Ok, na dzień dobry przypomnijmy, że autorka tekstu i właścicielka tatuażu nie ma 16 lat i nie pragnęła nigdy delfinka, tribala na lędźwiach, ani imienia chłopaka, z którym całuje się w bramie, ale szanuje wszystkie szczęśliwe posiadaczki takich nabytków i słowem nie skrytykuję, wszakże żyjemy w wolnym kraju. Chociaż odkąd mam telewizor i oglądam wiadomości, zaczynam, odruchowo, mieć wątpliwości…

Od chwili wymyslenia motywu tatuażu do momentu kiedy zaczęła mi złazić z niego skóra minęło dobrych kilka lat. Nie byłam za bardzo zaangażowana w realizację projektu, który zrodził się w mojej głowie w wieku lat (o Krystyno!) 15, może to i lepiej. Skończyłoby się na wyrzynaniu na nadgarstku jakiś głębokich jak nacięcia żyletki haseł typu „Nie chcę żyć”, „Happysad rulezz”, albo o zgrozo, tekstów piosenek Stachurskiego.

Pomysł Ważki zakotwiczył się w Radomskim łbie, bo obejrzała pewien film, w którym owa ważka była kluczowym elementem i osią fabuły. Jednak Radomska już w wieku lat piętnastu miała nie tylko myśli samobójcze, pryszcze, ale i odrobinę rozumu, więc sama doszła do wniosku, że DZIARANIE SOBIE CZEGOKOLWIEK Z RACJI FASCYNACJI FILMEM, jest kretyniczne (tak, lubię Gombrowicza).

A poza tym, padre mój,  Zbigniew Radomski, słynie z 3 rzeczy: jest bardzo dobrym człowiekiem, ma raczej konserwatywne poglądy, wie już jak zlikwidować stałe zlecenie comiesięcznych przelewów na konto swego radomskiego pacholęcia. Kiedy nieśmiało zakomunikowałam mu w wieku lat 16 ŻE MAM GDZIEŚ CO SOBIE POMYŚLI I TAK ZROBIĘ SOBIE KOLCZYK W BRWI, BO SŁUCHAM COMY, JESTEM ZBUNTOWANA I MAM OSOBOWOŚĆ SKOMPLIKOWANĄ TAK BARDZO, JAK MEBLOŚCIANKA Z IKEII,  Byś mój najdroższy nie dał się podpuścić i oświadczył, że nie ma problemu, tylko najpierw muszę znaleźć nowe mieszkanie i sponsora. A to nie były czasy Galerianek, więc zwyczajnie stchórzyłam i stwierdziłam, że sobie nie poradzę…

Minęło 8 lat. Po drodzę było parę „to jest ten moment, zrobię to” ale wychodziło mi dokładnie tak jak z odchudzaniem – wiecznie nie było czasu, pieniędzy i przekonania, że to konieczne.

Rodzina mnie wyklnie, wydam kasy, której nie mam, poza tym się zestarzeję i bedę wyglądała jak kretynka, ale…

Poznałam Krzycha, chłopaka z onkologii, którego już Wam przedstawiałam. I moje myślenie o ciele uległo diametralnej przemianie. Odkrycie, no niech mi Kolumb wylizuje psie kupy z podeszwy!Moje ciało już nie będzie ładne, nie będzie jędrne. Daj Boziu, żeby jak najdłużej się obyło bez chodzika i pozwoliło korzystać z zasobów umysłowych!

Ciało Krzyśka zostało mocno nadszarpnięte przez chorobę, nawet wówczas, kiedy jego stan był jeszcze niezły.. Co działo się z ciałem później, opowiadać nie będę, Powiem tylko, że dotarło do mnie, jakim Skarbem jest to 174 cm, którym mogę samodzielnie władać, mimo, że czasem nie spełnia moich oczekiwań.

Miało być pięknie – przy chipsach ustaliliśmy, że  się DZIARAMY. Krzysiek, o zgrozo, wymyślił sobie herb Widzewa na wychudzonych plecach, ja wróciłam do ważki. Nie zdążyliśmy zrobić tego razem i … minął kolejny rok.

I znów chodziłam, pytałam, szukałam, kręciłam nosem, aż w końcu powiedziałam sobie – a niech kurwa wytatuują mi to w paintcie, byleby już było, moje, ważne, przecież obiecałam. Sprawdziłam też znaczenie ważki – zmienność, niepewność, odrodzenie po cięzkiej próbie, czyli coś dla mnie i nieśmiertelność- czyli ukłon dla Krzycha, który wygrałby, gdyby nie ograniczone możliwości marnego, ludzkiego ciała, które takiej woli walki jak u niego, nie podźwignęło.

Zabierałam się jak pies do jeża, jak Kasia Tusk do bajaderki, jak Justin Beiber do rozpinania stanika, ale się udało. Weszłam do pierwszego poleconego mi salonu, wygrzebałam ostatnie zaskórniaki i umówiłam się na oranie pleców.

Chłopcy z salonu mnie urzekli. Usłyszałam, że projekt sie wybierze i się tatuaż zrobi, że spoko, gra muzyka, a Blerwy tańczą w jej rytm radośnie. No może nie do końca to usłyszałam, ale ciąg dalszy historii świadczy o tym, że nie tylko wzrok, ale słuch mam nie taki, jak trzeba..

No i teraz korzystając z władzy nad czasem przeszłym, posunę czas naprzód tak jak i on posuwa bezlitośnie mnie i przejdę do meritum.

Sobota, 1 grudnia, zaparcia i biegunka ze strachu naprzemiennie przypominają mi,co chce zrobić. Może jednak henna? może kiedy indziej? Ale bum, siedzę. Herbata o klasycznym smaku łódzkiej chlorowanej wody, z kamieniem osadzającym się na brzegach kubka sprawia, że zaczynam czuć sie bezpiecznie..

Motyw ważki wydrukowany, zupełnie inny niż chciałam, 3 razy większy, ale co tam, co ja Jakazz nie oglądałam na MTV? Co ja na czerwonym świetle nie przechodzę? No proszę Cię! Jedziemy z tym koksem!

Odrysowywujemy szablon. Radomska myśli, że to już początek i kpi z tych, co mówili, że boli. Nie dowierza historiom o mdlejących samcach i morzu krwi. Głupiutka, ale kto mniej wie-lepiej śpi. Albo robi większe bzdury…

W Radomskiej obudził się wodzirej. Buch zagaduje, zadaje pytania, gawędzi, z nudów spamuje facebooka i jest tak wyluzowana, że chyba cudem nie dowiedziały się o tym, jeszcze wciąż spięte stresem zwieracze.

Zabawę przerywa wizyta Pani, która  z synem przyszła małopletnim, aby poprawić swój tatuaż. I słyszę nagle, jak opowiada o tym, przy dziecku, że chciała na brzuchu penisa, a wyszedł jej gołąb.

I t się Radomskiej w głowie przestało mieścić. Dorosła baba, po 30-tce, nawet taka całkiem jurna, przychodzi tatuować penisa ?i wychodzi jej GOŁĄB? Penisa rozumiem, każdy robi to,co lubi, ALE GOŁĘBIA? OBSRAJDAKA MIEJSKIEGO, NO HELOŁ?

I już stoję nad nią wraz z ekspertami i oceniam wielkość, rozmiar, jakość penisa, niestety rozczarowanie moje było ogromne, kiedy obiektem dyskusji nie był penis, a Feniks, po prostu Radomska słyszy,to, co pragnie usłyszeć.

Wracajmy do dziaarania. Pierwsze dwie godziny? proszę Cię! Na miękko i bez wazeliny. Już powietrza w klatę napuściłam prężąc się teatralnie jak kibol ŁKS-u na Piotrkowskiej, z satysfakcją patrząc na niemęża, który opowiadał o bólu, krwi, cierpieniu i myślach samobójczych. Myślałam, że to,co mówi jest niedorzeczne. Po 2 godzinach pojęłam, że niedorzeczne jest to, co sobie robię.

Zachowywałam sięm krótko mówiąc, jak moja siostra na porodówce. trochę się darłam, zagryzałam zęby, rzucałam niemężowi w twarz, że nigdy więcej mnie nie tknie, jakby to rzeczywiście był ból wynikający z wydawnia na świat potomstwa. Prawie połamałam mu palce. W relacji z Panem tatuatorem nie byłam już tak bezpośrednia i nie pozwoliłam sobie na przekroczenie bariery kontaktu fizycznego (tylko dlatego, że miał broń…a ja mam psa, mam dla kogo żyć, nie mogę tak pochopnie narażać swojego życia), ale pomocna okazała się przemoc werbalna.

Publicznie przepraszam, za wyznania, że nienawidzę, kiedy mnie Pan tatuator dotyka, że go znajdę na ulicy i zabiję, że odgryzę mu tą rękę razem z wiertłem przy samej ogonowej kości jak mnie jeszcze raz dotnie w tym samym miejscu, że jego dziewczyna lubi sado maso, albo jest nienromalna… Trochę mi wstyd. Ale tylko trochę, bo wbrew temu, co mówią, ja pamiętam, że bolało!

Siostra mi mówiła, że o bólu porodowym zapomina się zaraz jak przyniosą dziecko. W salonie żadnego dziecka nie mieli w zanadrzu,więc bolało mnie jeszcze ze dwa dni. Finał historii pozwolę sobie zwizualizować na koniec.

I chciałabym dodać, że absolutnie nie żałuję, że ciesze się niezmiernie, iż trafiłam do

 

Salonu HARD TO FORGET

(Łódź, Piotrkowska 66, szukajcie też na facebooku!)

 

Ważka jest absolutnie inna niż sobie wyobrażałam i przerasta tą zaplanowaną nie tylko rozmiarem, ale i urodą wielokrotnie. Pokochałam ją jak swoje dziecko, jak Milkę Toffi, jak mojego jasia do spania. Bardzo dziękuję HARD TO FORGET  i obiecuję, że jak dopadnie mnie amnezja, będę pijana, naćpana, albo zapomnę o bólu, zgłoszę się do nich ponownie. Tymczasem -rekomenduję. fajne chłopaki no, trochę takie mroczne, ale nie piją krwi i słuchają RMF FM, więc nie ma się czego bać.

OK, CAŁY ŚWIAT JUŻ WIE, TO CHYBA PORA POWIEDZIEĆ TACIE…

ZAPRASZAM NA FB: MAM WĄTPLIWOŚĆ