urodziny

Łóżko samo się nie zechciało pościelić, pies ujada jakby to był zwykły dzień, a nie święto, a i naczynia nie zrozumiały aluzji subtelnej, że je wypieprzę przez okno, a nie pozmywam i filuternie sterczą ze zlewu. W korytarzu lustro, w odbiciu ja. Przyglądam się krytycznie. Zazwyczaj staram się nie pisać o sobie, bo to niezdrowy objaw. Dziś mogę. Niby co roku to samo, a ja zawsze jestem zaskoczona. Urodziny, znowu. Tym razem dwudzieste szóste.

Przez chwilę wyglądam jak bogini wyłaniająca się z mgły. A nie, to tylko okulary uwalone odciskami palców Lenona i lustro tak samo urozmaicone. W sumie dobrze, ostrość widzenia pozwoliłaby mi zwrócić uwagę na niewygodne fakty, a to nie jest dzień w którym chciałabym sobie sprawiać przykrość.  Dłońmi chwytam się za to miejsce, w którym powinien być mózg, mózgu nie ma, szukam co rano od prawie dwóch lat, zaglądałam wszędzie, tylko do kartonu z zabawkami boję się włożyć rękę, żeby coś jej nie odgryzło. Chwytam za twarz. Oczy jeszcze przez Lenkę nie wydłubane, nos nieco szerszy, bez operacyjnie, ale inwazyjnie,palcyma prawie dwulatki modyfikowany. Usta wykrzywione w grymasie. Niby nie jest źle, ale człowiek się nie ośmieli na takie odważne stwierdzenie o szóstej rano.

Wykrzesuję  z siebie odrobiny optymizmu. Włosy długie jak nigdy, nie tylko na głowie z resztą. Niebawem spuszczę swój złoty warkocz z siódmego piętra i mój książę będzie się po nim wspinał, żeby mnie porwać i uszczęśliwić. Albo przynajmniej nawleczony, jak zapomni do roboty telefonu. Ze zdumieniem stwierdzam, że w porównaniu z zeszłorocznym jubileuszem, jestem chudsza. Pewnie przyszłoby mi do głowy zapytanie, na co ja teraz będę narzekać, na szczęście jak tylko udało mi się zrzucić to mistyczne pięć kilo, to świat ustalił, że to za mało, że trzeba być fit i fancy,mieć karnet na modną siłownię  z wielkim lustrem do selfie, oczojebne buty i pstrokate getry.  Byłoby o czym marzyć przez kolejny rok, ale chyba odpadam, jak tylko wypoleruję sześciopak na pewno wymyślą coś głupszego.

Radośnie, optymistycznie, z werwą i energią porażonego prądem karalucha  oświadczam- przeżyłam kolejny rok. I nadal mam wiele marzeń do spełnienia, dziecko do odchowania, kolejne i ślub w planach. Miniony nie był najlepszy, szczególnie ostatnie pół, ale przecież muszę się mieć od czego odbić, głupio byłoby tak startować od razu ze szczytu i prosto w kosmos.

Córka wspaniała, zdrowa, piękna i mądra, Nawleczony przystojny, pyskaty i kochający, pies durny, mieszkanie własne, naczynia nadal niepozmywane. Jest się z czego cieszyć,co doceniać i co robić.

Z porcją tej nieokrzesanej bezczelności, na którą pozwalam sobie, kiedy tańczę w samej bieliźnie do głupich piosenek z radia dla młodzieży po dwóch smakowych piwach, wyrażam swoją:

nadzieję, po raz dwudziesty szósty, że najlepsze i tak dopiero przede mną
oraz radość, że jesteście świadkami zanikania moich włókien kolagenowych, konania złudzeń, popisów i ekscesów.

Kłaniam się, póki stawy pozwalają! Jeżeli chcecie mi czegoś życzyć to wakacje, dobra praca, przespane noce i zdrowie w zupełności mnie urządzają. A jeżeli pragniecie uczynić dla mnie coś, a nie możecie mnie wysłać na wakacje, dać pracy i snu, to przynajmniej polećcie Mam Wątpliwość znajomym. Hawk!
Wasza Radomska,
rocznik ’89