Długo się wahałam, czy w ogóle powinnam dokonywać tu na tyle osobistych comming outów, które ewidentnie mogłoby i mogą mi zaszkodzić. Zastanawiałam się, czy opisać historię mojej zażyłej znajomości już teraz, kiedy nadal ten toksyczny wampir nie daje mi spokoju i zatruwa życie, czy może opisać w przyszłości tylko happy end i pogrzeb tej wrednej szmaty zamordowanej przeze mnie z radością i premedytacją. Chwilę potem dochodziłam do wniosku, że poruszanie zbyt prywatncyh spraw to jednak za wiele. Ale przeczytałam coś, co mocno dało mi do myślenia i postanawiam się odważyć. Może ten wpis będzie dla kogoś jak kuracja oczyszczająca, bo będzie mógł na mnie narzygać w komentarzach, oczyszczając tym samym swój organizm z toksyn. A może komuś pomoże, może coś sprostuje. I rozczaruję – nie, nie chodzi o to, że jestem lesbijką. Nie jestem, choć czasem bym chciała.

Historii znajomości z tą dziwką, o której chcę napisać, nie będę Wam przytaczać, bo zwyczajnie zajęłoby mi to za dużo czasu. Poza tym, myślę, że jakiekolwiek, mgliste pojęcie o kimś takim ma każdy z Was, a całe tłumaczenie mojej własnej historii było by bardziej zawiłe niż wszystkie matrymonialne perypetie Brooke z „Mody na Sukces”. Powiem tylko, że podstępną dziwkę znam od lat, nie wiem, czy nie od urodzenia. Że poniekąd jest częścią mojej rodziny i bardzo się tego wstydzę. Że bardzo długo zbierałam się w sobie, żeby stanąć z tym kurwiszonem twarzą w twarz i aserytywnie, ba, przebojowo, z przytupem i chamsko powiedzieć jej wypierdalaj.

Ta idiotka sporo rzeczy mi zabrała, o większości nigdy się nie dowiem, bo byłam tak zajęta jej osobą, że straciłam z pola widzenia pewnie niejeden uśmiech i sporo fajnych zdarzeń. Nienawidzę jej jak nikogo na świecie, choć pewnie jej toksyczna obecność nie raz pozwoliła mi się na moment zatrzymać i zastanowić nad sobą, trochę niestety za bardzo i za długo.

Na szczęście nie zawaliłam przez tą znajomość niczego ważnego. Teoretycznie bezproblemowo studiuję, udzielam się, gadam i robię swoje, raczej od zawsze. Ale żeby wyjaśnić, jak wielką, destrukcyjną rolę odegrała ta menda w moim życiu, przytoczę krótką historię, którą opowiedział mi ktoś  zyczliwy, kto pozwala mi się pozbyć mojej niemile widzianej znajomej:

Wyobraźmy sobie dwie osoby chorujące na grypę. Jedna z nich to flegmatyk, a druga, typowy, pełen energii, nadpobudliwy ADHD-owiec. Obie chorujące osoby czują się fatalnie. Flegmatyk już przy 37 stopniach leży pod kocem i pisze testament i czuje potrzebę zwolnienia tempa, bo ot, taka jego natura i święte prawo. Ekstrawertyk natomiast, z 39 stopniami jest opętany tym, co musi i powinien, a nawet bardzo chce, mimo fatalnego samopoczucia, więc nadal, wbrew jęczeniu wycieńczonego organizmu, robi swoje. Tyle, że absolutnie nie jest w stanie się z tego cieszyć, bo organizm ma tylko jeden, a bierze na siebie za dużo. Dotatkowo nie sprzyjają my warunki, przyjmijmy, że pogodowe. Ma gorączkę, grypę, a do pracy pod górkę i pod wiatr.

Jestem takim ekstrawertykiem z czymś na kształt grypy. przebieg jest bardzo podobny. Najpierw pojawiały się u mnie symptomy, takie jak katar czy bóle głowy, które zbywałam, bo przecież za dużo mam do zrobienia, żeby się zajmować pierdołami. I robiłam swoje. Nieleczona grypa potrafi jednak sporo nabroić i nasmrodzić. I pewnie jestem trochę winna temu, że mam grypę, może za często wychodziłam na zewnątrz bez czapki i w rozpiętym płaszczu i całowałam się z chłopakami w przeciągach. Ale też, być może, w mojej rodzinie, taka słabsza odporność to coś dziedzicznego. Nie wiem. Wiem tylko, że zawinęłam rękawy i napierdalam właśnie tą koleżankę, która działa jak grypa, ale nią nie jest, po mordzie i będę kopać aż się wykrwawi, a ja nie odetchnę z ulgą.

Na szczęście, nadal będę ją obrażać i będę wulgarna, podstępna kurwa nie odebrała mi najważniejszego – poczucia humoru, dystansu, tego, że uwielbiam działać. Rzadko zawodziłam kogoś poza sobą i osobami, które siłą rzeczy, poznając mnie bliżej, poznawały i ową koleżankę, której na dłuższą metę nie potrafili znieść, więc albo odchodzili, albo ja oszczędzałam i zmartwień i się pakowałam.

Ta dziwka nadal tu jest, choć zajmuje w moim życiu o wiele mniej miejsca, bo postawiłam jej twarde warunki. Nie ma prawa się panoszyć i mnie ograniczać.  W sumie to dzięki niej dowiedziałam się, jaka jestem silna.

Kilka dni temu przeczytałam na naTemat tekst o Marii Peszek, która jest właśnie zlinczowana przez tłumy, bo przyznała się, że przez okres swojej muzycznej nieobecności borykała się ze swoją podłą dziwką. Ludzie znienawidzili ją za to, bo miała czelność cierpieć leżąc na hamaku, na drugim końcu świata.

Nie zamierzam bronić Peszkowej, bo nie mam gorącego kota na dachu mojej głowy, ani nie kocham się ze snami, która noc zamiast jego da mi. Mam taką małą osobistą teorię o równowadze energii i o ludziach, którzy przez to co robią i tworzą, dają z siebie o ileś procent więcej niż inni. Równowaga musi zostać zachowana, więc każde dawanie i wyrażanie siebie, siłą rzeczy, musi być odchorowane. Na limit uśmiechów, które zarażają, przypada też odpowiednia ilość łez, które ignorowane, kumulują się, a potem napierdalają z siłą rażenia, która zwala na jakiś czas z nóg.

Nie wiem, ile w zwierzeniach Peszkowej prawdy i czy jej wywiady, to nie tylko próba dorabiania głębi do rymowanych tekstów  z kolejnej płyty. Szczerze, wisi mi to, bo to jej prywatna sprawa, szkoda, że ten comming out został wymierzony przeciw niej. Świadoma konsekwencji, dokładam swój.

Czytałam w książce Kominka, jak ważna w kontakcie z czytelnikami jest drobna kreacja siebie, na kogoś trochę lepszego. Uważam, że to bujda, i nigdy nie przyjdzie mi na myśl, żeby jebnąć tekstem, że jestem od kogoś lepsza, tylko dlatego, że mam takie, a nie inne poczucie humoru. Ale pozwolę sobie, niekoniecznie za Waszym pozwoleniem, przyznać, że jestem cholernie dzielna, bo od kilku miesięcy walczę o siebie i wiem, że wygrywam, bo czuję się silna jak nigdy dotąd i jestem najzwyczajniej z siebie dumna. Bardziej niż z jakiegokolwiek sukcesu. a teraz czas na fragment tekstu ze strony naTemat autorstwa Hanny Rydlewskiej, który jebnął mnie jak niezamknięte drzwiczki szafki nad zlewem:

„Problemy psychiczne w naszym społeczeństwie są tabu. Nikt nie chce „przyznać się” do zaburzeń psychicznych, żeby nie zostać później obwołany „świrem”. Napiętnowany w pracy, wyszydzony publicznie, porzucony przez partnera lub znajomych. Kto chodzi w Polsce do psychiatry? Wariaci, przyszli pacjenci „wariatkowa”. Schizofrenicy, ludzie, którzy słyszą głosy, biedacy, którym „coś wychodzi ze ściany”. Takie jest społeczne postrzeganie problemu. Dlatego Polacy, którzy korzystają z pomocy psychiatry lub psychologa zazwyczaj robią to w tajemnicy, nawet przed swoimi najbliższymi. Sami czują, że to powód do wstydu. A depresja? Zdaniem wielu Polaków: wymysł, rozdmuchana chwila słabości, przejściowe kłopoty, fanaberia, lenistwo. Kto w dzisiejszych czasach może chorować na depresję? To przypadłość dla arystokratów, dla tych, którzy nie muszą pracować. Na przykład dla rozkapryszonych artystek. Tak, jakby na depresję chorowali wyłącznie ci, którzy chcą na nią chorować.”

link do tekstu tu:
http://natemat.pl/33575,depresja-medialna-marii-peszek-dlaczego-znani-i-bogaci-nie-powinni-cierpiec-a-tym-bardziej-o-cierpieniu-mowic

A więc jak zawsze, Radomska idąca pod wiatr z uśmiechem na mordzie informuje, nie chwali się, ale dzieli sukcesami, że tak, owszem, choruje na depresje, ale od kilku miesięcy się leczy i zdecydowanie wygrywa, co widzicie w każdym tekście na blogu. Moja choroba nigdy mnie nie zablokowała na tyle, abym zawaliła coś, co dla mnie ważne – nadal chorując mogłabym pisać, normalnie pracować i funkcjonować jak szeregowy obywatel. Ale skutecznie i nieustannie odbierała mi coś, bez czego można żyć,bo znam wiele takich przypadków także w najbliższym otoczeniu – radość życia i umiejętność doceniania dobrych rzeczy bez panicznego czekania na to,co najgorsze.

Dziś czuję się o niebo lepiej, uśmiecham tak szeroko, że niedługo będzie można zobaczyć, że nie mam lewej dolnej siódemki. jeszcze nie wygrałam, ba, wiem, że ta dziwka będzie chciała wrócić, jak angina, która wraca cyklicznie co jakiś czas. Będę już jednak wiedziała, co z nią zrobić – pogadać z nią o powodach przybycia, racjonalne spróbować rozwiązać, irracjonalne zakopać, razem z nią.

Być może część z Was uzna, że chorując nie jestem wiarygodna w tym,co robię, ale szczerze mówiąc, nie mam potrzeby przekonywania kogoś o tym, że jest inczej,bo to oznaczałoby, że sama mam wątpliwość, a nie mam.

Chciałam tylko dodać, jedną ważną rzecz, mantrę moją, niekoniecznie mającą cokolwiek wspólnego ze mną czy Peszkową. Polecę trochę Coelho, ale bywam niestety też infantylna:

Nierozwiązywanie własnych problemów i spychanie ich na dalszy plan, poświęcanie się działaniu i innym to kurewsko krótkodystansowa metoda. Rozwiązując je dla siebie, tak naprawdę robimy to dla wszystkich ludzi dla nas ważnych, których, będąc nieszczęśliwymi, unieszczęśliwimy.

Miejsce i ludzi wokół siebie łatwo można zmienić, a jeszcze łatwiej stracić lub zniszczyć. I choćbyśmy mieli szczęście bujać się na hamaku w Azji razem z Peszkową, to bez umiejętności bycia szczęśliwymi, nie będziemy szczęśliwi.

Ten post niebawem może zniknąć z bloga, bo ni w pizdę ni w oko, nie pasuje do konwencji całości. Przyszło mi jednak do głowy, po przeczytaniu masy maili od Was, w których niejednokrotnie dzielicie się ze mną swoimi historiami i dramatami i piszecie, jak wiele daje Wam czytanie moich tekstów , że chcę być z Wami szczera. Nie jestem kucykiem Ponny z internetowego Disneylandu. Ale jestem twarda i nie twardsza od Was wcale.

Także na pochybel wszystkim, którzy za nas nas nie uszczęśliwią Drodzy Państwo. Radomska, pochodząca ze wsi, napisała publicznie, że leczy się na depresję, narażajać pewnie też na krytykę swoich bliskich i na to, że niektórzy w Niewiadowie przestaną odpowiadać jej dzień dobry.

Ale jeżeli choć jedna osoba, dzięki mnie, postanowi sobie pomóc, to uznaję, że warto.

I och, przykro mi, nie jestem chora psychicznie, tylko zdrowo pierdolnięta, a to zasadnicza różnica. A mój psychiatra jest spoko gościem, który nawet czyta tego bloga („ale Pani, Pani Olu pojechała tym paniom z Zary!”), więc spoko znajomości się nie wstydzę. Może, jak już będę sławna, to on będzie mi płacił za wizyty.

Z sympatii, szacunku, z potrzeby serca i najzwyklejszego wkurwienia ślę Wam

masę ciepłych myśli, zapewniam, że czuję się naprawdę dobrze i wszystko zmierza
ku lepszemu, bo tak naprawdę, to kwestia podejścia.

Mam miłość, mam pasję, mogę pisać dla Was. A resztę? O resztę się powalczy, albo się ją doklei!

I depresja to nie wymysł ludzi współczesnych, którzy z nadmiaru wolnego czasu poświęcają sobie i swoim niekoniecznie wartym uwagi przeżyciom, zbyt wiele czasu. Była od zawsze, tylko dziś mamy odwagę o tym mówić i coś z tym robić, a nie żyć za karę, sprawiać, że stajemy się bardziej podatni na wiele innych chorób (w  przeciągu pół roku dwa podejrzenia nowotworu i masa dzikich objawów czysto fizycznych). Niektórzy może po prostu lubią być nieszczęśliwi. Ja tam uwielbiam swój zżółkły uśmiech z wystającą jedynką i będę o niego walczyć. Niekoniecznie u dentysty, bo się skurwysyna boję jak nie wiem.

Pozdrawiam, z uśmiechem i z lękiem wynikającym z tego, że nie wiem kompletnie, jak odbierzecie ten tekst. Jak nigdy chyba wcześniej,czekam na komentarze i e- maile: radomska_to@op.pl


I zapraszam na fb: Mam Wątpliwość.