Myślałam, że w wieku lat niemalże 25 będę już dojrzała, stateczna, zgorzkniała, a świat mnie już nie zdziwi i zawsze da się zamknąć nowo zdobytą wiedzę o nim w jakiś wyświechtany do bólu frazes. A potem  zmieniłam zdanie. Bo nawleczony, perturbacje zawodowe, pies, któremu odjebało no i ślub.

Stoję w bolesnym rozkroku pomiędzy dzieckiem, pisaniem, odgrzewaniem Nawleczonemu gotowych pierogów, a dopełnianiem drobiazgów  związanych ze ślubem tj. przekonywanie proboszcza, że nie morduję kotów i nie urządzam w domu czarnych mszy, bo wszystko, co trzeba urządzić wiążę się z gotowaniem i sprzątaniem, a to wymysły Szatana, a ja Szatana unikać pragnę jak żula w tramwaju.

Okazało się, zupełnie znów niespodziewanie, że jak się mówi, że czegoś się chce, to to się po wypowiedzeniu, nie zadziewa samo. Może gdybym nie chciała, poszło by sprawniej i łatwiej, ale mój instynkt filozofa i pajaca podpowiada mi, że życie to przecież nie tylko nieplanowana ciąża, żeby się tak spontanicznie i samo zadziewało! Chociaż konotacje dostrzegam – życie też się potrafi pieprzyć.

Do brzegu Radomska, bo pieeprzysz kocopoły!

Generalnie to jeden z tekstów o pierdołach, w którym w wyrafinowany sposób dzielę się z Wami wiedzą o absolutnie niczym ciekawym. Nie będzie słowa o kolorze serwetek i dramacie wyboru bukietu ślubnego, przez który nie mogę spać. Śpię bardzo dobrze, szkoda trochę, że mało i na stojąco, no ale c’est la vie. Kusi mnie aby zaprezentować Wam outfit z reklamówkami z Biedronki, albo stylizację na zmęczoną matkę, ale teraz najważniejsze jest dziecko, nie sława i wybiegi oraz samojebki z szafiarami.

Przygotowania trwają, ale gdybym miała tętno jak ich tempo, to już dawno bym nie żyła. No ale gdyby były łatwe i szybkie, to znów myślałabym, że to ciąża, więc dobrze jest. Ok, suchar.

Mamy salę weselną. Jest duża i wali jeszcze zapachem farb. Blisko mieszkań rodziców, co stanowi sympatyczną informację, na wypadek gdybyśmy się z Nawleczonym na weselu po pijaku pokłócili i mordy sobie poobijali i nie mieli ochoty razem wracać do domu. Sala ma kilka wad, ale nie zakompleksiona nastolatka,żeby od razu trzeba było to wywlekać  w Internecie i oczekiwać pocieszenia. Ma też jedną podstawową zaletę- jest piękna.Oczyma napasionej, niczym kurczęta paszą z hormonami, chorymi wizjami wyobraźni widzę siebie owiniętą wokół kolumn w niedzielę rano, powtarzającą, że nigdzie nie idę, bo jestem księżniczką i to mój dom. 3 miesiące po weselu.

Bozia wychyliła się do mnie zza chmurki i stacji benzynowej i puściła mi oczko mówiąc „teraz to już z górki”. Wymarzony przez nas termin, jako jedyny, okazał się wolny.A potem Bozia powiedziała, że nie mrugała, tylko jej mucha do oka wpadła i że jestem frajer.

I tak się zaczęło.

Gdybym wiedziała, że w świecie narzeczonych i orkiestr panują takie bezlitosne zasady, zleciłabym szukanie zespołu Rutkowskiemu albo żałowała serdecznie, że rodzice nie chcieli mnie wydać za mąż, jak w porządnych wioskach w Azji, kiedy miałam 6 lat – może wtedy mielibyśmy jakieś szanse załapać się na wolny termin jakiejś fajnej kapeli.

Tymczasem poszukiwania idą nam jak Lenonowi zęby – dużo jęku, krzyku, marudzenia, a efekty identyczne z tymi wynikającymi z mojej diety odchudzającej. Zmęczeni słuchaniem disco-polo z przesterowanymi głosami z suszarką, przy której sypia nasze dziecko, w tle, podjęliśmy kolejną, zaraz po zaręczynach,  nieodpowiedzialną decyzję i bierzemy zespół w ciemno. Jak się gościom nie spodoba to będziemy im mówić, że są prostakami i się nie znają na sztuce, a płakać z powodu własnej durnoty w kiblu. Tymczasem świętujemy, że cokolwiek zagłuszy skowyt pijanych wujów.

Co tam dalej jest na tej liście niezbędności weselnych poza ubrankami na flaszki wódki (nadal mam japę wykrzywioną na kształt dziecięcego zdziwienia i podziwu wobec tego,co też ludzie potrafią sprzedać…) A ! Kamerzysta! A raczej przepraszam, bo mówiąc kamerzysta ponoć obrażam i daję wyraz, że jestem ze wsi, a przecież wszyscy wiedzą, że jako mała dziewczynka zostałam adootpowana przez Billa Cosby’ego i wychowałam się w San Francisco. To oczywiste jak to, że jestem ładną mulatką.

Zatem nie, nie szukamy kamerzysty! Szukamy operatora, mistrza szklanego oka, barona fimoznawstwa! Widzieliśmy cuda wianki w Internetach, które narobiły nam ochoty i apetytu.  Po wstępnym researchu (tak w San Francisco mówimy na szukanie miodu w dupie) okazało się, że z cudów wianów zostanie dla nas jakiś marny chwast. Nie poddajemy się jednak twierdząc rozpaczliwie, że jesteśmy tak uroczy i pocieszni, że nawet dobry filmowiec nie dałby rady uwiecznić nas w estetyczny sposób, bo są takie skale zajebistości, które nie mieszczą się w kadrze, wiec nie mamy się czym przejmować. Ponoćnw modzie jest minimalizm, więc zakładamy offowe nagranie zaślubin na smartfonach, które utopimy w kiblu,bo lubimy emocje i przygody.

Nie no, bardzo śmieszno jest, w wolnych chwilach (w czym k…a?!) odkrywam, że istnieją na świecie kobiety, którym naprawdę sen z powiek spędza wzór zaproszeń ślubnych. Zaproszeń, które goście wsadzą sobie w d… kosz na śmieci i zleją 5 minut po wręczeniu, a potem będą dzwonić do siebie i pytać „Stary, gdzie dziś ta impreza? Też ich nie lubię, ale rosół bym zjadł”. Ja na razie z opcji weselnych przeżywam tylko to, że nie istnieje taka sukienka, która jest mi w stanie zrobić talię. I że przed ołatarzem wypowiem inne imię niż powinnam. No i że uwalę się rosołem.

A co u Was?

Mam nadzieję, że moja relacja jest choć w ułamku tak porywająca jak opis wyboru obuwia  Fashionelki na tą samą, a jakże jednocześnie inną, okazję…

_____

Kilka tekstów w drodze, NIE o weselu, obiecuja!