Nie lubię wspominać przebiegu swojej kariery zawodowej, gdyż ludzie kwiczą wtedy ze śmiechu, a to niegrzecznie śmiać się z cudzego nieszczęścia. Z tego miejsca pozdrawiam po prostu wszystkie chorowite księgowe, które urlopu mają więcej niż ja życia przed sobą, wszystkie szefowe w luksusowych furach, które kombinują, jak tu zatrudnić, żeby mieć murzynka, ale na koszt władz Azerbejdżanu i cyganów ze  Zgierza, Broń Boziu własny, bo luksusowa fura w leasingu się czyimś kosztem musi spłacać.

Pozdrawiam wszystkich kozaków, co to zapraszają na staże, odwzajemniam zaproszenie – chodźcie i cmoknijcie Wy mnie wszyscy w pępek. Wszystkim pomysłodawcom umów o dzieło i zleceń dziękuję, że nie umarłam z głodu, choć przyznam, że parę razy się bałam, iż może jednak… wiem, że moją buntowniczą odpowiedzią na smutne doświadczenia i zasmakowanie ludzkiego wyzysku byłoby otworzenie własnej firmy, ale cóż ja mogę światu ofiarować poza swoją pociesznością, której realizacji nie mam jak wpisać w koszta działalności i odpisać od podatku, bo absolutnie niczego nie potrzebuję, żeby być Radomską?!

Wbrew pozorom jest to tekst o pozytywnej wymowie, bo jakże inną wymowę mógłby mieć tekst, w którym pragnę powiedzieć, iż, dokładnie 12 miesięcy temu z lekuchnym hakiem, scrollowałam oferty na portalach, już nie matrymonialnych, bo byłam mężatką, a pracowniczych, z nadzieją, że może jednak wyjdę z dresów, porzucę dziecko i męża, uzyskam niezależność i autonomię, a tak naprawdę kolejnego szefa, listę wydatków, frustrację oraz rozdarcie pomiędzy byciem pracownikiem, żoną, matką, gospodynią, a byciem ponad tym wszystkim i pójściem spać. Poszłam przekonana, że nikt normalny mnie nie zatrudni i potwierdzam po roku, z nikim normalnym nie pracuję.
Rekrutował mnie mężczyzna z pluszowym, gadającym misiem, a ja się naoglądałam głupot w internecie i myślałam, że to ukryta kamera, więc się zgrzewałam i starałam się wypaść błyskotliwie i szczuplej niż normalnie. I buch, nie wiem, kto zgłaszał się na rekrutację poza mną, ale dla zachowania dobrego samopoczucia nigdy o to nie pytam.
Po kilku tygodniach jarania się ciepłą wodą w czajniku, ćwiczeń w siedzeniu przed komputerem tak, żeby nie zauważył nikt, że nie wzięłam mózgu, niezliczone próby spełnienia pokładanych wobec mnie nadziei i oczekiwań i tyle samo gorzkich rozczarowań, że jednak nie. 48 tygodni wmawiania sobie, że dam radę osiem godzin wysiedzieć w miejscu i być cicho, w co nikt na szczęście nie uwierzył, a jednak nadal mnie nie zwolnił.

I to zdziwienie moje i mojej matki na wieść o tym, że to już rok, a mnie jeszcze nie zwolnili, bezcenne. 

Miałam być co prawda dziennikarką, aktorką, pisarką albo przynajmniej prowadzić popularnego bloga i odcinać kupony swojej fantastyczności w kampaniach chipsów, no ale – jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, prawda? Dla mnie absolutnym sukcesem jest zatrzymanie się gdzieś na tak długo, 12 stałych wpływów na moje konto, choć zrobiłam naprawdę wiele, by nie dotarły i chyba ze 4 z nich to najzwyklejsza darowizna.

NO ALE…

Mam to. Stabilizację. Od 6 rano pragnę litości powrotu do łóżka, w pracy tęsknię za dzieckiem, w domu mam ochotę dziecko związać i wrócić do pracy, nocą śnią mi się koszmary, że jednak wszyscy się poznają, co ze mnie za matka, za pracownik i cała, misternie konstruowana i niezdarnie rzeczywistość moja z hukiem legnie w gruzach, a odkurzacz zatkany sierścią psa, tego nie wsyśnie, poza tym mąż szału dostanie, że znów coś się rypło, kiedy on właśnie poodkurzał.

Czuję się trochę jakbym odbierała teraz jakąś nagrodę, choć każdy, z kim dzielę się radością wynikającą z życiowego sukcesu i pierwszej rocznicy zawodowej puka się w łeb i przypomina, że nawet 50 takich rocznic nie zapewni mi poczucia bezpieczeństwa ani godnej emerytury. Ja to wszystko wiem. Wiem też, że moja pensja mogłaby być dwa razy wyższa gdyby nie te wszystkie podatki, ubezpieczenia i inne pierdy, co to mi się bez pytania pobiera, chociaż do lekarzy nie chodzę, bo jako matka nie mam prawa chorować, autem nie jeżdżę, publicznego mienia ani nie niszczę ani nawet nie widuję, bo ja wychodzę i wracam do domu, kiedy jest już ciemno, okulary mi parują i zdarza mi się rozpłakać.  I chciałabym bardzo móc powiedzieć, że świat mam u swych stóp, ale prawda taka, że częściej po prostu ja mam mordę przy samej ziemi i nie mam siły jej podnieść.

Czy ja narzekam? Zgrzeszyłabym, a wystarczająco dużo mam na sumieniu. Po prostu kiedy budzik dzwoni o 6:05 to zaledwie 40 minut później już prawie wstaję, odziewam się i kamufluję straty moralne i estetyczne wynikające z zarwanej (tak, znowu i nadal) nocy, staczam bitwę o bluzkę z motylkiem, majtki w gwiazdki z Leną i o ostatnią parę czystych (wielkie słowo…) skarpet z moim mężem i wyruszam na podbój świata. Nawet się maluję, żeby świat wiedział, że zależy mi na tyle, że naprawdę robię wszystko, by pokazać, że jestem normalna i się nadaję. Niepotrzebnie.

Bo oto właśnie w dniu mojej pierwszej rocznicy, kiedy to podkreśliłam brwi brązową kredką, umyłam włosy, zaklepałam skarpetki z wyprzedzeniem a dziecko wystawiłam za drzwi ubrane bez budzenia, właśnie teraz, kiedy dzwony kościelne wygrywać powinny radosną pieśń na moją cześć, a zastępy gołębi układać się na niebie w kształt serca i swoimi odchodami pisać na chodniku „Radomska, jesteś ekstra!” szef przyszedł, podszedł do mnie dziarsko, choć, dziwne – bez kartki z gratulacjami, premii i bukietu żonkili, rzuca mi spojrzenie, z góry, bo szef i bo siedziałam, a on stał i przemawia do mnie figlarnie:

– Co Ci się, Ola stało w twarz, uderzył Cię ktoś?

A to był makijaż. I to by było na tyle jeśli chodzi o stosunek świata wobec moich starań. Doceniam jednak puste ręce szefa,  zawsze mogłyby dzierżyć wypowiedzenie i znów nie miałabym na co narzekać. Ejmen.