Z dumą zamieściłam na swoim facebooku takie zdjecie: uśmiechnięta ja w kwiecistej sukience, na scenie, na przeciwko tłumu zapełniającego dużą sale tłumu. No, może tłumiku, nie koloryzujmy. Z wypiekami na twarzy wracałam do niego sama szepcząc w duchu: ja, Olinek, a Ci ludzie dla mnie. I nawet sporo przez przypadek, który sprawił, że gdzieś tam w tych internetach ze mną zostaną. I jeden ze znajomych dodał kąśliwe pytanie, czy zostałam coachem i uczę jak żyć. Radomska, a kim Ty jesteś, żeby występować na scenie i o czym gadasz?

O coachingu nie wiem nic i wypowiadać się nie powinnam, choć idea obcej osoby, która doradza innym i twierdzi, że wie jak zdefiniować i odnieść sukces, bo jej się udało, zapala mi czerwoną lampkę. Nie, nie jestem coachem.
Nie wprowadzam ludzi przed sceną w tajniki statystyki jak Janina. Nie jestem ekspertem od cycków jak Agata Aleksandrowicz, nie zarabiam na swojej firmie kokosów jak Oleńka z paniswojegoczasu.pl – mogłabym długo o tym, kim nie jestem, czego nie umiem i na czym się nie znam. Jednak robiłam to przez większość swojego życia – szukałam, z dużą wprawą, argumentów, które mogłyby stanąć mi na przeszkodzie, by – i tu mogłabym wpisać wiele  celów, ale nie o nich jest ten wpis. Oj nie.

Olinek zostaje prelegentem

Założenie spotkań  w ramach targów Abolvent było proste, ale dość niejasne. Zapytano tej pyskatej Radomskiej, czy chciałaby wystąpić przed studentami i powiedzieć im coś, co może… pomóc im w planowaniu przyszłości, kariery, życia.

Trochę zbladłam. Ok, jestem magistrem nauk społecznych, ale ten tytuł nieco pokrył się kurzem i chyba po takiej przerwie od studiów nie wypada się socjologicznie panoszyć. Tak, pracuję w marketingu, ale to na tyle obszerny obszar, że daleko mi do jakiegokolwiek eksperta. W nazwie mojego stanowiska widnieje „copywriter”, ale czy historia o dominie dziwnych zdarzeń, które nie są żadna wskazówką, powinna innych interesować? Chciałam odmówić. Zobacz, nawet w tym akapicie wzorowo zaprzeczyłam temu, że wolno mi coś powiedzieć.

Jednak zaryzykowałam i postanowiłam spróbować. Bo może jednak ktoś potrzebuje usłyszeć to, co ja musiałam odkryć, bo nikt mi nie powiedział? Może właśnie w krainie sukcesów i karier, planów i aspiracji, marzeń własnych i cudzych, komuś przydadzą się moje wątpliwości?

Opowiadałam o tym, że wielokrotnie zaufałam w swoim życiu tym, którzy uważali, że wiedzą lepiej i to im zawdzięczam całą masę swoich wyborów.

Mówili o moim życiu z takim przekonaniem, jakby było ich, a ja ciągle się bałam. Wychodziło różnie, większość z nich miała wobec mnie naprawdę cudowne intencje. Jednak decyzje były ich, a konsekwencje moje. Za dużo czasu zajęło mi ogarnięcie, że chcą sprzątać u mnie,kiedy u nich się waliło. Kazać mi przeżyć coś, co sami stracili. Wskazywali to, czym powinnam się przejąć, bo dla nich było to ważne.

Mówiłam o tym, że to wcale nie tak, że „inni ciągle patrzą nam na ręce i czekają, aż coś się nie uda, czyhają i oczekują”.


Większość głosów w naszej głowie jest nasza własna. Ot, są tematy bolesne bardziej niż inne. Komentarze wobec neutralnych zupełnie po nas spływają. Te, nawet newinne, ale dotyczące tego, co boli – kopią jak doświadczony doktor wpierdolu Sebastian z Bałut. I że to nie innych wina, że coś nas tak często boli, ale informacja dla nas, że warto się nad tym pochylić. Na przykład u terapeuty, bo to żaden wstyd.

Zapewniałam, że to nie tak, że tylko oni się boją, nie wiedzą, wahają, martwią. A inni płyną, kiedy im się zdaje, ze toną w szklance wody.

Teraz modne jest bycie pewnym siebie człowiekiem sukcesu i brnięcie przed siebie po „swoje”. A ja mówię, że można iść spacerem, nie patrzeć naprzód uporczywie, za to rozglądać się na boki, bo sama droga jest ważna, a nie cel.
O tym, że kiedy studiowałam eksperci zakładali, że w ciągu mojego życia będę musiała przebranżowić się około 8 razy – z, dajmy na to, weganki serwującej ciasto z fasoli w knajpie na rzeźnika w masarni – jak to może nie przerażać, że ciągle czeka mnie nowe, nieokreslone, niepewne i może nawet straszne?

I o tym, że nie trzeba planować, żeby się czasem ułożyło, a nawet jak się ułoży to nie znaczy, że jest tylko ok.

Moja córka przychodząc na świat miała w dupie moje ambicje i wszystkie te bezpłatne staże i praktyki, które odhaczałam przez 5 lat. Serio, żaden dyplom z działu badań i ewaluacji, zaświadczenie o 3 miesiącach w jakimś dziale firmy X, nie zrobił na niej wrażenia. Za to macierzyństwo przetyrało mnie tak, że wiem jak nigdy, ile mogę i jak wiele się nauczę, jeśli mi zależy. I że kiedy zawalę, to po poniedziałku nadal jest wtorek, a ziemia się kręci. Zupełnie wtedy, kiedy coś się uda – świat ma mnie trochę w dupie i jeśli nie będę ważna dla siebie trudno, żebym wymagała, że ktoś uzna mnie za ważną, co nie?

I że życie zaskakuje.

Kiedy zakładałam blog, znajomi kpili po kątach, a teraz twierdzą może nawet, że kiedy na konto wpływa przelew w wysokości ich wypłaty, że dostaję hajs za nic. Za rok może wszyscy o mnie zapomną, a za 10 Lena nie wybaczy, że w ogóle śmiałam o niej pisać i będziemy miały poważne kłopoty, a może będzie wzruszona i dumna? Nie wiem. Nie wiedziałam. Oni też nie. Może sami się bali, co dalej i tak ich uspokajało snucie tego, że ja zajmuję się pierdołami?

I że są ważniejsze rzeczy niż CV i multisport.

Bo trzeba zacząć od obsługi uczuć, której nikt nas nie uczy. Przyswoić, że wszystkie emocje są potrzebne i nasze, nawet te niewygodne. Akceptować siebie i przepracowywać każdego dnia – bo pracę się zmienia, partnerów traci, rodzice umierają, a my musimy trzymać ze sobą sztamę. Być tym, kogo lubimy. Dla siebie, nie świata.

Oraz że internet kłamie.

Kilka par markowych butów to ogromny miesięczny wydatek. Warto zastanowić się, czy nasz wysiłek jest ich wart. Czy potrzebujemy butów, a może nagrody, nauczeni, że to musi być rzecz, której pragnęliby inni?
Na instagramie tyle pięknych młodych jędrnych pań zwiedza świat i pisze, ze wystarczy wierzyć. Niby wiadomo, że iluzja i uproszczenie, ale wiesz jak to jest z kłamstwem – wystarczy je intensywnie powtarzać. Nietrudno spojrzeć na swoje przyziemne, zwyczajne życie i mieć pretensje do siebie, że coś poszło nie tak.

I że jakkolwiek w siebie nie wątpią, to było miliardy takich momentów, w których ktoś patrzył na nich z zachwytem. Nawet jeśli się nie rozumieli.

Nawet kiepscy rodzice mieli dobre momenty i pewnie chcieli dobrze, tylko nie wiedzieli jak, bo ich rodzice nie odrobili lekcji. Kiedy wydaje Ci się, że jesteś do dupy i świat Cię nienawidzi to wiedz, a mówię to jako mama, że obok byli lub są ludzie, którzy patrzą na Ciebie z zachwytem, kiedy śpisz, uważają, że nic lepszego im się nie przytrafiło i kochają Cię mimo wszystko, a nie za coś.  To jest naprawdę cudowny kapitał o którym warto pamiętać.

I o tym, że nie wiem, że się boję. Że próbuję, choć drżą mi kolana z założeniem, że już wyrżnęłam nie raz, kolana się goją, zęby można wstawić.
Że nikt nie może ocenić, czy mi wyszło, jeśli nie zna ceny, jaką ponoszę.
Że nie zawsze trzeba być na 100%, czasem 10% wystarczy, a jak nie wystarcza to też nic wielkiego się nie dzieje.
Że nie musisz być najlepszą wersją siebie, tak tu i teraz jest ok, wystarczy.
Że każdy się boi, nikt nie wie, co będzie, wszyscy umrzemy. Jesteśmy w tym razem, choć tak wiele nas różni.

O tym mówiłam: nie jako „coach”, „trener”, „influenser”, „blogerka”, „człowiek sukcesu” czy jakby tam wygodnie było mnie podpisać. Jak starsza o jakieś 10 lat koleżanka. Jak starsza siostra. Trochę mama. Jak obcy, życzliwy człowiek, który wcale: nie czeka, aż Ci się nie uda, jest pewien swego, czy uważa, że wie lepiej i nie wytknie Ci, jak coś pójdzie nie tak – najwyżej namówi, żeby pośmiać się z tego razem ;V

POWODZENIA!!!

Zdjęcia z wykładów wykonali dla mnie: Tomasz Pikuś (krótka kiecka w kwiaty,  targi Absolvent Wrocław), Patryk Adamczyk (długa kiecka w kwiaty, targi Absolvent Kraków 🙂 )