Wielkomiejskim Paniczom i Paniom nie wypada się do tego przyznać. Należą do warstwy zapomnianej szlachty, mieszkają w nowoczesnych rezydencjach z wielkiej płyty i dojeżdżają do pracy mercedesem z szoferem*, ukradkiem kupują dużo i tanio w Tesco, a w domu z rozmachem przesypują tani ryż kupiony na wagę w opakowania tego markowego z Almy, żeby poczuć się odrobinę bardziej prestiżowo. Papier toaletowy kupują najtańszy i szary, bo wiedzą, że życie jest ciężkie i trzeba mieć twardy tyłek, a poza tym słyszeli na kablówce, że trzeba szanować środowisko naturalne i ratować drzewa. Dlatego używają papieru z odzysku i z dobroci serca nie czytają książek.

Używanie  ekologicznego papieru toaletowego to jednak powód do dumy, to jednak nie koniec. Śnią też nocami o zakupach w markowych outletach, o spacerach romantycznych wzdłuż alei galerii handlowej, więc do tego, że zakupy robią na rynkach, papierosy kupują ruskie i bez akcyzy, a od Ukraińców skarpety z frotty par 6 bezuciskowych za jedyne 8 złotych, na torturach by się przyznać nie chcieli… A przecież na rynku można spotkać połowę populacji osiedla. Ba, wszystkich prawie. Wszystkich poza przedstawicielami sanepidu, policji i straży miejskiej.

Radomska jest święcie przekonana, że zakupy na ryneczku są jak szkolna wycieczka, jak branie udziału w misternym, socjologicznym eksperymencie. Szczerze uwielbia i odkąd zapragnęła być fit, co trwa już ze 3 dni i potrwa co najmniej do przyszłej środy, bo Radomska to szalenie konsekwentne i zawzięte zwierzę, codziennie wzdłuż rynku w drodze na uczelnie się przechadza i oddaje się nieustającym spazmom zachwytu. I nie może przestać kupować rzeczy nawet chyba ładnych, a na pewno dziwnie tanich, pozbawiając się wciąż pieniędzy, których nie ma. Jednak kto nie kupił butów zimowych za 40 złotych, ocieplanej bluzy z króóóliiikieeem, z króóólikiem, czaisz?! I to za jedyne 60 złotych oraz nowiuśkiej torby za dych pięć, nie pojmie. I nie mają prawa potępiać i oceniać.

Mam szczęście mieszkać przy najsłynniejszym w Łodzi Rynku Bałuckim, który pokochałam, od pierwszego ujrzenia. Jego struktura przypomina mi mapę Europy. patrząc z góry pośrodku widać Francję i Niemcy, czyli halę full exlusive, w której kupić możesz dokładnie to samo, co na zewnątrz, tylko jakby w innej walucie, dwa razy drożej, ale za to w ogrzewanym boksie, gdzie dostaniesz reklamówkę GRATIS.

Radomska jak rasowa turystka zachłysnęła się tym niemiecko-francuskim dobrobytem, dopóki nie dotarło do niej, że trzeba być kretynem, albo przynajmniej kimś bogatym, żeby za te same zbędne symbole konsumpcjonizmu, lepione przez dokładnie te same małe chińskie rączki za ziarenka ryżu, płacić więcej. Szybko zatem zaczęła podróżować po innych rejonach rynku.

Bo dajmy na to, taka Polska, położona blisko Niemiec czyli stanowiska znajdujące się na zewnątrz, wyglądające zatem o wiele biedniej, ale aspirujące do awansu społecznego i skrycie nienawidzące stanowisk z wnętrza hal, ot tak po prostu, za to, że wiedzie im się lepiej i cieplej, bo to Polska, listopad, jedynie nienawiść wobec innych i wódka jest nas w stanie skutecznie rozgrzewać, ale niestety nie zagrzewać do walki o swoje.

W tej części polskiej rynku dostaniesz, co dusza zapragnie. A nawet jeśliTwoja dusza nie pragnie, to przekupki z charyzmą premiera będą wygłaszać przy Tobie orędzia, zachwalając, jak w tej durnej reklamie internetu: majteczki, staniczki, ciasteczka, guziczki…

Pani weźmie Pani kupi!”

„Pani się przyda Pani zobaczy!”

„Pani nigdzie indziej nie kupi! ”

„Pani patrzy, jakie to porządne, A na hali trzy razy droższe!”

„Normalnie to 10 złotych, ale dla Pani to 9 jak nic, niech stracę!”

„Pani koleżankom powie, niech przyjdo!”

 

Aż zapragniesz!

I ten harmider nieznośny, przekrzykiwania, muzyka disco-pop-dance gawiedź z samochodów zabawiająca! I ten poruszający widok  przegranych, co to na rynek wpadli tylko po ekologiczne pomidory, przez rynkowych sprzedawców zwożone skoro świt z samego Makro, sprzedawane drożej niż w markecie, a wracających do domu na tarczy, z kalesonami i paczką skarpet bezuciskowych z frotty par 6 za 8 złotych zakupionych.

Radomska ma autyzm, więc błądzi między straganami ze wzrokiem zafascynowanego embrionu. Zachwyca się foliowym namiotem z profesjonalnymi banerami i hasłem ” Kiszonki u Iwonki” z rzędem ludzi stojących przy wielkich plastikowych beczkach (które przecież tak niekoniecznie dobrze się w Łodzi kojarzą z utraconym dzieciństwem martwych noworodków) i profesjonalnie, choć ciut niehigienicznie kapustę, ogórki kwaszone, małosolne, wymarzone oferując niezdecydowanej klienteli.

Patrzysz na to z boku i nie wierzysz i zaczynasz się zastanawiać, czy ktoś Cię z istnieniem tych bakterii, wirusów i drobnoustrojów najzwyczajniej w konia nie robi, czy to nie medialna propaganda, bo nikt poza Tobą na rynku najzwyczajniej o nich nie myśli i się nie boi. Ale toż my dzielna ludność, Rodacy! Zabory nas nie zniszczyły, PRL zahartował, to zagrozi zagilany, śmierdzący sprzedawca  z żałobą za paznokciami, przy otwartej beczce z kapustą charkający?

Mimo wszystko, nie przerywajmy tej podróży w nieznane, kierujmy się ku obrzeżom!A tam?!

Rumunia sprzed lat 30 w najbrudniejszej postaci! Rzeczy, o których Ci się nawet nie śniło, których tak się brzydzisz, że bałbyś się wyrzucić, a tu możesz kupić i to naprawdę za nieduże pieniądze. Kurtki ze skajki-niepękajki, trochę przez czas naruszone i stęchlizną kufrów, w których jak skarby były przechowywane, zalatujące. Śrubki, używane buty bez podeszew, stare meble, własnoręcznie przez dzieciątka sprzedawcy naklejkami z gum turbo 15 lat temu oblepione, pantofle do chodzenia po domu robione ręcznie ze skrawków materiałów i tektury za jedyne 10 złotych, hand made vintage w czystej postaci! Po co nam w Łodzi metro, jak jest tak retro!?

Oczy, pary obie, Radomska przeciera i kieruje się w stronę warzyw, przy samej ruchliwej ulicy sprzedawanych, ekologicznych, zdrowych i jak wspominałam, niż w markecie droższych. I kmini niezmordowanie, bo nigdy nie była orłem z ekonomii, rzucając nieśmiałe pytania w przestrzeń, ile kalafiorów trzeba sprzedać, żeby przeżyć? Sądząc po ilościach hurtowych, z brudnych skrzynek się wysypujących, Łodzianie muszą szalenie je lubić. Prawie tak jak pomidory i koper, zapachem spalin przesiąkniętych.

Ale kto by się tu martwił o zdrowie, kiedy tuż za rogiem, przy rozkładanym stoliczku, z łoki toki w dłoni stoi Pan, wyglądający jak rosyjski gangster sprzed 24 lat, co to zagraniczne papierosy bez polskiej akcyzy sprzedaje. O kant dupy rozbić można sobie misterne plany polskiego rządu dotyczące podniesienia akcyzy,  które mają skłonić rodaków do bankructwa lub porzucenia nałogu, kiedy ten pseudo rosyjski rozrabiaka oferuje Ci paczkę Viceroy niebieskich w cenie 7 złotych. O jeżuuuniu!!! I tylko zestaw zębów przerzedzonych gangsterskiego handlarza, pobrązowiałych i pożółkłych, od zakupieniem 4 ryz papierosów skutecznie powstrzymuje, jak nadwrażliwość szkliwa przed jedzeniem lodów.

Dosyć przygód !-myśli Radomska, wykończona i rozemocjonowana.Czas opuścić ten międzykulturowy Disneyland, w którym kupisz imadło dziwadło, lewe dokumenty, a założę się, że i organy ludzkie jeszcze ciepłe i mleko prosto od krowy.

I idzie rozbawiona w stronę Słońca, które dla niej nie wzejdzie, bo już przecież prawie listopad, pogwizdując pod nosem radośnie.

W dłoni paczkę skarpet z frotty bezuciskowych 6 par dokładnie za jedyne 8 złotych zakupionych dziarsko dzierżąc.

 

 

* mercedes z szoferem – autobus miejski tej marki wraz z pracownikiem MPK

___________________________

Zapraszam na fanpage bloga na FB: Mam wątpliwość