Moi Drodzy, ja nie umiem w optymizm. Jestem mistrzynią szukania dziury w całym, wkładania palców w drzwi, oblewania się gorącym tłuszczem z patelni. Moja głowa potrafi wysnuć najmroczniejsze scenariusze, a potem rzeczywistość zadziwia absolutnie niczym nadzwyczajnym. Dlatego ten wpis to wyraz zaprzeczenia samej siebie. I wyraz chęci podzielenia się z Wami tym, co mnie spotkało.

Zaręczyliśmy się sto lat temu, na fali pierwszego zauroczenia, a potem szybko zaczęła nas podtapiać rzeczywistość. Ustalona data wisiała nad nami, jak rodzaj wyroku, bo szczerze mówiąc niejednokrotnie szczytem naszych marzeń było po prostu wolne, leniwe popołudnie, a nie jakieś tam, przygotowania ślubne. Byliśmy przekonani, że ślub niczego nie zmieni, że to tylko formalność, a stresujące przygotowania nie raz stawiały nas pod ścianą z wymalowanym łzami napisem „PO CHOLERĘ NAM TO?!”.

Mieliśmy super urocze momenty w czasie dogrywania Tego Dnia. Wybór sukni, wspaniały kurs przedmałżeński, szukanie obrączek, zapraszanie gości i inne słodkości. Kilka przygód „sprzed” sprawiało też jednak, że moje oczy zalewała krew wściekłości i chwilami zapominałam po co i dlaczego to robimy. Wyprawa z Mario po garnitur, była jak wyprawa do dżungli. Patrząc na moje zakrwawione od odcisków kulosy i strącając ze spoconego czoła grzywkę, doszłam do wniosku, że kocham go, ale nie zabije tylko dlatego, że garnitury udało się kupić. Było śmiesznie, strasznie, stresująco, luźno aż zanadto czasem też. Aż nadszedł ten dzień.Umordowani przygotowaniami, przeprawami z instytucją kościoła, która naprawdę potrafiła nam obrzydzić stan narzeczeństwa, nie mieliśmy wobec tego dnia absolutnie żadnych górnolotnych oczekiwań. Limit stresu wyczerpaliśmy dzień przed i w dniu ślubu uznaliśmy, że cokolwiek się nie zdarzy, ważna jest przysięga i jak najszybszy powrót do normalności. Ależ byliśmy w błędzie!

Pierwszy raz w moim radosnym, filuternym, figlarnym życiu coś tak po prostu mi się udało, zapierając dech w piersiach od A do Z, sprawiając, że śmiałam się w głos i ryczałam ze szczęścia. Nie wymarzyłam sobie piękniejszego dnia, a wszystko,co się wtedy działo, było serio jakimś znakiem od Tego z Góry, że tak ma być, damy radę. Najpiękniejszym prezentem.

Zależało mi na tym, aby do ołtarza wraz z córą odprowadził mnie tata, przy akompaniamencie ukochanej linii melodycznej. Chwila, w której dowiedziałam się, że nie będzie obok Lenki, a w tle muzyki sprawiła, że zgasłam, zaniemówiłam i zrobiło mi się trochę wszystko jedno. Także niesamowicie życzliwy wikary ostrzegł nas, że nie będzie mógł poprowadzić naszej ceremonii. Postanowiłam cieszyć się z męża, przysięgi, córy i sukienki i przetrwać jakoś wesele, przed którym wszyscy nas ostrzegali („Umęczycie się, podepczą Was, nawet nie znajdziecie chwili, żeby coś zjeść, a goście i tak będą niezadowoleni..”)

Tymczasem życie potrafi pisać najbardziej niesamowite scenariusze.

Pogoda? Jak na zamówienie. 24 stopnie, słońce, noc ciepła zupełnie jak w lipcu. Sukienka jeszcze ładniejsza niż ją zapamiętałam. Podobnie inne drobiazgi, jak fryzura, biżuteria, czy makijaż. Nawet buty się opamiętały i przestały maltretować moje stopy.

Mama płakała ze wzruszenia, tato patrzył z dumą i  zachwytem. Mario oniemiał na mój widok przed ołtarzem. Lenka nie odarła swoich rajstop i nie zalała się zupą. Udało się wyciągnąć spod mojej sukienki, spod której niemordowanie robiła AKUKU, bez większej afery. W kościele zjawiło się tylu ludzi, że część z nich musiała stać na zewnątrz. A najpiękniejsze nadal było dopiero przede mną!

Do ołtarza odprowadził mnie Tato. Księżniczka Madzialena sypała nam kwiatki. Witały mnie spojrzenia życzliwych i uśmiechniętych ludzi, a potem obadulił zachwyt przyszłego męża, który zaniemówił z wrażenia. Chwilę później okazało się, że NASZ CUDNY WIKARY jednak zdążył i poprowadzi mszę. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że takiego ślubu jeszcze nie było. Kate i William mogą się schować, przysięgam.

Piękne kazanie, wzruszające i z jajem, wygłoszone na zasadzie luźnej, ale pięknej i głębokiej rozmowy z nami. Kościół wypełniany na przemian naszym śmiechem, rechotem gości oraz łkaniem wzruszenia. Rozładowujące atmosferę teksty („Mariusz, ja ją trochę znam i się boję, Ty serio jesteś pewien, że chcesz? Bo ona chyba tym razem nie ma wątpliwości…”) i najważniejsze, najpiękniejsze, najlepsze. Przysięga.

Ksiądz zapytał, gdzie nasza córeczka i natychmiast kazał ją przyprowadzić. Lentoszka, w swojej balowej kreacji, jak cukierek i modelka z reklamy, wspięła się na nasze ręce, objęła mocno oboje i tuliła całując w czasie, kiedy zakładaliśmy sobie obrączki i ślubowaliśmy to i owo. Nie wyśniłam nawet takiego momentu. I niczego już więcej nie pragnęłam. A mimo to dostałam!

Wesele było po prostu genialne. Pierwszą piosenkę zatańczyliśmy we trójkę. Bawiłam się jak nigdy w życiu, zatańczyłam niemal z każdym, śmiałam w głos i chciałam czerpać  tego dnia garściami. Mario zaginął na początku wesela, było tam strasznie głośno, nie mieliśmy a dużo czasu, by tańczyć razem, a ja od śmiechu straciłam głos – w związku z tym, nie zdążyliśmy się ani podeptać, ani pokłócić i wspólnie uznaliśmy, że małżeństwo nam służy.Lenka cudnie zniosła noc bez rodziców, a całe poprawiny wymiatała z gośćmi na parkiecie, popisując się pozami i minami. Przeżyliśmy najmagiczniejszy weekend w swoim wspólnym życiu, który naładował nas masą pozytywnej energii. Dziękuję pięknie mojej wspaniałej rodzinie, bo pokazała, JAK SIĘ BAWIĆ. I gościom zgromadzonym na ślubie. Drżą mi ręce, kiedy piszę ten tekst, bo wciąż żyję weekendem!

P.S. Pyta część z Was, po co nam ślub, skoro żyjemy jak rodzina, mamy dziecko, mieszkanie i swoje problemy i radości. Do soboty chyba sami nie mieliśmy pojęcia. Tymczasem teraz czujemy się jakbyśmy urośli o pół metra (nie tylko wszeż od pysznego żarcia), o wiele ważniejsi i zobowiązani do starania się bardziej. Oficjalnie dorośli i odpowiedzialni za swoją rodzinę. Zobligowani, żeby się starać bardziej, pamiętać o tym,co najważniejsze. Poza tym każdy z nas potrzebuje swojego święta, okazji do celebracji i zaczarowania na chwilę rzeczywistości.

Mamy nadzieję, że wspomnienie tamtego dnia pomoże nam przetrwać trudne chwile. Mario zanim postanowi odejść, przywoła mój widok w białej sukience, a ja nim trzasnę drzwiami, przypomnę sobie jego spojrzenie przed ołtarzem. Czemu kościelny  ślub? Zawsze bezpieczniej mieć po swojej stronie Siłę Wyższą, bo jeśli Bóg z nami to cokolwiek przeciwko nam? 😉 Zdjęciami chętnie się podzielę, jak tylko sami je otrzymamy.

Kłaniam się i dziękuję za Wasze ciepłe słowa i wsparcie, przypominam, że nadal możecie współweselić się z nami i zrobić coś ekstra, Madzialena czeka, spisała się na medal i zasługuje na wszystko,co najlepsze!!!

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
Bank BPH S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
Tytułem:
8315 Loręcka Magdalena Maria darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

bardzo szczęśliwa Mężatka
-Aleksandra Radomska-Mikorska!