Kiedy wylatuje ze mnie, wartkim i rześkim, jak pierwsze, poranne siku, strumieniem słów moich karkołomna konstrukcja, nie do końca zastanawiam się, co dzieje się po drugiej stronie. Kiedyś to, czy zajrzeli, machnęli, olali, czy lubią było ważne. Dziś, z każdą kolejną zmarszczką mimiczną rzeźbioną zdziwieniem i wątpliwościami, utwierdzam się, że to nieważne. No chyba że….

Nie miałam nigdy zamiaru wpływać na ludzkie losy, ot czasem przeżywałam ambicjonalny orgazm, kiedy podrzucona przeze mnie myśl została przez Was przechwycona i rozpleniona jak białe myszy. Może i nie sprzedałam Wam zegarka i nikt nie daje mi Skody do testów, ale gdzieś tam, w dalekim świecie, mamy całą zgraję dzieci z Laare, które adoptowaliście w porywie przyzwoitości razem ze mną, by za 70 zł miesięcznie sponsorować im luksus w postaci szansy i godnego życia. Bez frazesów.

Dużo się zmieniło. Nie jestem już studentką, która udaje na wykładach, że notuje, a tymczasem ćwiczy w kajecie swoje pióro i rejestruje absurdalne pomysły. Nie mając pojęcia dokąd ją to zaprowadzi. Pełna radości jednak, że kilkuletnie rysowanie karykatur i zwierzątek przynosi owoce, w postaci zachwytu pacholęcia.
Startowałam z pisaniem wtedy, kiedy zakładanie bloga oznaczało, że chce się coś powiedzieć – wyrzucić z siebie razem z flegmą, co utrudnia oddychanie, rozbawić, podzielić wrażeniem, opinią. Pomaluśku wiem, co to znaczy nie nadążać i ze zdumieniem obserwować młodzież. Ileż radości przynosi odkrycie, że wewnętrznie oburzają mnie szorty bardziej skąpe niż moje majtki! Przyjmuję to z pokorą.

Nie płynę już z prądem, przez co czasem ten prąd mnie razi od stóp do głów, bo z roku na rok coraz trudniej się dostosować. Kiedy świat celebruje podtrzymywanie uwagi na sobie samym, ja z zachwytem odkrywam, że im bliżej mi do trzydziestki, tym bardziej schodzę sobie na dalszy plan i mniej przeszkadzam. A dioptrii mam plus 6 na nosie, co za tym idzie – z daleka widzę lepiej.
Nigdy nie pływałam za dobrze, a możliwość zdjęcia szkieł na basenie sprawiała, że przestawało być to istotne i sam fakt utrzymywania się na wodzie był źródłem satysfakcji. Przymykam oko na niedoskonałości, staram nie dać się zjeść – pracy, obowiązkom, senności i tęsknotom za tym, co już powinno zostać zapomniane. Skupiona mocno na przeżywaniu, zapamiętywaniu, zbieraniu wrażeń, nie oddaniu się w całości. I łapaniu drzemek, niczym stara panna na łapaniu bukietu.

Tymczasem jesteście Wy. Jak się okazuje, część od bardzo dawna, choć ja zapominam czasem, że cokolwiek towarzyszy mi w tej podróży. Znamy się, całkiem nieźle, ot, takie są konsekwencje internetowego ekshibicjonizmu, ale rzadko mi zdarza się przywiązywać uwagę do mojej funkcji w Waszym życiu. Klik- jestem, na chwilę, jeśli ją znajdziecie, znikam potem, bez refleksji, czy ktoś zatęskni. Za dużo razy ludzie mnie zawiedli, żebym umiała im ufać. Nadal lubię, nadal mnie dziwią. Czasem dostarczają masę radości.

Siedzę teraz, w ciszy, choć nieuchronnie zbliża się ta godzina, o której sen przestanie mieć znaczenie i cokolwiek zmieni. Podjadam z tajnej szuflady, o której wiedzą wszyscy poza Leną, rozpuszczalne gumy, przywiezione dla mnie prosto z Danii. I japa się jarzy, uśmiech rzeźbi kolejne zmarszczki wokół ust, które kiedyś (i jutro) będą przypominać o tym, co miłe.

Do 13555652_10206832657438624_1501901583_ozrobienia jeszcze kilka prań, a w pracy szef znów zły, bom gapa. W tramwaju wśród tych wszystkich, pewnych siebie pań i panów zwracających uwagę niechęcią wobec antyperspirantu, wcielam się w statystę bez potrzeb wychodzenia na pierwszy plan. Z dalszego lepiej widać… Tylko czasem, jak w amerykańskim filmie, zdarza się, że ludzie wybiegają na ulice i zaczynają śpiewać o miłości. Albo jakaś wariatka przemierza 2000 km tylko po to, żeby mnie poznać, uściskać, pogadać, wręczyć prezent i wrócić do domu.

Dziękuję Marto, za uznanie mocno na wyrost i zachwyt, którym ostatni raz obdarzyła mnie chyba własna matka, kiedy zagrałam w końcu NMP w jasełkach. To spotkanie, to dużo więcej, niż paczka rozpuszczalnych gum (tych już mało mi zostało), wspólny spacer i kawa. I znów przypomniało mi się, że człowiek znaczy dużo więcej niż tłum i wszystko to, co dzieje się tylko w naszych głowach.Kłaniam się, naładowana pozytywną energią jak cukrem z gum. I mówię Wam – życie jest piękne, a wiśniowe gumy są najlepsze

P.s. W międzyczasie ruszyłam z yt. CHoć to wielkie słowo, zaraz potem był szpital z Leną i kosmos, robię co mogę by być dla Was WIĘCEJ, serio!