Nieraz wspominałam Wam o tym, że na blogu nie pojawiają się reklamy/testy/recenzje żadnych produktów nie tylko dlatego, że dostaję oferty idiotyczne, ale też dlatego, że reklamodawcy boją się współpracować z kimś, kto ponoć jest tak kontrowersyjny i wulgarny jak ja. Prywatnie uważam, że gdyby wszyscy byli tak kontrowersyjni i wulgarni, to umarlibyśmy z nudów. Spodziewałam się, że kiedyś, ktoś, podejmie ów nieroztropną decyzję i zaprosi do współpracy. Ale że producenci POMADEK CARMEX uznali, że Radomska jest w stanie napisać o ich produkcie coś, co nie sprawi, że będą musieli ją pozwać – serdecznie podziwiam za odwagę!

Po 2 tygodniach niezmordowanego, pełnego wyrzeczeń i poświęceń malowania ust zamierzam podzielić się opiniami i zachęcić tudzież zniechęcić do zakupu. Żeby nikt sie szczególnie mą opinią nie przejął albo od razu jej nie zignorował, nakreślę sytuację:

Wiem, że ciężko to sobie czasem wyobrazić,ale jestem kobietą. nawet do zsypu nie wychodzę bez podkładu na japie, gdyż uważam,że  zsyp też ma uczucia i jakąś wrażliwość estetyczną.  Umalować się jako tako potrafię, robię to codziennie, fakt, iż bez okularów i w kiepskim świetle, sprawia, że wychodzi mi jak może najlepiej, rzadko tak jak powinno. Z odrażającą szczerością przyznaję jednak – ust nie maluję. Ciamię tą jadaczką od rana do wieczora, więc nie sposób, żeby coś dłużej mi się na japie utrzymało, nie lubię jak mi się włosy lepią do ciamającej japy również. Niemniej jednak jestem babą, więc trochę i sroką. Nie codziennie też dostaję pakę z 9 markowymi kosmetykami w środku…

Przejdźmy jednak do meritum -trzeba Carmexowi  udowodnić, że z kretynka nie współpracuje, a czytelnikom, że kretynki nie czytają.

Z racji tego, że Carmex jest ponad trzy razy starszy ode mnie i narodził się wtedy, kiedy moja własna babcia Leokadia dopiero wykształcała swoje kończyny i zwoje mózgowe w macicy mojej prababci, powinnam chyba zwracać się do pomadek, z szacunku do starszych, per Proszę Pani Pomadko… Powiem więcej, Leokadia jest ekstra, ale jej nie rekomendują hollywoodzkie gwiazdy i nie przynosi ogromnych zysków finansowych. Jako że robi jednak najlepsze racuchy pod słońcem i dawała mi zawsze wygrać w karty, zaprzestanę już prowadzić te dywagację nad konkurencyjnością 75-latki w sztyfcie…

Przez 14 dni każdego dnia testowałam inny produkt, 5 dni zostawiłam sobie na powrót do ulubionych. Z tego,co mi wiadomo, pomadki mają szersze zastosowanie niż to najbardziej oczywiste, doustno-ozdobne. Pierwotnie były lekiem medycznym stosowanym na opryszczkę (na ustach…), oraz środkiem łagodzącym podrażnienia czy przesuszenia skóry. Czy sprawdzają się w tych  zastosowaniach doprawdy nie wiem, ale jak tylko nawleczony zabierze mnie w końcu na te Seszele, zabiorę mój zapas Carmexów ze sobą i będę testować, kojąc swoje stopy styrane wielogodzinnymi spacerami wzdłuż brzegu morza.

Wszystkie pomadki jak najbardziej spełniają swoje doustne funkcje – pielęgnują, nabłyszczają i pachną oraz smakują tak, że aż trochę żal, że jedynie nawleczony mógłby to sprawdzić. A że usta miewam często przytyrane, fajnie, że mogły w końcu odpocząć i poczuć się ważne, wartościowe i docenione. Wszechświat  też jest szczęśliwy-oswajanie się z tym, że coś mi się na ustach trzyma sprawiało, że gadałam zdecydowanie mniej i przestałam się czepiać, zbyt skoncentrowana na używaniu pomadki.

Efekty testów

Zacznijmy od wad. Przede wszystkim wbrew temu co mówią reklamy kosmetyków –od ich używania nie wyładniałam, nie stałam się lepszym człowiekiem, a mężczyźni nie zaczęli się za mną oglądać. Pozostałam Radomską i uważam, że to skandal i wprowadzanie konsumenta w błąd. A tak serio…

Jako, że mam wyrazić swoją opinię, wyrażam – najmniej podobały mi się pomadki zapachowo-smakowe. Jako stara,prawie 24-letnia baba czułam się głupio, pachnąc truskawkami. Niemniej jednak jedyni przedstawiciele obcej płci, z którymi mam styczność – nawleczony i pies, byli szczerze zachwyceni smakiem, także zaznaczam, mogę się mylić. Ot, Smakowe pomadki przywodzą mi na myśl smutną młodość, kupowanie Filipinki z gratisami w formie szminek i szkolnymi dyskotekami, na których nikt nie prosił do tańca przy piosenkach Stachurskiego…

Zalety

Zdecydowanie znalazłam swoje typy, do których będę wracać – przede wszystkim ekstra chłodząca pomadka miętowa, którą, kiedy już przestanie padać, zacznę rozsmarowywać w dzikich miejscach w celu ochłodzenia, bo robi to magicznie. Mrowienie sprawia, że czuję się trochę jak Angelina Jolie. Ostatecznie 4 Angeliny w jednej.
Jako, że nie lubię ostrego makijażu ust (choć karminowe usta podziwiam u innych) – kłaniam się pomadkom w sztyftach –jedna spodobała mi się od razu, do drugiej przekonałam się na samym końcu. Miała w nazwie coś związanego z „pink”, a że okres, w którym chciałam wyglądać jak Cindy, pachnieć jak truskaweczka i tańczyć przytulona do chłopców, którzy śmierdzą potem w rytm piosenek Stachurskiego, mam za sobą, nie sądziłam, że odważę się jej użyć. Tymczasem pink tylko sprawia wrażenie strasznej, jest spoko, delikatnie zmienia koloryt ust, co w moim przypadku było objawem dzikiego szaleństwa i niesamowitej metamorfozy.

Zdecydowanie polecam zatem te 3 ancymony, miętę za chłód, a sztyfty za delikatny efekt i, co tu dużo mówić, po stokroć ładniejsze opakowania:

 

Drugie miejsce otrzymują te egzemplarze o profilu bardziej leczniczym niż ozdobnym. Są skuteczne, umieszczone w dwóch strategicznych torebkach radomskich (czyt. jedynych dwóch jakie ma), więc też będą eksplatowane.

Te o smaku truskaweczki, wisienki, zielonej herbatki itp. Nie zdobyły mego serca, ale może wśród was są koneserki słodyczy tudzież amatorzy truskawkowych warg- mówię im zatem, iż będą raczej usatysfakcjonowani.

Nie wiem, czy moje opinie zostaną uwzględnionew rankingu produktów roku, albo chociaż w jakimś pseudo zestawieniu Cosmo, niemniej jednak, dałam z siebie wszystko. Jako, że mogę się mylić i nie mieć racji, proponuję wraz z firmą Carmex (która asekuracyjnie obdarzyła mnie ciut ograniczonym zaufaniem zdając się i na wasze opinie jednak) KONKURS, w którym trzy bogate zestawy pomadek będą do wygrania.

CO CZEBA UCZYNIĆ, ABY WYGRAĆ?

Chyba każda kobieta z rozbawieniem wspomina swoje pierwsze makijażowe kroki, albo widziała na ulicy kobietę, która nie widziała siebie w lustrze. Każdy przez to przechodził – o 4 tony za ciemny puder podbierany matce, linia makijażu wyraźnie i artystycznie odhaczona na podbródku, efekt maski, eyeliner na czole etc. …

Jaka była wasza droga przez makijażowe męki, albo, jeśli zawsze byłyście takie ekstra, co wśród mejkapowych wpadek powoduje u Was największą radość?

3 najlepsze, wybrane przeze opowiastki zostaną nagrodzone zestawem pomadek.  A owe nagrodzone, jeśli zechcą, podzielą się swoimi obserwacjami i wyciągną własne wnioski.

Na opowiastki czekam w komentarzach ( kiedy zostawiacie adres e-mail jest widoczny tylko dla mnie) i mailowo, dajmy sobie czas do soboty 4 maja 2013 roku do godziny 24:00 W poniedziałek 6 maja na fanpage’u bloga napiszę, kto rozbawił mnie najbardziej i dostanie po majówce prezent od Carmexu.

 

Czekam. I jeżeli jakikolwiek mężczyzna, poza moim,bo mnie kocha, doczytał ten tekst do końca, to niech wie, że jestem szalenie dumna i wzruszona!