Oczekiwanie na malucha to wyjątkowy czas, nie tylko z perspektywy jego bliskich. Myślę, że kiedy dowiadujesz się o ciąży, wielkie firmy i mniejsze firemki klaszczą i płaczą ze szczęścia, a oczy lśnią im łzami i złotówkami.

Odkąd próbujemy przygotować się na przyjście na świat małej, dowiadujemy się, że już zawsze będziemy zmuszeni podejmować w jej imieniu decyzje, których konsekwencji nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To cholernie frustrujące. Niektóre z nich są błahe – ot- czy powinniśmy dawać jej smoczek, żeby ją uspokoić, który stanowi zagrożenie dla jej zgryzu, czy szukać alternatywnych form uciszania? To dla kogoś „spoza rodzicielskiego pół światka” brzmi kuriozalnie, ale nam powoli spędza sen z powiek. Bo smoczek to pikuś.

Jesteśmy trochę zmęczeni. Nie, nie podejmowaniem tych decyzji, one są wpisane w nasze role i musimy się z tym pogodzić. Raczej tym, że kiedy rzeczywistość postawi przed nami jakieś pytanie, problem, zawsze znajdą się EKSPERCI, którzy znają rozwiązania i odpowiedzi.

Nie chodzi nam o opinie innych rodziców, rady bliskich, które też bywają różne, ale rzadko mają złe intencje i drugie dno. Chodzi nam o firmy, które na naszym strachu chcą trzepać kasę.

KOMÓRKI MACIERZYSTE

Założenie jest piękne i szlachetne. Mały bobas z pelerynką w reklamie społecznej i lektor w tle informują, że Twój noworodek może uratować życie samemu sobie bądź rodzeństwu. Dowiadujesz się, że krew pępowinowa jest prawdziwym cudem, eliksirem życia, który jest bezcenny,bo nie da się go wytworzyć poza ustrojem mamy i dziecka. Że może uratować życie ludzie w przypadku wielu chorób. Mówisz WOW i czujesz się ważna.

A potem dowiadujesz się, że na pobranie tej krwi zwyczajnie Cię nie stać.Że jak grzyby po deszczu wysrastają co raz to nowe firmy, które obiecują Ci cuda wianki, z których wywiązanie może okazać się niemożliwe.

W świecie ideii jest tak, że masz możliwość pomóc swoim bliskim. Ale jak widzę to ja i jaka jest moja prywatna opinia?

Jeżeli chciałabym zrzec się praw do materiału genetycznego z krwi pępowinowej, znajdę 5 firm, które za darmo po niego przyjadą, będą asystować przy porodzie i dadzą mi poczucie, że jestem ekstra człowiekiem. Potem będą generować zyski wynikające z faktu posiadania Eliksiru i to ich sprawa, w jaki sposób na tym zarobią. Teoretycznie, co ładnie wygląda w reklamie, uratują życie komuś potrzebującemu. Zastosowanie komórek macierzystych jednak rośnie. Niebawem będą może wstrzykiwane na zmarszczki gwiazdom Holywood, które będą płaciły za to krocie, a inni potrzebujący nadal będą umierać na raka.

Odrzuca mnie i brzydzi trzepanie kasy na cudzym strachu. Cholernie mi przykro, że ktoś próbuje mi wmówić swoją wersję prawdy, bajkę o tym, jakie PIĘKNE I CUDOWNE jest pobieranie krwi pępowinowej.  Nie neguję potencjału. Nie mogę jednak zanegować dwóch kwestii:

– pobranie materiału na użytek własny to jakieś 2 tys., miesięczny abonament- ok. 600 i nikt nie zapewni Cię, że nie będzie rósł. Ktoś przeliczył życie bliskiej Ci osoby. Ktoś karmi Cię lękiem dot tego, że twoje dziecko będzie chore  karze Ci odpowiedzieć sobie- czy jego życie nie jest warte każdej kwoty?

– jeżeli dajesz prawo do dysponowania, czyli ZARABIANIA na pobranym od Ciebie materiale genetycznym, nagle ta sama firma jest gotowa pobrać go zupełnie za darmo! Dać Ci poczucie, że robisz coś ekstra! Że pomagasz! Nie dowiesz się, co uczyni z pobranych od Ciebie komórek macierzystych i ta piękna przysługa działa tylko  w jedną stronę. Chyba nie sądzisz, że ta sama firma, której oddajesz komórki, pomoże Ci w razie potrzeby uratować zdrowie i życie Twojego własnego dziecka, przez którego poczęcie zdobyli podarowaną im przez Ciebie krew pępowinową?

To moje własne, prywatne przemyślenia. Zainspirowane wykładem pewnej Pani z firmy X, która zajmuje się werbowaniem zainteresowanych pobraniemkomórek rodziców. Zapaliła mi się lampka – skoro ja za darmo oddaje materiał genetyczny, a oni, tak jak twierdzą, RATUJĄ DZIĘKI NIEMU BEZINTERESOWNIE ŻYCIE, wszystko jest tak piękne i dobre, to mam rozumieć, że te zagraniczne laboratoria do przetrzymywania materiału, pensja Pani oraz służbowe auto, to owoc charytatywnych datków dobrych ludzi, a nie fakt, że zwyczajnie zarabiają na tym, co bezcenne, czego nie są w stanie wytworzyć sami, czym dysponują w tylko im znany sposób?

Nawet gdybyśmy chcieli, nie możemy pobrać materiału na własny użytek. To jakieś 2 ooo złotych. Kolejne 600 zł MIESIĘCZNIE to abonament za jego przetrzymywanie, który może wzrosnąć, bo to usługa, a nie akcja charytatywna. Nie mamy zaufania do tych firm, ale zostaliśmy z tym parszywym uczuciem bycia chujowym rodzicem i tym strachem pt. „co jeśli nasza Lenuszka zachoruje?”.  Jestem wolontariuszką na onkologii dziecięcej, widziałam to, co teraz mi się śni. Dziękujemy.

SZCZEPIENIA

Zapytano nas też o system szczepień. Nie mieliśmy o nim pojęcia. Nie wiedzieliśmy, że istnieją aż 3 programy, które różnią się składem szczepionek, ilością ukłuć bobasa, no i, co oczywiste CENĄ, bo mamy wrażenie, że nikomu nie chodzi o dobro naszego dziecka, tylko o własne zyski.

Komunikat ze strony producentów szczepionek skojarzonych, za sprawą których kłuje się kilka razy mniej: Oszczędź dziecku cierpień, chyba nie przeliczasz jego bólu na złotówki?

Refleksja własna: Czy moje 6 tygodniowe dziecko naprawdę poczuje ulgę, jeśli ukłute zostanie 3 a nie 6 razy? Mniemam, że podziękuje mi swoim przenikliwym wzrokiem za oszczędzenie mu traum, jak zatem mam się czuć OK skoro podjęłam inną decyzje?

Szczepimy małą w starym systemie, bo i tak będzie płakać i nie pojmie różnicy. Bo gdyby któryś składnik szczepionki spowodował jakieś reakcje, będzie nam łatwiej na podstawie nieskojarzonych  szczepionek zorientować się, która z nich jest sprawcą i szybciej zareagować. Poza tym wiem, że szczepionki skojarzone, które można dostać w przychodni kosztują nawet o 100 zł więcej niż w aptece, a kiedy sama kupię je w aptece (oczywiście znajdując z niemowlęciem zimą czas, żeby pójść specjalnie do przychodni po receptę), to wystarczy, że za długo potrzymam ją w torbie, że nie będę jej przechowywać w twardych ramach temperaturowych od 2-8 i już szczepionka okaże się być bezużyteczna…

Podsumowanie: wybraliśmy stary system szczepień. I zjada nas poczucie bycia bezdusznym rodzicem, który skazuje swojego Bąbla na cierpienie. Ekstra.

WYPRAWKA

Przy kupnie wyprawki ciągle szukamy kompromisu między – chcemy dla niej wszystkiego co najlepsze, a – nie jesteśmy bogaci. Wózek 3w1 kupiliśmy tańszy i lekki, bo ja będę go tachać, bo zimą nie poszalejemy, bo jeden sezon posłuży nam spacerówka, gdyż Lenkewi jak zacznie chodzić i ważyć więcej niż 9 kilo oraz ważąca wiecej niż 10 kg spacerówka zamienią moje spacery i życie w koszmar,więc i tak będziemy zmuszeni do kupna lżejszej spacerówki.

Skorzystaliśmy z tego, że jedne z najbardziej znanych  fotelików samochodowych, które posiadają testy, gwiazdki i atesty, z racji swojej popularności dają się wpiąć do niemal każdego wózka. Zrezygnowaliśmy więc z fotelika z zestawu wózka poniżej, który poza pasującym kolorem niewiele sobą reprezentował i kupiliśmy znany fotelik samochodowy z atestami, ale używany. Myślałam, że noworodek i niemowlę  nie jest w stanie uszkodzić fotelika, że w pierwszym etapie życia dziecka ludzie korzystają z niego sporadycznie, więc jeśli można to rozegrać rozsądniej i taniej…

Za fotelik zapłaciliśmy 140 zamiast 500-600 zł. Dokupiliśmy przełączki, które umożliwiają wpięcie fotelika w stelaż wózka i wyjazd do marketu bez konieczności przepakowywania dziecięcia w gondolę. Nasze poczucie słusznych decyzji już zostało zrujnowane.

Pan Ze Sklepu Z Rzeczami Dla Dzieci, który zarabia na tym, że je sprzedaje, zaszczepił we mnie zasrany lęk, że fotelik, który wybrałam mógł brac udział w jakimś wypadku samchodowym, że w przypadku zagrożenia, nie stanowi już przez to ochrony dla mojej Ukochanej przecież córki, której bezpieczeństwo jest dla mnie najwazniejsze. Myślałam, że podeszłam do tematu zdroworozsądkowo, że przemyślałam decyzję.

Nie. Znów dowiedziałam się, że jestem chujowym rodzicem, bo wcale nie kierowałam się rozsądkiem, a próbuje zaoszczędzić na czymś, co nie ma ceny, życiu maleństwa. Świetnie.

Szczytem absurdów jest już dla mnie kurs masażu…

„NIE UMIESZ DOTYKAĆ WŁASNEGO DZIECKA!”

Pani wjeżdza z pokazem masażu na plastikowej lalce i sprawia, że zgromadzeni wokół niej uczestnicy szkoły rodzenia rozdizabiają buzię z niedowierzania. Nagle dowiaduję się, że dotykanie mojego własnego dziecka, mizianie, tulenie, nawiązywanie więzi i spędzanie razem czasu, wymaga specjalnego kursu, kursu Masażu Shantala, czy raczej jak dla mnie, Szarlatana.

I co się dzieje? To naturalne, że boisz się o kruchego bobasa. A dodatkowo ktoś uzasadnia ten lęk, bo karze Ci płacić za zdobycie ODPOWIEDNICH UMIEJĘTNOŚCI, które sprawią, że w jedyny właściwy sposób ulżysz dziecku w kolkach, nawiążesz więź i wygrasz z depresją.

My podziękowaliśmy. Chcemy sami odkrywać swoje dziecko i uczyć się go sam na sam. Uważamy, że pragnienie tulenia i dotykania jest tak absurdalnie oczywista, że pójście na kurs, który ma do tego rpzekonać jest jak płacenie za możliwość oddychania. I niby fajnie, mamy swoje zdanie.

Obawiam się jednak, że w czasie jednych z tych dni, kiedy Lenuszka będzie wyć, a ja razem z nią, przyjdzie mi do głowy, pomyślę, że na pewno to moja wina, że dotykam jej nie tak, jak trzeba i że co?

I że jestem chujowym rodzicem,bo chciałam zaoszczędzić na dobru swojego dziecka. Da Damm!!

****

Python by tego nie wymyślił. Zastanawiam się, co z ludźmi, którzy nie mają pieniędzy, a chcą mieć dziecko, którzy nie kupią mu nowego wózka i fotelika z certyfikatami bezpieczeństwa, których nie będzie stać na dodatkowe badania w czasie ciąży, którzy nie będą mogli zainwestować w kurs masażu, pobranie krwi, w kupno super rozwijających zabawek edukacyjnych. Za wszystko płać i płacz albo wij się w poczuciu winy, że Twoja miłość do tego małego człowieka to absolutnie za mało.

Napisała Radomska, która tarza się właśnie w absurdalnych ilościach próbek z kremami i oliwkami dla noworodków – każdy z nich wspaniały, niezbędny i najlepszy, rekomendowany przez instytuty w Dżalalabadzie.

Radomska, 24 letnia przyszła matka, która postanawia pracować nad asertywnością, bo nie ma ochoty na macierzyństwo wiecznie podszyte cholernym poczuciem winy.

Jakieś radosne absurdy rodzicielskie z własnego podwórka?