Inwestycje najlepiej oprocentowane i opłacalne to wódka i wodoodporny tusz – bo zawsze się znajdzie powód aby zapłakać i się napić.

Każdego, kto wraca do kraju, nawet z wycieczki do spożywczego znajdującego się przy granicy z Czechami obowiązywać powinien okres kwarantanny. Wracać do kraju z myślą, że będzie dobrze, to jak pójść na mecz Widzewa w szaliku Legii Warszawa. Przygody gwarantowane, ale ich konsekwencji nie pokryje jednak raczej żadne ubezpieczenie zdrowotne.

 Przygotowując się do powrotu z grzesznej Holandii nie płakałam zbyt mocno  (oszczędzałam nadmiar płynów w organizmie na to, aby w krytycznym momencie, po kolejnej godzinie oczekiwania na spóźniający się autobus przy minus piętnastostopniowym mrozie, zrobić siku i poczuć błogie ciepło przez trzy sekundy..). ale już mijając Niemcy pogratulowałam sobie zakupu tuszu marki znanej i drogiej, obojętnego na moje dramatyczne spazmy.

Nienawidzę Cię Polsko za stan nawierzchni i oblicza smutnych jap Twoich obywateli. Nienawidzę, że w odpowiedzi na każde „mam pomysł”/ „chciał(a)bym” usłyszę „to głupie”, „dorośnij” albo brutalnie chłodne i najbardziej bolesne „nie stać Cię”. Nienawidzę tego, że nie pozwalasz tym trochę ambitniejszym liczyć sił na zamiary, bo znasz tylko kiepski kurs walutowy złotówki.

Nienawidzę tego, że jak bydło zagoniłaś swoich obywateli na studia, aby po kilku latach kopnąć go w dupę racząc tanim hasłem, że dzięki edukacji człowiek się doskonali, a wiedzy nie da się przeliczyć na pieniądze, wycenić. Wiedzy nie, ale margarynę śniadaniową i ser półtłusty w plastrach gramów sto pięćdziesiąt owszem. Efekt jest taki, że magistra ma niemal każdy, ale ambitną pracę może co dziesiąty. Strzelasz po mordzie naiwnych frajerów gorzką prawdą, jak muskularni panowie w pornolach penisami, po japach swoich partnerek. Aktorom porno  przynajmniej jednak dobrze płacą za udawanie, że jest im dobrze.

          Teoretycznie recept na świetlaną przyszłość jest więcej niż przepisów na Danie Dnia Knorr’a.

Studiuj, najlepiej dziennie. Powalcz o stypendium, bo to zawsze dodatkowe kilka stów i drobny prestiż. Pracuj – mało ambitnie, ale za pieniądze, albo ambitnie, ale koniecznie za darmo. Tak, praca darmo uszlachetnia, a poklepywanie po plecach sprawi, że się wyprostujesz. Powinno to pomóc w walce ze skoliozą, ale na pewno nie w walce o większą pewność siebie, bo takich jak Ty, nakarmionych wiarą, że bogate CV pomoże znaleźć fajną pracę, jest tysiące. Rzeczywistość pokazuje, że pomóc mogą raczej tylko bogaci rodzice.

Oczywiście zawsze możesz realizować swoje pasje i próbować przekuć je na sukces zawodowy (o ile Twoją jedyną pasją nie jest romansowanie z konsolą PS3), ale to proces, który trwa, więc lepiej szybko znajdź sponsora. Pięknie jest iść prosto w stronę marzeń, ale czasem zachciewa Ci się jeszcze pewnie iść i na kebaba. Marzenia nic nie kosztują, ale za kebaba się płaci.

Sponsoring, czyli puszczanie się za pieniądze z kimś, kto opłaca Twoje studia i przyjemności to zachowanie niegodne szanującej się jednostki ludzkiej. Seks za pieniądze jest be, ale praca kelnerki za 5 zł na godzinę-znoszenie zaczepek obleśnych klientów, sprzątanie po nich i bycie miłym za pieniądze w postaci napiwków- brzmi znacznie lepiej. A odbywanie całej listy bezpłatnych praktyk to już absolutny szczyt odpowiedzialności. Gdzieś tu był chyba sens, ale go zgubiłam.

Jasne,że  możemy opowiadać sobie na dobranoc, że jeżeli chcemy coś z siebie dać, to znajdziemy kogoś, kto to doceni i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie piszcząc z radości wynikającej z opłacanego ZUSu i posiadanej zdolności kredytowej. Z błogiego snu szybciutko wyrwie nas jednak ktoś, kto to, co chcemy dać sobie po prostu weźmie, siląc się ewentualnie na „dziękuję, jesteś ekstra” i ironiczny śmiech szpiega z Krainy Deszczowców.

Możemy też zostać też nonkonformistami i sprzeciwić się wyzyskowi krzywdzącego systemu. Będzie to jednak przypominać strojenie fochów panny na wydaniu, która szuka najlepszego partnera. Jej koleżanki, które już dawno dały się wydymać za 1000zł miesięcznie, wyżebrane po miesiącach bezpłatnych praktyk, będą łechtać swoje ego (bo już nie ambicje) jej nieszczęściem i powtarzać sobie, że mogły skończyć gorzej. A jak już panna znajdzie kogoś, kto byłby godny tego, aby ją posiąść, zorientuje się, że potencjalny partner-pracodawca woli dymać za pół darmo tabuny tych, które nie dorastają jej do pięt. No powiedz mi, ze takie są prawa rynku, bo kapitalizm opiera się na wyścigu szczurów w imię idei „taniej, szybciej, lepiej”. Ale szczury to ponoć też najmądrzejsze stworzenia, które szukają drogi ucieczki z tonącego okrętu…


I ktoś mi powie, że skoro tak gardzę rzeczywistością rynku pracy,z jaką do tej pory miałam wątpliwą przyjemność się zetknąć, to przecież mogę ponownie spakować walizeczkę, wyjechać i, co prawda nadal dać się dymać, ale przynajmniej nie za (pół) darmo. I o, pojechałabym,  w pizdu gdyby nie te cholerne ambicje i naiwna wiara Radomska, że jednak może da się inaczej… A poza tym, to nie pojedynczy głos Radomski, a wyraz frustracji wielu takich jak ja (nie dokładnie takich samych, bo drugiej takiej to nie ma! 😉 )  Ktoś do cholery musi zostać, komuś może w końcu uda się ogarnąć ten burdel. 
 

I nawiązując do klasyki polskiego kina – Radomska nie płacze.jest frajer, da piątaka 😉

Co do wydarzeń pokonkursowych. Życie nauczyło mnie , że w życiu ważny jest dystans. Przede wszystkim do lodówki i samego siebie. 

Do zobaczenia na fejsbuku (?):

http://www.facebook.com/pages/Mam-w%C4%85tpliwo%C5%9B%C4%87/238468862880080