Zrobiło się potwornie zimno i jakby życiorys był skorelowany z pogodą – w nim też jakby mniej znośnie i komfortowo. Siedzę zanurzona w papierach z kartką podzieloną na 3: kolumna tego, co zrobić do pracy, tego, co moje i tego, co dla domu. Wybija 14 i radosnych ptaszków odhaczających kolejne pozycje z listy jakby nie słychać.

Postanawiam poprawić sobie nastrój. Przecież „tylko pracuję „, ciągle „coś muszę”, ostatnie wydatki to zakupy w markecie, naprawa w łazience, wizyta elektryka. Należy mi się. Przecież już wiem, że nikt nie zapuka do moich drzwi z radosnym uśmiechem, nikt poza mną nie wie, czego potrzebuję…

Takiej, dajmy na to, spódnicy. Kontrafałdy, kieszenie, energetyczny kolor, iluzja talii, której nie mam, no muszę mieć. Muszę, teraz. Należy mi się! Waham się między czerwoną, a zieloną, wybieram rozmiar i… Jeszcze tylko sprzątnę pranie, kupię, poprawię sobie nastrój i wrócę do laptopa pracować.

Z naręczem złożonych niedbale rzeczy podchodzę do szafy. Wylewa się z niej masa rzeczy – wiele, których kocham, sporo takich, których żal i niemało takich, które miały poprawić nastrój, sprawić, że poczuję się JAKOŚ, będę WYGLĄDAĆ JAK… Przesuwam dłonią po dwóch spódnicach sprzed miesiąca.

Były niedrogie, mogę bronić się sama przed sobą, ale… Miałam je na sobie może 3 razy. Jest zimno, pracuję z domu, coraz częściej wybieram wygodę zamiast urody, kiedy niby założę te dwie, które czekają w koszyku na sfinalizowanie transakcji? I gdzie ten poprawiony nastrój? Tak ma to wyglądać? Tego chciałam?

Niby tak. Żyjąc z pensji męża nie raz zarzekałam się, że kiedyś będę kupowała sobie, co zechcę, wiedząc, że nigdy nie kupuje zbyt drogo. Karmiłam się tą wizją i oto jest. 8 godzin etatu, kolejne 4h dziennie w swoich sprawach online. Połowa życia oddana temu, co ma generować zyski. Lwia część pozostałej obowiązkom i snu.

I nagle okazuje się, że mogę tak – mieć tą swoją nową spódnicę, przymierzyć i być może uśmiechnąć się do lustra, albo jednak stwierdzić, że iluzja nie wyszła. Ja to wciąż ja. Zdjąć, żeby nie pognieść i wrócić do zarabiania pieniędzy na wszystko, co ważne i na to „co mogę, co mi się należy”. Zerkam na wirtualny koszyk. Spódnice nadal piękne i niedrogie, tylko ja… Jakoś odechciało mi się kolejny efekt pracy zmaterializować w postaci czegoś, co wylewa się z szafy – i niczego nie zmienia.

To się zaczyna w dzieciństwie i jest przekazywane nieświadomie.

Kiedy było mi smutno, mama robiła budyń, podawała deser, smażyła naleśniki i nie żałowała czekolady. Kiedy źle, tata zabierał na lody albo przynajmniej dawał lizaczka.
Alkoholem świętuję sukcesy i podlewam smutki, zajadam stres, jakby jedzenie miało magiczną moc. A przecież nie ma. Przecież to tylko przywoływanie pozytywnych skojarzeń, kiedy nie umie się rozbrajać emocji. Taki deser to w zamierzeniu „jest mi przykro, że cierpisz, ale jestem obok i robię co w mojej mocy”, a efekcie? Porcja cukru i poczucie, kiedy już opadnie we krwi, że… To nie to. Nie tak.

To samo z rzeczami. Ile można ich mieć? Ile gromadzić? Ile na nie wydać i co zyskać? Kurtka daje ciepło, czy buduje prestiż? Auto umożliwia transport, czy łechta ego? Ile spódnic w szafie sprawi, że będę czuła, że mój wysiłek i czas poświęcony na pracę ma sens? Czy to nie idiotyczne sądzić, że spódnica zrekompensuje mi coś, przytuli, poklepie po ramieniu, doda sil i wiary w sens tego co robię?

Wygórowane oczekiwania wobec mieszanki poliestru i bawełny, Radomska.

I nagle zachciało mi się żyć. Wyjść
Widziałam Bohemian Rapsody i nawet mi się nie podobał film, ale zachwycił fakt, że mogę mieć swoje zdanie, bo widziałam, wyszłam z domu, spędziłam czas na nierobieniu niczego, żeby napełnić się bzdurą w środku i odziać na zewnątrz. Oglądałam 7 uczuć w kameralnej sali maleńkiego kina i byłam zachwycona,  choć przejęta, kąsałam obrazy i próbowałam chwytać myśli. Byłam na premierze „the Star Is Born”, wróciłam poruszona i zapłakana, a  soundtrack do znudzenia.
I przez cudowny zbieg okoliczności trafiłam na „Nędzników”. 3 godziny emocji, koncertów najwyższych lotów, głosów niemal z nieba i dogrzebanie się do prawdy, którą zgubiłam. Prawdy o dziewczynce, która mieszkała na wsi i z zapartym tchem oglądała wszystkie czarno-białe musicale z shirley Temple, zamierając przed TV w każdą niedzielę.

Jak to się stało, że dziecko, które kochało musicale uznało, że to głupie i wyparło to z siebie na ponad 20 lat? Jaka logika podsunęła wnioski, że wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy na rzeczy głupie nie jest? Płakałam cały spektakl i tylko częściowo przez wydarzenia na scenie. Nagle poczułam, że ktoś mi oddał zaginioną część siebie, na której odnalezienie nie liczyłam.

Jest jeszcze tyle do zobaczenia: na scenie, ekranie, w życiu, tylu miejscach. Każda niekupiona rzecz może mnie zbliżyć do tego, co warte zainteresowania, a nie ubrania i tworzenia iluzji talii.

Bardzo wieje. Lista obowiązków nie chce się skrócić. Zamykam kartę sklepu i laptopa. Chcę poczytać. Chcę pożyć. Nie kupić. Dotrzeć do emocji, które napędzają do życia, a nie błądzić. Nie kawy z podwójnym karmelem za 20 złotych mi trzeba do szczęścia.

A Życia.

Takie to oczywiste. Wszystko, co najpiękniejsze w mijającym roku, nie miało absolutnie nic wspólnego z rzeczami.
Prawie 30 lat. I nadal musi się od nowa uczyć, że spełnienia i spokoju nie kupi. Chyba jestem kretynką. A Ty? Pouczysz się ze mną sumiennie, o tym co ważne i warto…?

fot. Niezastąpiona Karolina Szubert – @onicniepytaj