O tej porze w autobusie panuje obrzydliwy ścisk. Zmieścić się muszą lalunie i ich torebunie, przedstawiciele ludu uczącego się i pracującego ze wszystkich policznych dzielnic, blokowisk i wsi. Nie ma miejsca dla uroczych pań w zwiewnych sukienkach ostentacyjnie czytających mądre książki. Nieśmiało dobiega mnie jedynie szelest wertowanych notatek i przeglądanego łapczywie Tele Tygodnia. Każdy już zna to przedstawienie, role są rozdzielone, a aktorzy wypełniają swoje zadania perfekcyjnie. show must go on.

I tak: pasażerowie miejsc siedzących wiedzą świetnie, że zajmując o tej porze miejsce komfortowe i zwracanie na siebie uwagi jest co najmniej niewskazane, gdyż może wzbudzić niezdrową zazdrość, a nawet zmotywować do działania tych męczeńsko stojących, a także skłonić ich do podjęcia bohaterskiej walki w imię indywidualnego poczucia sprawiedliwości. Ich rola polega na tym, ażeby absolutnie zamkniętą, czasem ziewającą, mordę ku oknom pochylić. Oczy najlepiej przymknąć, albo ostatecznie, ale i uporczywie w bliżej nieokreśloną przestrzeń za oknem wlepiać. Żeby nie daj boże nie natrafić swoim spojrzeniem na staruszkę jakąś, kalekę, matkę z dzieckiem lub po prostu osobę smutną i widokiem cudzego nieszczęścia własnego nastroju o tak wczesnej porze nie pogarszać. (Wysiąść z autobusu w dobrym nastroju jest tak ciężko, jak obejrzeć fakty o 19 i na koniec stwierdzić, że życie jest piękne.)

Zachowania stojących są już nieco bardziej zróżnicowane i stymulują odrobinę moją patologiczną/socjologiczną ciekawość. Tych, co mają wyjebane oczywiście nie brakuje, ale ich niemą obecność tłumią skutecznie zwolennicy głośnego artykułowania swoich potrzeb i przeżyć. I mimo, że nie chcę, to już wiem, co jedli, jak śpią, jak się pocą, o czym marzą i co ich wzrusza. A najbardziej się wkurwiam , jak mnie któraś z tych porannych historii poruszy, żywo zainteresuje. Kiedy jak deseru łaknę jej puenty, happy endu albo dramatycznego zakończenia, które sprawi, że nie kontrolując się, jęknę, nieco teatralnie zadziwiona.

Bo autor(ka) takich historii zawsze za szybko wysiada, pozostawiając głodną cudzych przeżyć widownię kochającą stand- up’y i cudze nieszczęścia. Oczywiste, że i ja mam w sobie coś z autobusowego wodzireja, ale na litość boską nie o siódmej rano. Człowiek by podrzemać ochotę miał tak ogromną, a tu szarpią go i przepraszają Ci, co bilet muszą kasować tak upierdliwie,nachalnie i łapczywie, jakby kasownik w zamian, jak zwierciadło z każdego z nich  Królewnę Snieżkę robił i łgał z litości, że jest najpiękniejszy na świecie.

Jazda autobusem o tej porze jest szalenie przewidywalna. Paskudne miasto spowite mgłą, tłum ludzi z zaspanymi licami. Radomska nie lubi autobusów, mgły i tłumów. W miejscach publicznych załącza jej się autyzm, źle znosi takie podróże, bo tłumią jej małą, absolutnie nieuzasadnioną, niegroźną i niezaraźliwą radość życia. Psychika, wrodzony sarkazm i poczucie humoru Radomskie są jak keczup, który sprawia, że rzeczywistość staje się możliwa do przełknięcia. Na nic jednak zda mój zasadniczo niezawodny dystans wobec życia, kiedy mi ktoś kurwa z odległości centymetra chucha na okulary. Trzeba było magnez z witaminą B6 łykać, rutinoscorbin brać, uzbroić się w armię bakterii L-Casei-Defensis, albo przynajmniej w domu zostać, a tak…

Żeby przetrwać Radomska ucieka od powagi spraw potwornie powszednich i zwyczajnych w świat niewyrafinowanych gier. Obserwuje ludzi i wymyśla im życiorysy. Z racji posiadanej wady wzroku, pierwszą ofiarą scenariusza rodzącego się między ziewnięciami, jest najbliższy towarzysz podróży niezmordowanie w szkła Radomskie chuchający i niezmiernie przy tym wkurwiający.

Głuptasek Nieogarek. Ząbków nie umył, bliskość obcej przeciętnej baby go peszy, oczy przerażone rozbiegają mu się  i stoją w rozkroku rozbieżnego zeza… Poczekaj , niech tylko zaczną się koleiny i zakręty, już ja Cię utulę, ośmielę, przydepnę, rozbudzę.

Taki duży chłopiec, tyle pornograficznych filmów pewnie widział z nieletnimi dziewczętami i zwierzętami, horrorów pełnych flaków i krwi niewinnych kobiet i dzieci, a peszy go to, że mu obca blondynka w szalik z przymusu, nieśmiało rano chucha. Smutny znak naszych czasów. Gdybyśmy poznali się na sympatii, albo czacie,  to pewnie przy pierwszej rozmowie powiedziałby mi, że lubi kolor zielony, a produktach mlecznych ma sraczkę, a tak panuję między nami niezręczna cisza i napięcie bynajmniej seksualne, zagłuszona dźwiękami klaksonów i rozmowa choćby o pogodzie zdaje się naruszać konwencję przypadkowo nawiązywanych stosunków społecznych.

Autobus jest dla mnie metaforą klubu dla swingersów, tylko misję i zasady działania ma absolutnie odwrotne –zamiast „jak najwięcej każdy z każdym” naczelną zasadą jest tu „a broń cię panie boże przed czymkolwiek z kimkolwiek”. I pierwsze pytanie z grupy tych cięższych szarpie mną bardziej niż zatrucie alkoholowe artykułowane nad porcelanowym uchem po upojnej, piątkowej nocy:

Ilu z Was rubaszne robaczki współjadące, tak wzdrygające się na myśl o ocieraniu swojego ciała o ciało obce, a co za tym idzie brudne i groźne, korzystało kiedyś z usług brudnych prostytutek?

Wpieprza taki pewnie parówki z podrobów i chińskie i umieszcza wygłodzonego siusiaka w pierwszym lepszym dostępnym otworze, wkłada na siebie, w siebie i siebie kiedykolwiek i jakkolwiek, jest taki otwarty i nowoczesny, nie boi się wyzwań i tematów tabu, jest za aborcją i przeciw dyskryminacji, a wzdryga się na myśl o muśnięciu obcej dłoni w czasie trzymania autobusowego uchwytu. Zabawne.

Uśmiechanie się do kogoś z tak bliskiej odległości -to czynność dalece nieroztropna, tym bardziej jeżeli jedyna chemia jaka łączyć mnie może z owego uśmiechu adresatem ogranicza się do składu płynu do pukania, w którym skąpane zostały nasze ubrania. Zmuszona jestem głowę odwrócić, bo Pan na uśmiechy moje i spojrzenia autystyczne posyłane nieśmiało, lecz zadziornie znad zaparowanych okularów, reakcje ma taką, jakbym raczyła go w tym ścisku co najmniej za siusiaka złapać.

Jeszcze tylko się spocę okrutnie, za ciepło ubrana, albo nie zdążę ogrzać skostniałego cielska przy niesprzyjających warunkach pogodowych oczekiwaniem na autobus zmaltrowanego. Jeszcze pomyślę, jaką by tu następnym razem radosną melodię zanucić, jaki szlagier zarzucić, z okazji czyich imienin sto lat zaśpiewać, by niemy, anonimowy, smutny tłum ocucić i o , już, jestem, wysiadam.

Uśmiecham się, bo życie cudem jest- telefon w kieszeni jakimś magicznym zbiegiem okoliczności nadal przecież posiadam.

 I dziwię się, nieustannie, jak taka codziennie obcymi rękami w autobusie macana, daję radę co wieczór, tylko własnymi dwoma, umyć się sama.

 

ament

amen jak cement

___________________________________

FB:

http://www.facebook.com/pages/Mam-w%C4%85tpliwo%C5%9B%C4%87/238468862880080