Ja wiem, że nie przechodzę przez nic wyjątkowego, nie doświadczam niczego, co pewnie jedna czwarta ludzkości nazywa codziennością albo wspomnieniami, niemniej jednak… odkąd jestem matką nie mogę przestać się dziwić. Robię to wszystko, co każda inna na moim miejscu, raz lepiej raz gorzej, uczę się każdego dnia i jak na razie Lenonek tak szybko zmienia zdanie, że ciężko mi choć łamiącym głosem lub szeptem przyznać, że ogarniam.

Pociesza wsparcie otoczenia, skrzydeł dodają komplementy położnej- „w ogóle po Tobie nie widać, że to pierwsze dziecko i że nie masz pojęcia co robić”, ale to zdziwienie zapiera mi dech w piersiach. Przy każdej najdurniejszej czynności – od czyszczenia pępka po wyciąganie glutów mam ochotę zapytać świat CZY CZAI CO JA W OGÓLE ROBIĘ?! Boję się, że z obsraną pieluchą obiegnę Bałuty żeby zapytać ludzi, czy oni naprawdę myślą, że cokolwiek, nawet taka kupa w pieluszce, jest oczywista?!

Robię to wszystko własnymi rękami, prawie nie sypiam, nie zdążam zjeść, kiedy jestem głodna i nieustannie się dziwię- że naprawdę świata nie dziwi jak wiele jest w stanie zmienić, poświęcić i znieść dla człowieka drugi człowiek. Nie minęło mi, najchętniej obleciałabym z kwiatami wszystkie matki na świecie, żeby docenić, bo chyba nikt nie docenia, każdą zmienioną pieluchę, nieprzespaną noc, poklepać ją po ramieniu i powiedzieć, że to gówno prawda, że nie robi nic niezwykłego i że cokolwiek jest tu normalne- bo dla mnie to magia,że dorosły, świadomy swoich potrzeb człowiek, jest w stanie zrezygnować ze wszystkiego dla kogoś, kto nie ogarnia nawet, że ma ręce i że istnieje świat poza cyckiem.

Szydzę i będę szydzić z tego, czego doświadczam, bo zmęczona morda jakoś bardziej do mnie trafia, kiedy wykrzywiam ją w uśmiechu, ale cokolwiek nie zrobię, czegokolwiek nie napiszę, ile razy bym się nie rozpłakała ze zmęczenia, poczucia bezradności – nic nie zmienia faktu, że mam do tego wszystkiego jakiś nieopisany szacunek. Noszę, całuję, karmię, przewijam, czasem chcę zamknąć w łazience noworodka, ale nie mogę uwierzyć i przestać się dziwić, że jest mój.

Uczę się pokory i leczę z resztek egoizmu. Nie dam się depresji -daję sobie prawo do słabości i wycia, ale tylko jeśli to mi pomaga, bo potrzebuję teraz siły i nic co ją wpieprza nie jest mi potrzebne. Robię to,czego nigdy nie umiałam – zamiast wkurwiać się, że nie mam chwili dla siebie (bo nawet teraz piszę karmiąc, do WC już nie wyjdę, bo ten mały Troll wyczuwa moje zniknięcie i zaczyna alarmować wszechświat po kwadransie) pielęgnuję poczucie bycia kimś wyjątkowym i niezastąpionym i staram się pamiętać, że za chwilę będzie wstydziła się dać mi całusa pod szkołą, a gotować i tak nie lubię, więc kupowanie gotowców zupełnie mnie nie boli.

Kiedyś wydawało mi się, że matki piszące o sobie jak o kimś super zajebistym na siłę pocieszają się i próbują gloryfikować swoją zwyczajność i codzienność żeby nie zwariować. Teraz wydaje mi się, że świat zwariował traktując z takim pobłażaniem, politowaniem kobiety, które zrezygnowały ze swojego ciała, czasu, wolności, które nie mogą odetchnąć w piątek i śnić o leniwym urlopie, nie mogą chwycić się niczego poza radochą z kochania kogoś ponad wszystko, co ułatwiałoby im przetrwanie.

I nie mogę uwierzyć, że naprawdę to wkurwienie, zmęczenie, pragnienie ucieczki, ba, nawet bolące suty koi seria jej min robionych przez sen.

I nie uważam, że jestem zajebista dlatego, że jestem matką. Uważam, że jestem zajebista, bo po łokcie jestem zarobiona wszystkim tym, co dla tylu moich rówieśników byłoby za trudne, wymagające zbyt wielu poświęceń, nie do zniesienia. Bo wiem, co to znaczy być odpowiedzialną za kogoś i kochać tak naprawdę, na zawsze, mimo wszystko,a nie „dopóki nam razem dobrze”. I choćby świat mi wkręcał, że przeżywam właśnie coś oczywistego, nie dam się przekonać. 

Bo ten świat jest gdzie indziej i jara się tym, co mnie nie obchodzi, on nie jest w stanie zrozumieć, kim jestem, jak się zmieniam, ile wysiłku w to wkładam i po co to robię. I to ja coś, KOGOŚ, po sobie temu światu zostawię. ha.