Pominę etap przygotowań do wyjścia. Blog miał przestać być tak bardzo o mnie, a przecież wiadomo, że o świcie wyglądam jak Gwineth Paltrow albo Rusałka, budzę się w pełnym makijażu i w wianku z rumianków, uprawiam gimnastykę, jogging i jem zdrowe i pożywne śniadanie, aby dostarczyć swojemu organizmowi witamin, mikroelementów i energii na cały radosny poranek .

               ***

Stukot buta ze zdartym flekiem wyznacza rytm leniwego spaceru ku przeznaczeniu zwanego przystankiem.  Nie ma sensu biec–autobus, na który chciałam  zdążyć już odjechał, a następny na pewno nie przyjedzie. MPK myśli, że w dziedzinie robienia mnie w chuja osiągnęło już wszystko, ale naprawdę ciężko mnie zaskoczyć, najdziksze przygody wrzucam do szuflady pt „My daily routine”
( używam obcojęzycznej terminologii, bo  po angielsku to brzmi tak, jakbym była zorganizowana i nowoczesna. W polskim tłumaczeniu zalatuje już tylko przygnębieniem i marazmem).

 Ludzie na przystanku już pewnie energicznie przebierają nóżkami jednocześnie nie przebierając w słowach  ( „skurwisyny jebane, wiadomo. W tym kraju to nic, wszędzie indziej to wszystko!). Targuję się z zegarkiem o kolejne kilka minut, bo muszę zahaczyć o kiosk. Tak, kierowco, Cwaniaku w niebieskiej koszuli, ze zwieszoną mordą, który nigdy nie odpowiadasz mi dzień dobry, którego to całe,  karykaturalne i nieuzasadnione poczucie wyższości i władzy można zmaterializować w postaci przycisku zatrzaskującego przed japami pasażerów drzwi- dzisiaj to Ty poczekaj sobie na mnie. Bo nie mam biletu. A ja zaabsorbuję się w tym czasie porannym window shoppingiem przy kiosku.

O, kolorowe dezodoranty w cenie 3 zł każdy. Nie mają ani marki, ani wygórowanej ceny, ani nawet zapachu.  Absolutnie  świadomy zakup, zwyczajnie nie możesz dać się zaskoczyć brakowi jakości. To ja głupia dbam o moją jedwabiście gładką skórę razem z Dove, otaczam moje  spocone pachy troską od pokoleń razem z Niveą, a kiedy dopada mnie rutyna, przyjmujemy wyzwanie Rexony, a tuż za rogiem omijają mnie takie promocje…

Popyt stymuluje podaż, albo na odwrót (z ekonomii pamiętam już jedynie różowe kabaretki Pani profesor…), ale generalnie chodzi mi o to, że skoro ktoś to sprzedaje, to musi istnieć też ktoś, kto to kupi. Bankowo kupują starsze Panie przygarbione ciężarem życiowych doświadczeń i siatek z rynku, które opływają w emerytalno-rentowym luksusie. Tanie dezodoranty lądują w wypolerowanych torebkach z lat siedemdziesiątych, obok książeczki zdrowia do nabożeństwa. Ja mogę karmić się luksusem w postaci braku konieczności mycia się przez 48 h przy jednoczesnym poczuciu bycia świeżą i kobiecą . One mają w swoich torebkach znacznie potężniejszą broń. taki dezodorant ma jedną podstawową zaletę. Pachnie wystarczająco długo aby stłumić zapach śmierdzącego bąka, ale rozmywa się w powietrzu jak tylko zatroskana moim  losem sąsiadka odklei ucho od drzwi. Krótko mówiąc niszczy dowody zbrodni i zaciera ślady. A jak taka cwana ciuciubabka przymknie zmęczone patrzeniem na bezeceństwa i grzeszność współczesnego świata oczy,  zaaplikuje  owy tani dezodorant na  śmierdzące stęchlizną bluzeczki, haleczki, majteczki i nadgryzione przez mole futra, to od razu jakby miała większy społeczny prestiż albo co najmniej spała kiedyś z którymś z Foresterów. Do pełni szczęścia brakuje tylko szminki. To znaczy nie brakuje, bo leży obok dezodorantu. Kurewsko karminowa, albo o odcieniu dziewiczego różu. Szminka to już nie jakaś tam nie daj boże popierdółka. Bo warta złotych już ze cztery. Ale jak się wystarczająco mocno oczy przymknie , pomarszczone od zaciskania w nerwowych odruchach ustka maźnie i policzki, pyzate, aczkolwiek nie rumiane, bo zdrowie już nie to, przetrze, to outlook godny co najmniej żony sołtysa gotowy. Do schrupania. A ja za takimi w tej kolejce już po śniadaniu stoję, apetytu brak, wręcz od mdli od namiaru porannej słodyczy.

W tym kiosku to tak w ogóle, co dusza zapragnie dostać można.  To znaczy kupić, bo dostać to wiadomo co. Kurwicy w tej kolejce po bilet stojąc  o siódmej rano. Obcinaki do paznokci, podpaski, lakier do włosów, papierosy. Proszę, jaki dobrobyt, nic tylko stać i kupować. A jak się jest, dajmy na to, bezrobotną studentką, hobbystycznie piszącą bloga, to nic tylko stać i łapczywie chwytanym w zachwycie powietrzem płuca napełniać.I dziwić się, niezmordowanie się dziwić,bo zdziwienie i zachwyt dziecka należy w sobie pielęgnować.

W kiosku znaleźć mogę czego dusza zabraknie i ciału brak. Wszystko tam  jest, tylko biletów jakoś zaskakująco często nie ma. O tym dowiaduje się jednak zwykle po chwili oczekiwania przepełnionej niepewnością, która jak z babola z nosa ugniata z mojego dobrego humoru zgrabną kulkę, którą łapczywie połyka. Czekać muszę za długo, bo świat nie jest taki gnuśny i smutny. Są jeszcze tacy popaprańcy, co o chorej porze są w stanie na zachwyt nad kioskową wystawą się zdobyć.

I stoi przede mną taka, w liczbie mnogiej zwykle. A ja nawet wkurwić się nie mogę, bo jak tu się wkurwić można na kogoś, kto choć za darmo jeździ, biletów nie potrzebuje, to  tak łaknie kontaktu z żywym człowiekiem jak twój pies karmy Pedigree i jest gotów o siódmej rano pod byle pretekstem w kolejce do kiosku postać. Nie mogę być zła, mogę współczuć. Jak można nie współczuć komuś, kto przez pół dnia jest  skazany na towarzystwo Ibisza?  Kogo statystyki odwiedzin rosną jedynie w okresach świąt i dni wręczania emerytur? Stoję grzecznie, uśmiecham się uroczo, nawet ruchem najdrobniejszego mięśnia nie zdradzając, że tylko z litości. Limit energii przeznaczony na przetrwanie całego dnia zostaje już jednak mocno nadszarpnięty. A biletu nadal nie mam. A kupić muszę, bo bilet u kierowcy droższy, a kierowca jeszcze bardziej odpychający. A bez biletu Radomska jeździć nie może, bo ma wówczas winę na czole wypisaną i kanary jak gówno muchy przyciąga. Z przymusu już kontynuuję naoczne wystawy.

Omijam już wzrokiem cały ten majdan, dobrobyt, przepych i spinki do włosów. Są gazety. Na pierwszym miejscu te tanie, bo ludzie i tak je kupią, chociaż nic w nich nie ma. Ot, ładne zdjęcia, ładnych ludzi, którzy niczego mądrego nie powiedzieli, ani nie zrobili, tylko gdzieś tam powyglądali przez moment i zęby posuszyli na oficjalnej imprezie. Taka gazeta to co najwyżej 1,50 kosztuje. Niby niedużo, ale żeby tak z własnej woli płacić za lakonicznie wieści o tym, że innym w wielkim świecie żyje się lepiej, albo tak źle, że tylko marzyć mogę, aby mi tak kiedyś w życiu ciężko było…Nie pojmuję…

Są też mądre gazety. To te grube, z ładniejszymi reklamami w większej ilości. Te, co się kupuje do czytania, a nie do oglądania. No  popatrz Pan, papierowe wyrocznie. Na wszystkie pytania tam znajdę odpowiedź, nawet na takie, które nigdy nie przyszły mi do głowy: jak ugotować obiad,  ciasto upiec, schudnąć , jak włosy upiąć, dzieci wychować i loda zrobić. I to na szesnaście sposobów. Jakaś aktorka w wywiadzie będzie mi tłumaczyć jak żyć, a graficy komputerowi jej zdjęciami przypominali, dlaczego powinnam mieć kompleksy. Mądrości tyle, że nie udźwignę, więc wolę mniej wiedzieć i lepiej spać, ludzie głupsi są szczęśliwsi. Bilet półgodzinny, ulgowy, tak jeden, poproszę. To wszystko.

I ja się ludziom dziwię, że tacy smutni od rana, a sama co? Jakby mi się przypadkiem język pomiędzy zęby zaplątał własny, odgryzłabym, tak mocno szczęk zaciskaniem zaoferowana. Jeszcze chwila oczekiwania. Maksymalnie kwadrans, ostatecznie pół godziny. Ale pasażer MPK łaskawy jest, cierpliwy jest, nie zazdrości, nie unosi się pychą, nie szuka poklasku…

Jeszcze chwilunia, ociupinka dosłownie i po bólu- mówię sobie, jak trener do Gołoty przed walką –Dam radę. Grunt to się nie dać powszedniości dnia smutnego wyruchać już o tak wczesnej porze, kluczowych zasad trzymać –do  miłych ludzi japę w uśmiechu wykrzywiać, aby w ich kulturalnym odwzajemnieniu źródło dodatkowej energii dla siebie odnaleźć. Do niemiłych tym bardziej, koniecznie, ale jedynie po to, by ku własnej autentycznej radości, żywy w nich niesmak i wkurwienie wzbudzić. I miejsca. Miejsca kobietom, dzieciom, emerytom, a nawet psom dla spokoju sumienia i  podróży ustępować.

***

I ta cisza na przystanku, slow motion. Spojrzenia już-za-chwilę-pasażerów rzucane po sobie. I już czuję ten zapach. Nie, nie krwi. Potu zmieszanego z perfumami, zmęczeniem, agresją, pretensjami, niewyspania i pasty do zębów (daj boże…). I już by człowiek zmęczony myślą o wieczornym zmęczeniu,które dopiero nadejdzie, najchętniej się do domu zawinął, kocem obadulił, kakao wypił, pilne odłożył na jutro, ważne na potem, odpoczął,  ale nie…

This is Sparta…

„Dzień, kurwa, dobry” czas zacząć.

[Ciąg Dalszy Nastąpi…]

__________________________________________

Wiem, wpis dla wytrwałych i nieco inny. Dzielnych i wytrwałych zapraszam na fanpejdż:

http://www.facebook.com/pages/Mam-w%C4%85tpliwo%C5%9B%C4%87/238468862880080