Nie żebym oglądała wystąpienie Ewy Chodakowskiej, Jarosława K. tudzież jakieś kiepskie porno – ale ewidentnie czas podnieść Radomską z kolan. Tak tak, znowu, dziarsko otrzepać z kurzu i wykrzyknąć do zająca, co to się go znów w ferworze potykania nie zdążyło dorwać – jeszcze się mendo kaplata doigrasz.
Wy tu sobie myślicie, że przeistoczyłam się w biurwę, w statystycznego Polaka i bliżej mi do Kowalskiej niż Radomskiej, ale gdzie tam. Ja po prostu żyję tak intensywnie, że wieczorem już nie mam siły tego opisać, z resztą odkąd wiecie, że biorę jakieś leki, podejrzewam, że uważacie, iż większość moich przygód to efekt naćpania.(Dementuję. Narkotyki są złe i za drogie, w tym kraju nie będzie mnie na nie nigdy stać, bo muszę dziecku kupić wyprawkę do przedszkola.)

No ale kiedy już leki sprawiły, że umycie włosów przestało być szczytem moich możliwości (tu może być miejsce na reklamę – ludzie z depresją mogą swobodnie reklamować suche szampony!) a oddychanie szczytem osiągnięć, zaczęłam węszyć, czytać, sprawdzać. Okazało się, że różne objawy spotykają się w jednym miejscu i wbrew oczekiwaniu upierdliwych czytelników – moje chorowanie nie wynika z faktu, iż mąż mnie leje albo go nie kocham tudzież dlatego, że nie chcę być matką (gratuluję pomysłów). To znaczy mąż nie raz by mnie trzepnął, ale przemoc oznacza brak argumentów, a on prędzej zejdzie niż przyzna mi rację, choćby liściem wymierzonym w twarz. Matką czasem nie chcę być, ale jakby to był powód zachorowania na depresję, to mielibyśmy gigantyczną nadwyżkę sierot w kraju i samobójstw wśród matek. Generalnie dowiedzieć się, że się choruje przez złe żarcie i chorą tarczycę, to jak oznajmić przejętemu tłumowi gapiów „myślałam, że umieram, ale spoko, to tylko sraczka”. Biorę to jednak na klatę i ciuchutko szepcę – nim wykaligrafujecie wzruszający, pożegnalny list, zbadajcie się i sprawdźcie, co żrecie.

Rekonwalescencja na pełnej k…
Sypiam ile Bozia da, a raczej Lenon. Nie wdaję się w jałowe dyskusje. Unikam toksycznych ludzi, próbowałam głupich, ale doskwierała mi samotność. Idąc tropem odkryć wywaliłam z diety gluten, rzuciłam papierosy, które uporczywie „tylko popalałam”. Pomalutku odzyskuję równowagę. Dzień w dzień koło 6:04 powtarzam sobie, że będzie dobrze i czasem zdarza się trzymać tej myśli nawet do ósmej. Ja, Radomska Oleńka, zakupiłam swoje pierwsze getry neonowe. To znaczy czarne z neonowym paskiem, bo w całych czułabym się jak neon, ale nad burdelem. I koszulkę, do kompletu. Człowiek ćwiczący dotychczas w majtkach z bambusem wychodzi bowiem do ludzi cywilizowanych i postanowił się odziać, zakamuflować

– to Ty, Radomska, ta co się zawsze nabijała z neonowych getrów i zajęć zbiorowych oraz ludzi szczuplejszych i ładniejszych od siebie?!- zapytacie być może
A i owszem! To ja, pocę się i skaczę publicznie! – zripostuję ostro i błyskotliwie, bo nie mam innego argumentu na swoje usprawiedliwienie. I to nie wszystko.

Dokonałam aktu strasznego, kradnąc babci Leokadii rower, który wcześniej jej podarowałam. Dameczka z markietu bez przerzutek, w sam raz dla Radomskiej bez piątej klepki i z czterema porozpieprzanymi. Nie licząc zakwasów od siodełka, siniaków od wciągania bydlaka mikrowindą na 10 piętro, mogę powiedzieć, że powrót po latach radosny. Jak zawsze, z odchyłami od normy – inni po prostu jadą rowerem w słomkowym kapeluszu, słońce muska ich twarze, ludzie uśmiechają się życzliwie, a ich lniane spodnie i sukienki z płótna układają się na ramie jak wiersze. Ja mam zawsze pod wiatr, włosy wchodzą mi do ryja, od kapelusza poci się łeb, kiecka podwija się tak, że jadę z majtkami na wierzchu, nie wiedząc o tym, gdyż zwykle oślepia mnie słońce, a dziesięcioletni chłopcy idący ścieżką rowerową na moje ciepłe jak letnia burza szepnięcie „chłopcy przepuścicie?” odpowiadają „ty stara kurwo dzwonka nie masz?!

No to kupiłam, idąc za tą złotą radą. I za każdym razem jak mam powiedzieć coś, co trzeba by było odszczekać na drodze, sobie dzwonię, dlatego na sygnale dosyć często jadę, bo do powiedzenia mam zwykle zdecydowanie za dużo. O dziwo jeszcze nie sygnale karetki, a nie znam drugiej osoby, której łańcuch spada tak, że blokuje koło i niemal ją zabija,  roztrzaskując o beton. I chyba znana jestem ze swoich feministycznych poglądów, bo żodyn, słownie ŻODYN się, Bożal Boże kolarz nie zatrzymał, zębów nie pomógł pozbierać, łańcucha wyciągnąć i sprawdzić, czy majtki na swoim miejscu się znajdują. I przemieszczam się, taka fit, brzegiem ulicy Aleksandrowskiej, między spalinami a kamienicami, których nawet obrzygać nie trzeba i tak wstrętne i udaje, że tak sobie, spaceruję, relaks, nie, że niemoc i rower popsuty… Na rozluźnienie zerkam na, nieco już wyblakły, dzwonek z biedronką, symbol negowania własnej metryki i śpiewam pod nosem, że:

tylko biedronka nie ma ogonka,
ja światu przydatna jestem jak stonka,
choć chciałabym przeżyć dzień ten dzień w skowronkach,
to jednak zaraz zabiję kogoś i przed 12 będę we Wronkach…

Nawet próbuję się bujać na boki, jak publiczność w Mrągowie, ale dostaję pedałem w łydkę i od razu przypominam sobie, gdzie jestem i dokąd zmierzam. Po co, niestety się nie dowiem, może wiedza spłynie na mnie wraz z potem, kiedy w końcu jebnę nogą tak niefortunnie, że złamię piszczel.Dostarczam swoją osobą wrażeń także innym. Miałam napisać – przyjemności, ale to byłoby daleko idące nadużycie, albowiem… Dzień w dzień z moich fit pudełek coś się wylewa na skrzyżowaniu, więc czekam tylko, aż Metro się zainteresuje i na pierwszej stronie opisze upierdliwą rowerzystkę, która śmierdzi pomidorem i cebulą. Albo żule zaczną się ode mnie odsuwać.

Nie stoję pewnie, ale mniej się tym przejmuję. Zdobywam szacunek na nowym osiedlu oznajmiając emerytce, że nie potrzebuję jaj, bo sama je sobie robię, a poza tym jestem ze wsi. A kiedy, taka dorosła, już 27-letnia, staję co rano w mojej dojrzałej i jakże odpowiedzialnej pracy, by podpis na liście obecności skwitować siarczystym kurwa mać, znajome twarze współpracowników wpatrują się we mnie w oczekiwaniu na to, co już udało mi się odwalić przez tą godzinę od wstania z łóżka.

Przykro mi trochę, że ludzie z trójką dzieci, domami, po których można się ganiać, ale pewnie nie można znaleźć, znajdują więcej czasu na samorealizację ku cudzej radości i ich brzuch nie drży ze śmiechu kwadrans po tym, jak oni przestali, ale pozwolę się jarać tym, że codziennie rano grilluję w tosterze sobie paprykę tudzież cukinię, jeszcze nie spaliłam mieszkania poprzez niewyłączenie urządzenia i z faktu, iż choć przekonana jestem dzień w dzień, że nie dam rady, to jednak- na złość faktom wstaję i rozpoczynam swój pokaz skeczy, zwany u innych codziennością. I co dwa dni wyrabiam na składaku nową życiówkę, jak tylko sobie przypomnę, że z tym tosterem, dziwnym trafem, to dziś się akurat mogło nie udać…

Trzymajcie kciuki, aby moje uda wytrzymały presję skakania w Fit&Jump i niebawem mogły same rozłupywać włoskie orzechy, aby mój organizm regenerował się szybciej i pozwalał noce zarywać na pisaniu <3 Na zachętę dodam, że to pierwszy z co najmniej dwóch tekstów  w tym tygodniu. I będzie mi szalenie miło, jeśli dacie znak, że jesteście i pomożecie mi poinformować świat, że wracam, mam się naprawdę dobrze, dużo się śmieję i regularnie wypróżniam. Dobra, to ostatnie możecie sobie darować :*