Od momentu „pójścia na swoje” minęło niewiele czasu, ale wstępnych wniosków nazbierało mi się tyle, że pora się nimi podzielić. Poza tym własna działalność generuje sporo zwrotów akcji nawet w tak krótkim okresie, więc jeśli poczekam jeszcze trochę, konieczne będzie napisane epopei, a nie tekstu.

Ten tekst nie jest oczywiście instrukcją i wykładnią tego, jak będą wyglądały Twoje początki, jeśli zamierzasz pójść na swoje. To raczej garść refleksji Radomskiej, która o działalności nie chciała myśleć, nigdy nie wystawiła faktury i na Boga nie wie, czemu ma płacić więcej i więcej pracować. Argumentów na nie miałam całą masę. Czy planuję zwinąć żagle jak tylko ten przestwór oceanu się uspokoi?

Czytając weźcie pod uwagę, że pokonało mnie nawet zgłoszenie się do urzędu z dowodem osobistym, gdyż wypełniając wniosek o założenie działalności online przypadkiem zostawiłam go w domu. I jestem taki kozak, że nie zdecydowałam się starać o dofinansowanie. Dlaczego?
Nawet na Erasmusie nie ruszyłam swojego stypendium i cały pobyt za granicą pracowałam, z obawy, że mi się nie uda i będę musiała je oddać. Wróciłam z całą kwotą. W przypadku dotacji śniłyby mi się kontrole i nabawiłabym się wrzodów. Poza tym świadczę usługi, które nie generują kosztów – jeśli dofinansowanie wydałabym na rzeczy, które teraz wrzucam w koszty, skończyłoby się na tym, że płaciłabym większy podatek co miesiąc.
Wychodzę z założenia, że nikt mi nic nie da – swoje potrzeby i koszty reguluję po troszku co miesiąc – a to odłożę na remont, potem na telefon, potem wymienię komputer – krok po kroku bez przeinwestowywania i rzucania się z motyką na słońce. Za to z satysfakcją, że to co mam „nie jest na kredyt”. Możecie się oczywiście nie zgodzić i rozumiem wszystkich, którzy o takie dofinansowanie się starają i inwestują pieniądze niezbędne na start. Ja przyciągam przygody i dmucham na zimne.

Zacznijmy od wad

Przez kilka ostatnich lat dzieliłam swój czas, dobę i życie na działalność na etacie oraz dodatkowe działania rozliczane umowami o dzieło lub zleceniem. Po prostu – podpisywałam umowę, podawałam stawkę i miałam w nosie wszelkie koszta – poza oczywiście rocznym rozliczeniem podatkowym i skokiem adrenaliny wynikającym z wyliczeniem podatku.

Czym się zajmuję? Świadczę usługi z zakresu copywritingu, marketingu i reklamy. Dzięki działalności blogowej nie muszę aktualnie walczyć o klientów, ale 1) docierałam do takiego punktu 8 lat 2) sytuacja może zmienić się w każdej chwili, więc jestem daleka od euforii.

Zalety etatu:
– nie interesuje mnie podatek od umowy
– ZUS opłaca mi pracodawca
– wciąż przysługiwało mi ewentualne L4, urlop na żądanie, przepisy kodeksu pracy
– miałam „bazę” w postaci etatu, a wszystko inne było „dodatkiem” – to z punktu widzenia budżetu bardzo komfortowe rozwiązanie

Wady etatu:
– byłam własnością pracodawcy w określonych godzinach – wszelkie zlecenia, szkolenia i inne rzeczy, na których dorabiałam musiałam załatwiać w czasie urlopu, czyli – brałam wolne, żeby pracować
– na etacie robisz wszystko, co ci każą. Działam w branży kreatywnej, więc po 8 godzinach wymyślania, działania na pełnych obrotach, jedyne co byłam w stanie zrobić, to usnąć na stojąco i odwlec „swoją robotę”
– „moje” zawsze cierpiało – pracodawca ma pierwszeństwo – nie gryzie się ręki, która opłaca ZUS! 😉
– doba ma 24 h – na dłuższą metę tak się nie da. Po prostu – trzeba z czegoś zrezygnować: dokonać wyboru pomiędzy „mniej, ale pewniej”  a „więcej, ale bez gwarancji”.

Dlaczego zdecydowałam się na działalność?

Poniekąd zostałam do niej przymuszona szukając nowej pracy. Zakres obowiązków w świetle potencjalnego wynagrodzenia się nie kleił, a pracodawca powiedział, że więcej to tylko na FV. Coraz częściej muszę gdzieś pojechać w tygodniu, siadam do swojej roboty w różnych godzinach – na etacie to nie do zrobienia. No i pracując z domu odbieram Lenkę o ludzkiej porze, a nie chwilę przed pogotowiem opiekuńczym.

Rzeczywistość zweryfikowała moje zamiary

Coraz częściej słyszę o tym, że chcąc osiągnąć sukces musisz dawać z siebie 200% a 8 godzinny dzień pracy to relikt. Nie wiem, czy mi nie zależy na sukcesie aż tak, czy inaczej go definiuję, ale zauważyłam, że w 8 godzin wsadzano mi dość szerokie spektrum obowiązków, które rozliczane jednostkowo bardziej się opłacają.
Zatrudnienie pracownika na etacie generuje sporo utrudnień – koszty, obowiązki prawne itd. – nic dziwnego, że wszyscy woleliby zatrudniać ludzi na FV i dziękować im w dogodnym dla siebie momencie bez dyskusji i obciążeń. Jednak etatowiec ma swoje zalety.
Potrzebuje stabilności, zdolności kredytowej, ma zobowiązania. Jego zakres obowiązków jest mniej precyzyjny – sporo można mu dokładać. Spłaszczając to do maksimum – etatowy jest pracodawcy i pracuje zawsze na jego sukces. Konkurencja jest ogromna, więc albo daje z siebie 200% albo wypada. Mnie praca w pocie czoła na cudze sukcesy i wycieczki, potem praca po godzinach i wieczny brak czasu, opłacanie kosztów związanych ze zleceniami z oszczędności przestały bawić. Coraz częściej huczało w głowie pytanie, dlaczego ktoś odcina kupony od mojej kreatywności?!

Mity, które obaliłam

1. Zarabiasz więcej

Tak, ale… 🙂  Każda faktura jest obciążona 20% podatkiem liniowym (ja wybrałam taki, bo moje przychody są nieprzwidywalne i przeskok z kilkunastu procent na 32% sprawiłby, że zeszłabym na zawał) i samodzielnie trzeba zarobić na ZUS, który za wiele na działalności nie oferuje – na L4 umrzesz z głodu, nie dostaniesz macierzyńskiego, zasiłek? Na waciki.
Owszem, na moje konto wpływa więcej pieniędzy, ale z tej kwoty sama muszę się ubezpieczyć, odłożyć „na czarną godzinę”, zabezpieczyć dziecko, opłacić księgową i zawsze mieć na uwadze, że kolejny miesiąc może być dużo gorszy.

Wypłacam sobie dokładnie taką samą pensję. Tyle mi wystarcza na życie. Chyba, że robię remont gabinetu, który jest moim kosztem – tu budżet się rozkraczył jak pijany na lodzie 😉

Czuję się trochę jakbym zarabiała w Monopoly. No ale mam z cego w tej chwili odkładać to też w pewnym sensie luksus. Luksus stresujący, bo nieustannie o tym myślę, ale z drugiej strony – z etatu emerytury też bym mogła nie mieć.

2. Pracujesz kiedy chcesz

Pracujesz zawsze. Ta rozkmina się nie kończy. Co najpierw? Do kiedy faktura? Ile podatku? Szykuje się coś na za miesiąc? Ile odłożyć? Na co sobie mogę pozwolić? Zapłacą w terminie? Wziąć zlecenie, czy nie wyrobię?
Poza godzinami pracy dochodzą te, za które nikt nie płaci, a które na etacie byłyby integralnym elementem dnia pracy. Nikogo nie obchodzi, że ustalenie daty na fakturze trwało kilka godzin, to moje kilka godzin w czasie których nie zrobiłam nic innego. Poszłoby się na kawkę i o 15 stwierdziło, że nie ma sensu ruszać nowego tematu, bo zaraz koniec, a tu psikus…

3. Jestem panią swojego losu

No niby tak, ale nawet Pani swojego losu musi z czegoś żyć i nie wypatruje przelewu 10 każdego miesiąca tylko pilnuje terminów faktur. Kiedy księgowe chorują, faktury giną, spadają asteroidy mogę sobie paniować. Ręką we własnych majtkach co najwyżej. Poza tym to JA muszę zadbać o to, żeby miał mi kto płacić- czytaj – znaleźć kogoś kto udzieli mi możliwości paniowania xD Także ta niezależność i wolność to  tylko slogany według mnie.

Dlaczego jednak tak?

Coś przestawia się w głowie i nie chcesz być puzzlem w cudzej układance, a spróbować ułożyć coś własnego. Skoro i tak pracodawca wymaga więcej i więcej za te same pieniądze i liczą się tylko ci „najsilniejsi” dlaczego nie być dobrym pracownikiem dla siebie?

Co robię, żeby nie zwariować:
1. Oszczędzam, odkładam, nie szastam
2. Przed rozpoczęciem działalności zabezpieczyłam pupę mam wyliczone X kwoty na X miesięcy gdyby wszytko się nie udało
3. Pilnuję, by mieć więcej niż jedną FV w miesiącu
4. Wyłączam się co kilka dni
5. Oswajam niepewność i przepracowuję to w głowie
6. Wyznaczam sobie krótkodystansowe, przyjemne cele, czyli – jak ogarnę ten maj, to w lipcu wyskoczymy gdzieś na weekend.

Czego żałuję?

Braku edukacji finansowej w szkole. Braku regulacji, które ułatwiałyby młodemu przedsiębiorcy życie. Tego, że nie słuchałam intuicji, kiedy kilka razy mówiła mi wyraźnie „UCIEKAJ”. I sen z powiek spędza mi to, co wydarzyłoby się gdybym jednak zdecydowała się na drugie dziecko – czy udźwignę, czy dam radę, czy zarobię i będę mogła to pogodzić? I czy ostatecznie czynnik finansowy nie sprawi, że się rodzicielstwa nr 2 nie podejmę i będę żałować? Koszmar.

Z działalnością jest tak, że muszę iść do przodu – próbować nowych rzeczy, rozwijać się. Dla siebie. Na etacie kilka razy zdarzyło mi się zapaść w letarg, zmarnować czas – wygodne, ale  perspektywy czasu sporo swoich planów mogłam mieć już odhaczone.

Zdecydowanie nie jestem na razie żadną kobietą sukcesu, ale cieszę się, że spróbowałam i przekonałam, że „Wszystko może się zdarzyć” to nie zapowiedź tylko katastrof, awarii i nieprzewidzianych wydatków. Pracuję w godzinach, w których pozwala mi na to mózg, wie m, że w czasie tych efektywniejszych w 3 robię tyle ile na etacie o 8 rano robiłabym tydzień. Nie czuję się na łasce pracodawcy, a w relacji w której muszę trzymać rękę na pulsie  i pilnować, by była symetryczna. To spora lekcja z dbałości o siebie. I wiem, że kilka lat temu bym ją oblała.

Jakie mam plany?

Odkładam kwotę na przetrwanie najbliższych miesięcy i podejmuję ryzyko związane z tematami, które niekoniecznie uczynią mnie rekinami finansjery, ale… Już to wiem. Kto nie ryzykuje więcej, nie ma więcej, a ja chcę zdecydowanie więcej pasji w życiu i wstawania do roboty z radością. Wierzę, że się uda. Jeśli nie – przynajmniej będę miała to sprawdzone i pokornie* wrócę do żmudnej pracy.

* w tej chwili sobie tego już nie wyobrażam, ale wielu rzeczy, które w moim życiu się zadziały, zatem „nigdy nie mów nigdy”.

Odpowiedzi na Wasze pytania:

1. Czy jest mi lepiej na swoim?

Na razie się uczę i oswajam, ale mam nadzieję, że dojdę do punktu w którym chcę być – ok, mogę pracować po 15 godzin kilka dni z rzędu pod warunkiem, że potem pakuję rodzinę i jadę gdzieś bez zasięgu na kilka dni.

2. Czy mąż mnie wspierał w decyzji?

Obydwoje jesteśmy wychowani w rodzinach, gdzie etat to świętość. Ja do tej decyzji dojrzewałam długo i poprzedziłam ją: oszczędnościami, znalezieniem stałej współpracy przynajmniej na początek, odłożeniem na zus z wyprzedzeniem.
Mąż był na nie. Widział jednak jak męczy mnie etat i dostrzega potencjał moich działań – życzy mi dobrze, więc się ugiął i kibicuje, ale decyzję podejmowałam sama.
Wspiera mnie jednak w nowej rzeczywistości. Bo  „nie miec nic przeciwko” to zupełnie nie to samo, co „odebrać znów za mnie dziecko”, „zjeść chińczyka”, „zrobić to co miałam zrobić ja”, „ogarnąć chatę, bo mnie zassał komputer”.

3. Jak się przygotowywałam do ruszenia ze swoim?

Rok odkładałam niemal wszystkie pieniądze ze współprac poza etatem. Rozmawiałam  z mądrzejszymi od siebie, konsultowałam z ludźmi z mojej i nie mojej branży, kilkukrotnie spotykałam się z księgową z dłuuugą listą pytań i wątpliwości, znalazłam firmę do „stałej współpracy” na początek – zamieniając formę współpracy z etatu na FV.

4. Czy korzystam z zewnętrznej księgowości?

Tak, mam cudną wspierającą księgową, która w bonusie koi moje nerwy. Jest moim mózgiem i wsparciem. Czuję się bezpieczniej, kiedy dostaję maile z przypomnieniem o ZUSie i z wyliczonym podatkiem. Mogę do niej dzwonić w każdej sprawie, a każde spotkanie poza wymiarem służbowym jest też kawką, czyli rozrywką, na której brak mocno narzekam 🙂

5. Co mam w zakresie działalności

Działalność reklamowa i marketingowa, ale będę to z czasem modyfikować, bo chcę spróbować nowych rzeczy.

6. Czy się opłacało?


Na to będę w stanie odpowiedzieć za kilka miesięcy. Ja tak to ogarnęłam, że w pierwszym miesiącu działalności na konto spływały mi pieniądze z zaległych umów o dzieło, zachowałam płynność i to było rozsądne, bo nikt nie zapłacił FV w terminie.
Za kilka miesięcy usiądę i porachuję: odejmę wydatki związane z działalnością, odejmę oszczędzanie na Lenkę i konto i zobaczę ile mniej więcej zostaje mi na „czysto”. Jednak nadal to są pytania z rodzaju:
– lepiej zarobić 5 tysięcy od razu i nie wiedzieć, czy cokolwiek jeszcze się zarobi czy po 1 tys przez 5 miesięcy na stałe?

Na pewno „do ręki” mam teraz więcej, ale wydatków i stresów też. Nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Działalność zawsze się opłaca – dopóki masz klientów i zdrowie 😀

7. Czy zamierzam zlecać coś innym osobom?

Doraźnie tak – tak się dzieje przy kampaniach. Ktoś mi robi zdjęcia, ktoś montuje film. Niebawem zaprzyjaźnieni graficy odpimpują bloga. Zatrudnienie kogoś na stałe wydaje mi się zbyt dużym stresem i ryzykiem -ja już kiepsko sypiam myśląc o swoim losie i odpowiedzialność za kogoś i cudzą rodzinę, by mnie wykończyła.

8. Czy nie strzelę sobie w łeb po 1 kwartale?

Zapytałabym – co masz do stracenia? Jeśli zamierzasz wziąć 200 tysięcy kredytu i sprzedawać świecące w ciemności kolczyki to ok – ślisko. Jednak pomyślny – jeśli podejdziesz do sprawy jak do eksperymentu, rozważysz za i przeciw, ubezpieczysz się na wypadek, gdyby się nie udało, nadal zyskujesz. Doświadczenie. I odpowiedź na to cholerne pytanie co by było gdyby.
Kto nie próbuje nowych rzeczy nie osiąga nowych celów, chyba, co?
Myślę, że przestawienie się z myślenia o PORAŻCE na myślenie o PRÓBIE powinno pomóc. Bo inaczej każdą trudność będziesz odczytywać jak zwiastun katastrofy.

9. Czy planuję sprzedaż własnych produktów Wam?

Yyy… Na ten moment nie – wdrożenie produktu to skomplikowany proces, któremu 1 osoba nie podoła. Mam zamiar dla Was pisać – i będzie mi miło jak te wytwory przyjmiecie dobrze i zechcecie kupić w razie potrzeby. Na razie raz na jakiś czas podejmuję współpracę komercyjne zgodne z własnym sumieniem i z nich się będę utrzymywać w czasie robienia tego, co nie do końca opłacalne. Jednak kto wie, może powstanie seria kubków w kwiaty z hasłem „w tym kubku nie ma wina, serio”, tymczasem… Skupiam się na pracy i planach związanych z pisaniem i nagrywaniem.

Jak macie jakieś pytania – walcie w komentarzach.
A najlepiej podzielcie się swoimi refleksjami o działalności – to one będą bezcennym źródłem wiedzy dla innych!

Zdjęcia pochodzą z sesji dla Akardo.pl – marki, której dumną ambasadorką jestem.