Prawie 3 lata temu trafiłam do fundacji. Poznałam kilkadziesiąt osób, którzy deklarowali się jako przyszli zbawcy i aniołowie stróżowie, niestrudzeni w wysiłkach na rzecz lepszej jakości życia dzieci. Blabla.. Po prawie trzech latach zostało nas kilka osób. I tak jest co roku, ba, nawet częściej. 

Nie twierdzę, że każdy nadaje się do pracy w ekstremalnych warunkach, nie twierdzę nawet,że ja. rozumiem, że część ludzi musi się najpierw sprawdzić, żeby zadecydować, czy są w stanie pracować w taki sposób, a przy tym nie dać się zjeść pomaganiu, umieć być jeszcze egoistą. W międzyczasie różne sytuacje życiowe i losowe mogą sprawić, że najzwyczajniej muszą przestać pomagać. Nie lubię jednak używania wielkich słów i frazesów. Mówią „chcemy nieść dzieciom uśmiech i radość”, a można najzwyczajniej – przyniosę karton i kredki.

I teraz kieruje te słowa do wszystkich tych, którzy zastanawiają się nad tym, żeby zacząć działać w ramach pracy wolontaryjnej – PRRR…
Pamiętam pierwsze przymiarki do pracy w fundacji – mogłam działać w akcjach, na oddziale, albo w hospicjum. Coś mi mówiło, że chcę i powinnam, że muszę, ale nie byłam w stanie przewidzieć jak wpłynie na mnie choćby jedna wizyta na oddziale. Nie miałam pojęcia – ani o tym, jak rozmawiać, ani co robić, a z perspektywy czasu to mnie chyba uratowało. Wielu, którzy przyszli tam ze mną miała gotowy plan zbawiania świata, a ten świat ich zapał szybko zgasił.
Każdy przychodzi pomagać z egoistycznych powodów. Altruizm tak naprawdę nie istnieje. Motywacje do podjęcia się darmowej pracy na rzecz innych może być mnóstwo – jedni będą chcieli odpokutować swoje winy, inni sprawdzić się w ciężkich sytuacjach, inni dostać w kość. Jeszcze inni mają dużo czasu i nie chcą go marnować. Ja należałam do tych, co byli mocno pogubieni we własnym życiu- chciałam nowej perspektywy, która zadziała jak kop w głowę i szybko przewartościowuje to, co kiedyś było dramatem,zamieni w zwyczajny problem.
Żadna z motywacji nie jest jednak zła i każda wystarczy, o ile zostanie słusznie spożytkowana. O ile „ja i moje potrzeby” zamienią się w „ja a potrzeby innych”. Jedno musi zostać wryte w głowę – kiedy pomagasz innym to już jest pomoc dla siebie. Uwaga skupiona na cudzym problemie/dramacie sprawia, że Twoje własne zostają za drzwiami, muszą, powinny, żebyś z lżejszą głową mógł pomóc skutecznie.

Ja o wolontariacie mówię bardzo dużo, ale przy tym staram się jak najwięcej robić -fakt, że czytasz te słowa sprawia, że już to gadanie ma jakiś sens, może Tobie, może komuś innemu przyjdzie do głowy, że też może coś zrobić i przyjdzie i zwyczajnie zapyta -co jest realne do wykonania zamiast mówić o zbawiania. Ktoś mi kiedyś powiedział, że taki jeden, co chciał zbawiać świat już był, miał na imię Jezus i go ukrzyżowali.

Dlaczego pomagać?

Nie znam ani jednej osoby, której w życiu nie powinęłaby się noga. Nawet jeśli się tak naprawdę nie podwinęła, to twierdzą i tak, że jest inaczej, bo w tym kraju jakoś głupio być szczęśliwym, nie wypada, ludzie będą szukać haczyków, a o cierpieni mówi się tak chętnie. Bo samo w sobie nie uszlachetnia, nie uświęca- moim zdaniem zezwierzęca, znieczula na piękno. Jednak kiedy można o bólu opowiedzieć w bolesny sposób, w oczach słuchacza zadziwienie, strach i podziw ujrzeć, wtedy samemu cierpiącemu jakoś lepiej, jakoś bardziej wyjątkowo ze sobą i swoją tragedią.

Cierpienie, moim zdaniem, nie  ma głębszego sensu dla samych cierpiących. Nie widzę sensu w śmiertelnych chorobach dzieci dla nich samych, dla każdej innej osoby bezpośrednio, na własnej skórze, doświadczonej przez los. Kiedy sami cierpimy, nie widzimy nic, jesteśmy sparaliżowani i… zależni od innych.

Cudze cierpienie jest mi i Tobie potrzebne po to, żeby przekonać się, z boku, co robi z człowiekiem. Przypomnieć, że jest w doborze ofiar szalenie demokratyczne – dziś on, jutro ty, ja… Żeby wiedzieć, że kiedy zabiera, to zabiera prawie wszystko, przeważnie to,czego teraz nie doceniamy, a za czym zatęsknimy, cierpiąc.

Wolontariat to jedyna taka możliwość dotknięcia trudnego tematu, który sprawia, że możemy zyskać całą mądrość, którą daje, bez konieczności zaznania tego samego bólu. Przeżyć śmierć kogoś bliskiego, a jednocześnie nie musieć żegnać nikogo ze swoich bliskich, a kiedy naprawdę przyjdzie mu odejść wiedzieć już, że to wszystko do przeżycia. Stety niestety.

Wolontariat to możliwość zamknięcia japy w ciągłym potoku oskarżeń wobec innych – polityków, kościołów, lekarzy. Zamiast wrzeszczeć, można coś zrobić, bo kiedy (odpukaj) to ty będziesz potrzebował pomocy, a ktoś będzie nad uchem Ci sapał, jak to wiele powinni zrobić dla Ciebie mistyczni inni, sam zobaczysz jakie to przyjemne.

Po co ten tekst? A bo prywatnie zupełnie, dosyć mam wielkich słów. Dosyć mam pięknych deklaracji, dosyć tego, że wszyscy kłamią, każdy chce jak najwięcej dla siebie, a potem dziwi się, że nikt nic mu nie chce dać.Ludzi, z którymi pracowałam, którzy gówno robili, ale wszędzie gdzie mogli mówili o tym, jacy są bohaterscy i dzielni. Jestem zmęczona i chciałam tylko napisać, że wszystkiego się nie da zrobić, ale samo nie zrobi się nic, cholera jasna.

Pomaganie innym to przywilej, bo oznacza, że mamy na tyle, w porównaniu z osobą, której pomagamy, szczęśliwe życie, że nas na to stać (i nie ma to nic wspólnego z kasą). Pomaganie to jedyna metoda, żeby pojąć ile się ma i pomnożyć to przez danie. Sposób na to, żeby poczuć się ze sobą zajebiście. Tylko pomagając możesz mieć pretensje, że Tobie nie chce pomóc nic i narzekać, bo kiedy sam siedzisz z założonymi rękami i ciamiesz o tym, kto powinien tutaj podwinąć rękawy, w przyszłości sam, odpukać, przekonasz się, jak potrzebne  jest to ciamanie komuś, komu potrzeba pomocy, a nie słów.

Dużo się zmienia. po 3 latach wolontaryjnej pracy, wolontariat staje się moją pracą. Budujemy hospicjum dla osieroconych dzieciaków. Po to, żeby mogły odchodzić w ludzkich, jak najbardziej domowych warunkach i swoim, zawsze za krótkim, byciem tu, uczyć pokory. I świadomość, że   rozdziabienie buzi w przerażeniu na wieść o tym, co tu się będzie działo, niczego nie zmieni, bo zmienić może szybszy remont, żeby po prostu ci, którzy nie ciamią, a działają, mogli zacząć robić swoje. To nie ma nic wspólnego z blogiem, ale bardzo ze mną, a skoro blog jest mój, to roszczę sobie prawo do napisania o tym, co dla mnie ważne, bo skoro dotychczas tyle razy miałam czas pisać o bzdurach… To kawałek spektakularnych zmian w moim życiu, które nieco uzasadniają chwilową ciszę na blogu.

Radomska zostanie Radomską, tu i  w pracy, ze wszelkimi plusami i negatywnymi konsekwencjami, także jeszcze nie raz będziemy nabijać się z bzdur, wszyscy potrzebujemy jakoś odreagować. Jedni, kiedy wali im się świat idą pobiegać, a inni… piszą na blogu np. o psiej kupie, ot co. 🙂

 

Tymczasem apeluję i proszę, przeczytaj, zatrzymaj się ze mną na chwilę i podziwiaj: 
http://tygodnik.onet.pl/32,0,78718,1,artykul.html 

___________________________

P.S. Informuję także, że podjęłam się pierwszej współpracy reklamowej, o której efektach przeczytacie w poniedziałek i sami ocenicie, jak mi poszło. Jeżeli komuś moje dorabianie na blogu przeszkadza, czerwony krzyżyk znajdzie w tym samym,co zawsze miejscu. Dopóki mam mózg, sumienie i marzenie o prawdziwych wakacjach oraz remont w proszku, sam chcę decydować o pewnych kwestiach.

Dziękuję za wyrozumiałość i za wiadomości pełne troski z pytaniami,czy żyję i czy porzuciła bloga. Ku uciesze czytelników i ku rozpaczy tych, którzy wieszczą mój koniec – nie da się bez tego żyć.

Kłaniam się  i zapraszam na fb: Mam Wątpliwość :*

Radomska