sczepienie

Są takie tematy, które zawsze wzburzą krew w żyłach rodziców. Należy do  nich podważanie lub obrona słuszności szczepień.

Zdałam sobie sprawę, że w przypadku szczepień nie ma czegoś takiego jak świadoma, racjonalna decyzja. Mogą mnie zapluć absolutni przeciwnicy, pogryźć obrońcy. Nie ma znaczenia co ktokolwiek ma na ten temat do powiedzenia. Ważne jest tylko jedno – konsekwencje mojej decyzji poniesie Lenka. A ja nie jestem w stanie ich przewidzieć.

Człowiek ma potrzebę racjonalizowania swoich działań i funkcjonowania świata. Rodzice nieszczepiących dzieci będą powtarzać mantry o szkodliwych składach szczepionek, zagrożeniach związanych z powikłaniami, obrzydliwymi działaniami koncernów farmaceutycznych, wpływem szczepionek na nasze zdrowie. Szczepiący przywoływać argumenty o tym, że dzięki szczepieniom ludzkość zwalcza choroby, że nauka idzie do przodu, żyjemy dłużej, rośnie ilość zagrożeń przed którymi musimy się bronić.

A ja mogłabym posadzić na przeciw siebie jednych i drugich i powiedzieć- nie mam prawa podważyć żadnego z Waszych argumentów, po części każdemu z Was przyznaję racje, ale i tak- to nie ma znaczenia. Potrzebujecie wiary w to, że chcecie dla swoich dzieci jak najlepiej pielęgnowane przez fakt, że są zdrowe, daje Wam to poczucie komfortu, że to wasza decyzja jest dobra.

Dopóki dzieci są zdrowe.

Kiedy zachorują nadal będziecie racjonalizować swoje decyzje obarczając winą innych – szczepione/nieszczepione dzieci, ich rodziców, lekarzy, system. I to też jest naturalne, życie z ciężarem dotyczącym tego, że jesteśmy winni krzywdy własnego dziecka jest z pewnością nie do zniesienia. Poza tym winę ciężko wskazać. Tak jak i słuszność.

A prawda jest taka, że prawda o szczepionkach nie istnieje.

Czytam listy pediatrów nawołujących do szczepień i trudno mi się z nimi nie zgodzić. Czytam dramatyczne listy rodziców, których dzieci zachorowały zaraz po szczepieniu i zamieram. Być może część tych corób, zjawisk i schorzeń, albo zachowań jest utożsamiana ze szczepieniami niesłusznie, w ramach tej usilnej racjonalizacji zdarzeń („Muszę, muszę wiedzieć dlaczego moje dziecko zmieniło usposobienie, tydzień temu spało się i śmiało, a teraz milczy i płacze!„), ale nie mam argumentu, który pozwoliłby to zanegować.

Jestem skołowana, zmieszana i wstrząśnięta. Bo im więcej czytam, tym mniej wiem. Z jednej strony chciałabym skazać część eko oszołomów na przymusową banicję i leczenie się w piecu, z drugiej, kiedy widzę poruszającą reklamę szczepionki na rotawirusy, w której mama żałuje, że nie zaszczepiła syna, ale z pewnością zaszczepi córkę, mam ochotę znaleźć marketingowca koncernu producenta i zapytać, czy swoje dzieci też zaszczepił? Bo wystraszył mnie debil nie na żarty, w chwili słabości i odkrycia, że na oddziale szpitalnym na którym leżała Lena są rotawirusy, chciałam porwać dziecko i o mało nie dostałam zawału. Wirus reklamowany jak rak okazał się lekką sraczką i nieznacznie podwyższoną temperaturą. Zanim się rozwinął mnie zdążyło niemal zabić poczucie winy.  Wracając do (nie)słuszności szczepień…

Dwie strony sporu mogą się szarpać i opluwać do woli. Zarzucać sobie, że przez stronę przeciwną rośnie zagrożenie. Opluwać. Grozić. To i tak nie ma znaczenia.

Dopóki nasze dzieci są zdrowe.

Lenka zachorowała nagle dwa dni po szczepieniu. Niewinny kaszel, szybka reakcja i podanie naturalnych leków, zachowawcze siedzenie w domu. Mimo to po szczepionce jej organizm w ogóle nie podjął walki z infekcją. W trzy dni suchy kaszel ewaluował w zapalenie płuc.

Oczywiście nie mam pewności, że między infekcją a szczepieniem jest jakiś związek, może po prostu miałyśmy pecha? Pech chce też jednak, że nie chorujące nigdy dziecko łapie przeziębienie co kilka dni, nie pójdzie do żłobka, uniemożliwia mi pójście do pracy.

I mimo mojego usilnego zgłaszania, żaden z kilku lekarzy nie odnotował w żadnym miejscu, że dziecko było szczepione i jego choroba może mieć związek z Niepożądanym Odczynem Poszczepiennym.

To nie żaden pamiętniczek ani ckliwe zwierzenia. Po prostu chciałam to napisać.Czy zaszczepimy swoje dzieci, czy nie, bez względu na ilość argumentów. To wszystko ma sens, dopóki nie dzieje się nic złego.

Przed nami kontrowersyjne szczepienie na odrę, świnkę i różyczkę. Cokolwiek nie zrobię, już wiem. Jeśli moje niezaszczepione dziecko zachoruje, to umrę ze strachu, a wszyscy mądrzy dookoła mnie będą wiedzieli na jakim stosie mnie spalić. Jeśli ją zaszczepię i wydarzy się cokolwiek niepokojącego, porównywalnego z zapaleniem płuc, lub, nie daj Boże, gorszego, zostanę sama. Kompletnie sama. Bo zgłaszanie NOP-ów to fikcja, a nawet jeśli się uprę i owy uznają, to… moje dziecko nie poczuje się od tego lepiej.

I mogłabym na to przystać, dorosłość polega na przyjmowaniu konsekwencji. Jednak oznaczałoby to, że dzieciństwo jest przyjmowaniem konsekwencji decyzji dorosłych.

Zatem kłóćcie się, szarpcie, wyzywajcie. Doradzajcie, osądzajcie i pokażcie, że to nie żadna epidemia nas wykończy, ale wzajemna nienawiść.

I pamiętajcie, to wszystkie racjonalne argumenty, zgrabne zdania, mają racje bytu- dopóki dzieci są zdrowe.

I życzyć sobie i Wam wszystkim jednego- ABY ŻYCIE NIGDY NIE ZWERYFIKOWAŁO, CZY POSTĄPILIŚMY SŁUSZNIE.