego- dźwigam dziecko, bęc, cycki ogromne, torby do pracy, własną głowę ciężką od pytań i lęków. Już nie chłonę cudzych opowieści, o tym jak im źle i jak ciężko mi będzie. Potrafię, po 24 latach, dla swojej córki, powiedzieć:

„Nie mogę Ci pomóc, najpierw mnie upominasz, że mam o siebie dbać i się nie denerwować, a potem dopieprzasz mi swoimi opowieściami, to nie fair, nie wobec mnie nawet, sama do tego przyzwyczaiłam, ale wobec tego dziecka, na które będziesz patrzeć potem zdziwiona i pytać, czemu jest takie nerwowe i płaczliwe?”

Czytam mądre książki, ale takie, które mają mnie zmotywować, a nie zdołować. Dlatego wiem, że muszę się liczyć z atakami tych, którzy kiedyś wiedzieli, że mogą mi wyrzygać wszystko o wszystkich, a ja to przyjmę. Uczę się nie beczeć, jak mówią mi, że jestem podła i niewdzięczna – 24 lata słuchałam, nic dziwnego, że ciężko im ogarnąć, że zmieniłam zdanie.

Uczę się brać odpowiedzialność za słowo. Ćwiczę. To trudne. Wydrzeć mordę za brudny kubek, a nie za cały wszechświat. Mądrze się kłócić, pamiętać, że jeśli już mam wpadać w histerię to po to, żeby coś wniosła i żeby tym czymś nie było poczucie winy. Pilnuję bardziej swoich słów  i proszę, żeby inni ich pilnowali. Nie daję się już złapać na seriale, w których jest miejsce tylko na jeden punkt widzenia, jedną wersję i jednego kozła ofiarnego.

Godzę się z faktem wymierającego życia towarzyskiego. Myślałam, że będzie towarzyszył temu żal i zazdrość, że oni mogą coś czego mi nie wolno już. A tymczasem, akceptuję bieg zdarzeń. Umiem już powiedzieć w myślach, że fajnie, że dzieciaki mają wakacje, a nie marudzić, że im zazdroszczę. Trzymam kciuki za przyszłe doktorantki, świeżo upieczonym magistrom życzę powodzenia w szukaniu fajnej pracy. I cieszę się z tego, że sama mam fajną, stałą, że mogę iść na macierzyński, nie muszę spłacać ogromnego kredytu. Jak mi gorzej, to powtarzam, na żałosne pocieszenie, że kiedy one będą miały pierwsze chujowe doświadczenia zawodowe za sobą, ogarną lokum i tego jedynego, to ja będę prasować białą bluzkę córce na zakończenie roku. Nie oczekuję, że koleżanki, z którymi chodziłam na piwo, będą się ekscytować córkowym Bajlando. 

Uczę się szacunku do instytucji Rodziny.

***

Hormony buzują. Potrafię rżeć i wyć jednocześnie, a w gratisie- wkurwiać się,bo nie wiem dlaczego. Nadmiar miłości lokuje… w swoim psie. To nawet zabawne. Kiedy ktoś nazwie go kundlem, zwróci mi uwagę, że jest nie taki jak trzeba, ciśnienie chce mi rozerwać gałki oczne i gdyby nie to, że wydałam dużo na plomby, rzuciłabym się do krtani i rozerwała zębami tętnice. Ja, która w życiu 4 oczy nie odpyskowała staruszce (chyba?),  ustawiam kobitę, która mogłaby być moją babcią, bo uważa, że moje serduszko czorne i podłe, czworonożne, zagraża jej rasowemu psu. Już dziś współczuje każdemu, kto odważy się skrzywdzić moje dziecko.

P.S. Opanowuję sztukę „Kichania bez sikania”,  w coraz bardziej wyrafinowany sposób podnoszę rzeczy z podłogi, wstaję z łóżka, śpię, zakładam buty.Zajebiście! Przecież zawsze chciałam zdobywać nowe umiejętności.

W sobotę zaczynamy 3 trymestr. I słyszę soundtrack ze ‚Szczęk’.