Dopada mnie nagle i ścina z nóg – poczucie bezradności. Nie pisałam się na to, nikt nie uprzedzał tak skutecznie, by dotarło na czas, że mam być na posterunku 24/h , dzielić siebie na części, a jednocześnie wszędzie być na 100 %. Nie zawsze jestem w stanie wyczarować obiad z niczego, obudzona w środku nocy sprawnie upewnić się, że nie ma potfola pod łóżkiem i znaleźć tam lewą skarpetkę. Wysiadam. Na myśl o weekendzie mam ochotę się schować i zdrzemnąć w klatce schodowej, żeby nabrać jakoś sił na to, co czeka mnie do niedzieli. Na to, żeby w poniedziałek o 6:00 odkryć, bez zdziwienia, że nadal jestem potwornie śpiąca. Kiedy internista mówi, że mam się położyć i odpocząć, mam ochotę kopnąć go w piszczel. Wszystkie te sytuacje kwituję milczeniem, czasem tylko rozryczę się w windzie.

U szwagierki na półce antologia wszystkich edukacyjnych książek dla dzieci świata, a my męczymy kilka w kółko, bo zwyczajnie lubimy je obie, ale nie wiem, czy to nie hamuje rozwoju Lenki. Na innym regale szwagierki piętrzą się lektury, których tytuły kojarzę, nie raz notowałam je w swoim notesie ambicji, na stronie z listą książek, które muszę przeczytać. Znajomi brali udział w jakiś wyzwaniach dotyczących ilości ambitnych lektur. Ja  w tym roku przeczytałam 9, w tym 3 w miniony weekend, bo kupiłam je dla kogoś na prezent i musiałam przeczytać nim oddam. Bo sobie już nie kupuję, choć obiecałam. Marne 9. I nadal to więcej niż przez dwa poprzednie lata… Naprawdę się staram, żebyśmy żyli dobrze i wedle prawilnych wytycznych – ze zdrowymi posiłkami na stole, maksymalnie kwadransem z bajką dziennie, z czasem wspólnie spędzanym na rozwijających zabawach. Nie wiem, jak to się dzieje, że dziecko czwarty dzień z rzędu od zdrowej zupy, której i tak nie zdążyłabym ugotować, woli gotowe kopytka i śmieciowe paluszki rybne w kształcie serduszek, które zjada ze smakiem oglądając entą bajkę. I kiedy znów nie chce się położyć, a ja nie mogę wstać, kiedy nie mogę jej dobudzić do przedszkola lub gdy usypiam w makijażu i jeansach na jej łóżku z ramą wbijającą mi się w kręgosłup, mam poczucie, że zawodzę. Ją i siebie. I cały ten świat, który powinien teraz przemówić teraz głosem wścibskiej sąsiadki: „No przecież jesteś matką, powinnaś…”

Czasem oblewam na podstawach. Zdarza się, jak dziś, że majtki dla niej suszę rano suszarką, bo wszystkie się skończyły, choć przysięgam, kupiłam ze sto par i wiecznie piorę, suszarka wpisuje się w pejzaż mojego salonu. Zdarza się, że przekupuję lizakiem, żebym nie spóźniła się do pracy. Zdarza się, że krzyczę i mam ochotę trzasnąć drzwiami, ale wiem, że będę tęsknić. Kiedy się wściekam ona patrzy na mnie, marszczy brwi i mówi, że chciałaby powrotu swojej miłej, dobrej mamy,  a nie takiej stlasnej. I mięknę, ze wstydu. Kulę z  żalu za medalem matki roku, choćby z kartofla, którego nikt mi nie wręczy.

Kiedy się kąpie,  a ja idę rozwiesić pranie, upomina mnie, że jest dzieckiem i powinnam jej pilnować.
Kiedy jest głodna, przypomina, że swoje córki się karmi.
A jak usypia to rzuca przez ramię, że mamy muszą być blisko swoich dzieci.

A ja przecież pilnuję, karmię, jestem. Czasem nawet mimo braku chęci, przyznaję ze wstydem. Ona już wie, że nie ogarniam, nie wiem wszystkiego i nie rozwiąże każdego problemu? Tak szybko? Nie nacieszyłam się byciem super bohaterką. Staram się ze wszystkich sił i może mam ich mniej niż inni, co?

Przeoczyłam, że wyrosła z bluzek z długim rękawem. Dla świętego spokoju, czasem jej nie czeszę. Nigdy nie prasuję jej rzeczy i szczerze mówiąc, nie wiem nawet, gdzie mamy żelazko. Czasem się boję wejść do przedszkola, z obawy, że Pani zwróci mi uwagę, że o czymś zapomniałam – getrach na przedstawienie, galowym stroju na spotkanie z Mikołajem, nauczeniu dziecka, że powinno słuchać i nie zabierać innym zabawek. Nie patrzę na inne mamy w szatni, one nie zapominają zakładać dziecku rajstop pod spodnie i na pewno nie zgubiły jego rękawiczek. Ja tak. Znowu. A potem pierwszy raz w życiu siedzę na widowni pełnej wzruszonych rodziców i oczekuję, jak nigdy wcześniej niczego, występu mojej małej choinecki, dla której, na wariata kupowałam getry i zieloną koszulkę, dzień przed wyznaczoną datą, chwilę przed zamknięciem sklepu. I patrzę, jak szuka mnie wzrokiem w tłumie.

Wtedy na moment zapominam, że kiedyś zostawiłam golarkę do nóg pod prysznicem i ona przypadkiem się zacięła, zapominam, że znów kupiłam jej ten gówniany, słodki serek, którego miała już nie jeść, zapominam, że wstyd mi czasem, że nie dbam, aby chodziła w wyprasowanych sukienkach i białych rajstopkach, jak te inne mamy małych dziewczynek. Nic nie jest ważne, bo ona szuka mnie wzrokiem, taką, jaką jestem.Tą samą, która serwuje jej kopytka, przesiaduje godzinami w jej bazie, foliowym namiocie bez dostępu powietrza, kupuje szczoteczkę do zębów z księżniczką, bo wizja wizyty u dentysty z dzieckiem ją przerasta. Siedzę tam, na widowni w eleganckiej, ale zwyczajowo niewyprasowanej sukience i nagle znikają te wszystkie mamy, przed którymi często mi wstyd. Moja Choinka mnie dostrzega i jej oczy robią się wielkie i jasne. A ja ewidentnie trącam siedzące obok mamy i babcie skrzydłami, które zaczynają wystawać mi spod marynarki.

Tańczy nieporadnie. Nie pamięta układu. Trochę zjada ją trema, a wierszyk wypowiada cichuteńko, szeptem. Kłania się za to jak gwiazda, przynajmniej ten element mamy dopracowany. Nie wygląda najładniej, nie wypada najlepiej, ale jak jestem świadkiem cudu. Czuję, że eyeliner był moim najgłupszym pomysłem. Po wielkim show podchodzi do mnie dumna jak paw i mówi wszystkim, że to ja, jej mama, że przyszłam i byłam i nie chce mnie puścić, choć rozstałyśmy się raptem godzinę wcześniej. I ja nie chcę jej puścić, choć rozstałyśmy się zaledwie godzinę wcześniej.

Eyeliner rysuje mapę skarbów na policzkach, inne dzieci rozmazują się przede mną przez zapłakane oczy, ktoś coś mówi, nie słyszę, widzę tylko ją. Jej krzywe kitki i rumieńce. Radość, że jestem. Pełnia szczęścia. I wtedy dopada mnie, ścina z nóg. Pełnia szczęścia. I nic już nie jest ważne, a wyprasowane ubrania pewnie przeszkadzałyby mi fruwać z radości…