Ze wszystkich umiejętności świata, poza 45 oczywistymi, których brak posiadania  mi uwłacza, liderem jest jednak nieumiejętność odpoczywania. Można po troszę powiedzieć, że umiejętność niepraktykowana zanika, można też założyć, że pochodzę z rodziny, która kultywuje pojebane wzorce – jak któraś z kobiet w mojej rodzinie brała wolne, znaczyło się, że pogrzeb albo weki. Ostatecznie mycie okien, ale z tym się uwijały zwykle na deser, w niedzielę, po 23, żeby wiedzieć, dlaczego je  w poniedziałek rano tak wszystko boli, dlaczego czują, że żyją. Urlop matki pracującej, czas start!

Okna u Radomskiej brudne, ale to i lepiej, bo stosownych rolet brak, a brud zawsze dotarcie promieni słonecznych nieco hamuje, co latem na 10 piętrze jest oznaką SPRYTU, a nie lenistwa. Radomska ma coś jeszcze od niedawna (i po prawdzie, niewiadomo jak długo…) – ETAT! a za etatem kryje się co? Pracowniczy urlop wypoczynkowy. Pierwszy w życiu Radomskim.

Błagała, stękała – nie, nie, tylko nie dwa tygodnie bez siedzenia dupą przy biurku, odzwyczaję się, a ledwo zaczęło wychodzić i nie uwierać, proszę, nie! 2 tygodnie z rodziną, czas na budowanie i pogłębianie relacji, a moje są tak głębokie, jak rów mariański, jak gardło gwiazdy porno! Szefostwo nieugięte, zmęczone mną, spragnione ciszy, braku dziwnych awarii w biurze i znikających sztućców, które ktoś bezczelnie podrzuca do mojej szuflady, żeby mnie oczernić. Serce się rwało na jakiś last minute do Grecji czy w inne egzotyczne morze, którego błękitem ozdabiałabym swój zacny ryj niczym filtrem na instagramie. Rzeczywistość jednak zaciska homontko i mówi: Prry, hardy młokosie!

Bo mam w łazience, modny taki teraz, open space, gdyż się kabina rozłożyła jak transformers i za żadne skarby świata nie chce się poskładać, tylko tak filuternie macha wyluzowanymi ramionkami. I czas pomyśleć nad tym, aby tam jednak jakieś działające coś postawić. Dźwiękoszczelne i pancerne. Żebym ja sobie mogła swobodnie pośpiewać, a mąż w końcu w łeb strzelić bez obawy, że pochlapie płytki. I rolety poprzednich właścicieli, disignersko poprawiane przez Lenona zręczne palce, domagają się wymiany. To znaczy wiszą, jak gdyby nigdy nic, twierdząc, że nie piły, ale za żadne skarby nie namówisz, żeby się wyprostowały lub rozsuwały bez pokazów walczyka i scen.

Na razie życie zawodowe kwitnie. I obrasta chwastem, bo wieczny niedoczas nie pozwala grządek dopilnować jak należy. Gorzej z odpoczywaniem. DO urlopu podeszłam ambitnie – żadnego tam leżakowania i relaksu, to dopiero zimą, jak w końcu dopadnie mnie wymarzone zapalenie płuc i zatrzymają mnie na zakaźnym, a ja słodkim głosem będę odpowiadać „oj tak, tak, ździebko tego kompociku, bez farfocli, proszę”, doceniając, że ktoś mi pod pysk przyniesie i nie zagłębiając się w skład.

Teraz sobie zawiązałam bandamkę na czole, żeby podkreślić moje bojowe nastawienie, zaczęłam wydawać indiańskie dźwięki, żeby przypomnieć, że jednak jestem pojebana i poczęłam realizować swój plan. Podzielilam sobie dni tygodnia kolorowymi zakładkami na: ambitny relaks, aspekty zdrowotne, tężyzna fizyczna, kulinaria, rozwój intelektualny. I już miałam czytelny schedule przybić sobie do lodówki i łba gdy wtem, jak to wszystko nie jebnie i się nie pomiesza, a ja nie zacznę tańczyć i udawać, że ogarnę…

Do 10 w poniedziałek zastanawiałam się, czy to zdrowie, tężyzna, stała praca, są naprawdę aż tak istotne, kiedy szczytem ambicji jawi się godzinka w moim open space – z depilacją twarzy i maseczką na nogi, a nawet na odwrót, połączona z myciem łazienki, bo słuchawkę w open space ciężko opanować bez okularów, z umazanymi łapami i głębokim przekonaniem, że nawet to jest dziś zbyt ambitne.
Potem kombo – zdrowie i tężyzna fizyczna w jednym – Radomska niczym super pies z wywieszonym ozorem leciała na swoim dwukołowcu z łańcuchem nowym i lśniącym jak ta tafla wody morskiej w Grecji, nad którą nie dotarła w tym roku i w żadnym innym w sumie, z dziarsko podskakującym przy dupie foteliku rowerowym dziecięcym, na co ludzie patrzyli z przerażeniem, że może jednak w foteliku coś było, a za cicho się darło i wypadło? I dotarła w last minute, niestety znów nie do Bułgarii, a na wizytę sponsorowaną przez NFZ, której przegapienie zmusiłoby do wyznaczenia nowego terminu. A mogło by się okazać to możliwe dopiero wówczas, kiedy Radomskiej problem zdrowotny przestałby dotyczyć. Bo zdążyłaby umrzeć  na przykład ze starości.

Po lobotomii mózgu i powiedzeniu słów prawdy, które każdy powinien, choć wcale nie chce, słyszeć, postanowiłam się spocić, żeby łzy na twarzy zlały się z potem, żeby mnie bolało wszystko tak bardzo, że aż nie bolało w zasadzie nic konkretnego, bo się nie da wyróżnić poszczególnych części ciała. Trampoliny. następnie z górki. Wieczór z córuniunią, mały fetysz 3-latki związany z czytaniem jednej i tej samej bajki w której pan rozpruwa kurze brzuch, co Lenona niezmiernie interesuje, a mnie przeraża, 45 powtórzeń, bolesnych jak te skłony z ciężarkami z dupą owiniętą wokół szyi, raptem godzina negocjacji  i pierwszy dzień urlopu można uznać za zakończony.

Wtorek inny NFZ odhaczony i kąpiel syr obleczonych w białe, bo do reszty mnie posrało, trampki w błocie po kolana, bo się Radomskiej survivalu i skrótów zachciało, oczywiście podróż niezaplanowana to i tempo jak tour de france i trening 10 km na dwóch kółkach z życiówką przypadkiem zaliczony. W międzyczasie kreatywne kulinaria, czyli „wrócą za godzinę, a ja znów nie mam obiadu”, orient, że urlop od etatu to nie urlop od zleceń, więc dłubanie jedną reką artykułów, drugą ryżu z warzywami.

I tak dotarliśmy do środy. Spontanicznie i ze skierowaniem, niestety nierespektowanym w punkcie pobrań, oj peszek, dałam sobie spuścić 3 fiolki krwi. 2 do morfologii i zbadania cukrzycy i  jedną ekstra, założę się, że na jakieś utajone choroby psychiczne, bo pani pielęgniarka dziwnie na mnie patrzyła, jak mówiłam, że się nie spieszę, urlop mam, posiedzę, odpocznę sobie, co mi szkodzi usiąść na dupie. I jak płakałam, płacąc jej prawie 300 polskich złotych za pobranie krwi za które nie dostałam nawet zasranej czekolady.

Środa. I co? Patrzę w wykres i tylko rozwój intelektualny zdaje się być niestymulowany w stopniu zadowalającym. Okazuje się, że książek nie wystarczy kupić i otworzyć. Chciałabym, ale czwarty dzień czytam jeden artykuł w Wysokich Obcacach, akurat o tym, że stabilizacja jest nudna i my nie jesteśmy do niej stworzeni i prowadzę ze sobą wewnętrzne spory pt. stworzona to na pewno nie jestem, ale żeby mi się nudziło, Chryste Panie, nie pamiętam kiedy… Po czym usypiam intelektualnie zatroskana na kwadrans i dziwnym trafem mijają dwie godziny i już upomina się o mnie kategoria „kulinaria”…

Państwo mi wybaczą ten rodzaj pamiętnikowej egzaltacji, ale pomyślałam, ilustracjami dalekich wojaży znajomych znużona, dla przeciwwagi podzielić się tym, jak urlop wyglądać może w prawdziwym życiu, kiedy ma się dziecko, za mało ogaru w głowie żeby zabukować kwaterę gdziekolwiek poza teściową i ciągle pilniejsze wydatki niż odpoczynek.

Mam nadzieję, że raźniej Państwu ciut, w tej robocie mrocznej, na plaży syfiastej, w kolejce po gofera czy na szlak. Z nadzieją piszę, że jedno przynajmniej uda mi się zrobić w tym tygodniu – uśmiech na cudzym ryju wywołać. Może chociaż w to umiem, skoro tak bardzo nie w odpoczywanie…

Klasycznie już – wesprzyj słowem w komentarzu albo chociaż utul kropką.

Zapraszam do dołączenia do newslettera (okienko w prawym bocznym panelu), bo serio się przejęłam. I na instagrama www.instagram.com/radomskaa bo heheszek dostarczam co nie miara.