Jestem jedną z nielicznych blogerek, która nie mogła dotrzeć na Blog Forum Gdańsk i jedną z wielu użytkowniczek Facebooka i Instagrama, która powstrzymała się od wymiotowania nadmiarem cudzych relacji z tego, z pewnością, fantastycznego eventu. Był taki moment, że zamroczona niewyspaniem i przytłoczona miliardowym zdjęciem uwierzyłam, że jednak tam jestem, że Zuch szturcha mnie kiedy trzymam drinka, Owsiak wzbudza zazdrość żółtymi okularami, Kominek niezmiennie udaje nadętego, a Szafiary zadziwiają ułańską fantazją w stylizacjach… Potem zorientowałam się, że leżę z cyckiem na wierzchu na własnym łóżku i karmię noworodka i odetchnęłam z ulgą. Głupio byłoby tak Owsiaka prosić o zdjęcie z odsłoniętym, mlecznym dydem. Ale ja nie o tym. Dziś o Magii.

Mam dość imprezy na której mnie nie było i dyskusji o blogosferze. Jeszcze jeden tekst o niezwykłości tudzież beznadziejności tego środowiska, a zamieszczę w sieci serie niesanowitych zdjęć na których będę obierać kartofle, zmywać i robić pranie oraz zakupy w mięsnym z szokującą informacją, że PRAWDZIWE ŻYCIE I TAK MA TO W DUPIE CO SĄDZISZ O BLOGERACH. Nim jednak krew rozsadzi mi gałki oczne przytoczę historyjkę, która daje mi bardzo do myślenia i dotyczy moich blogoziomków.

Relacje zawierane w sieci i podtrzymywane za jej pomocą są ponoć płytkie, powierzchowne, ulotne i bez znaczenia. A blogerzy skupieni na swoim interesie, tekstach, liczbie czytelników i lajków. A jednak…

Kilka dni temu jedna z najfajnieszych blogerek, jakie znam, Stella, zamieściła świetny tekst podsumowujący charakterystykę blogerskiej gawiedzi. Chciałam koniecznie do niego wrócić, bo czytałam nad ranem w czasie tulenia i karmienia i nagle okazało się, że…

Profil Stelli na Facebooku zginął. Nie dało się znaleźć także fanpage’a jej bloga – Pół Człowiek Pół Matka. Myślałam, że to numer ze strony Wszechmocnego Fejsa, który niegdyś wykręcony został również mi, ale.. Zniknął także (świetny!!!) blog Stelli, a ona sama nie odbierała żadnych telefonów.

Okazało się, że nie tylko ja się zastanawiam, dziwię i zaczynam martwić. Stellę widziałam w życiu może ze dwa razy, ale to,co pisze sprawiło, że jest mi jakoś niewytłumaczalnie bliska. Jej czytelnicy, blogo-znajomi, ludzie z „branży” zaczęli między sobą zadawać pytania dotyczące tego,co stało się z naszą koleżanką. Powstał specjalny czat na którym cały dzień wymienialiśmy się informacjami.

W ciągu kilku godzin grupa, niemal obcych sobie ludzi, pod wpływem troski, sympatii i zaniepokojenia stanęła na rzęsach- ustaliliśmy gdzie Stella pracuje, mieszka, z kim się przyjaźni, kto jest członkiem jej rodziny. Obdzwonione zostały jej koleżanki, miejsce pracy, byliśmy o krok od dogrzebania się kontaktu do jej rodziców. Przez cały dzień, mimo własnych spraw i obowiązków, wszyscy na bieżąco śledzili losy akcji pt.”Co się dzieje ze Stellą?!” Kolejne osoby deklarowały chęć sprawdzenia, czy ze Stellą wszystko OK poprzez wizytę u niej w domu. Ktoś inny chciał też czekać pod przedszkolem jej syna żeby zapytać, czy nie musimy się o nią bać.

To trochę chore, że grupa niemal obcych osób była w kilka godzin w stanie wygrzebać z sieci, spod ziemi i od innych ludzi mase prywatnych informacji o Stelli, którymi być może ona sama nie miałaby ochoty się dzielić. Niemniej jednak…

To cholernie miłe, dobre i ciepłe wiedzieć, że nawet w tym wirtualnym świecie powierzchownych, płytkich, ulotnych relacji ponoć bez znaczenia, człowiek ma znaczenie i jego los zwyczajnie jest dla innych ważny. Do tej pory nie wiemy co się dzieje ze Stellą, ktoś ustalił, że mamy się nie martwić, że jej zniknięcie jest podyktowane tylko jej wolą, a nie jakimiś okolicznościami losowymi. Nie grzebiemy jej zatem dalej w życiorysie i pozwalamy sobie odetchnąć z ulgą, mając nadzieję, że się odezwie, wróci, że wyjaśni. Że wróci też jej blog, bo był bardzo wartościowy.

Gdzieś między próbami dodzwonienia się do Stelli, wymianą wieści z jej koleżankami, śledzeniem czatu na którym kilkanaście osób dzieliło się pomysłami dotyczącymi tego jak ją odnaleźć dotarły do mnie piękne wnioski…

Po raz kolejny okazało się, że ten bezduszny, nastawiony na rozrywkę i konsumpcję internetowy świat może dać dużo więcej niż wolną od wyzwań intelektualnych rozrywkę. O tym, ile ja zyskałam pisałam nie raz. Dziś do tego dodaję jeszcze poczucie, że z sieci może naprawdę spotkać mnie więcej dobra i wsparcia niż kiedykolwiek i skądkolwiek w świecie realnym. Poczucie, że naprawdę mogę czuć się trochę bezpieczniej niż inni, bo masa wirtualnych rąk nie pozwoli mi jebnąć z hukiem o ziemię, gdyby miała zadziać mi się krzywda.

Nim ktoś jeszcze opluje nasze blogerskie bagienko, oceni, podważy zasadność tego, co robimy, niech zechce poświęcić 14 minut swojego czasu i zrozumieć, że blog to dużo więcej niż ładny szablon, regularne wpisy i autor, który ma przerośnięte ego i myśli, że jest lepszy od innych- oglądając wystąpienie Agnieszki Kalugi z zorkownia,blogspot.com:

 

http://www.youtube.com/watch?v=e6KMu1lkxX8

Mimo tego, że w blogosferze, jak w rodzinie, bywa różnie- nie wszyscy się lubimy i wielu z nas zmienilibyśmy ksywę z „bloger” na „debil”, cholernie mi miło, że jestem częścią tego grajdoła, bo dziś, wyjątkowo bardziej niż zwykle, czuję, że to grajdoł głęboki, bogaty i lepszy, niż jakikolwiek inny.