Przyzwyczaiłam Was, ze na tym blogu pojawiają się jedynie sentymenty i beka z rzeczywistości, a dysponuję przecież szerokim zasobem kompetencji, które z buta otwierają mi drzwi do każdej kategorii poradnikowej. Tak, PORADNIOKOWEJ. Nie do końca na tematy związane z tym, jak żyć, ale jak to się wszystko zbierze do kupy…

Niestety nie mam w zanadrzu żadnych wpisów z serii „Do it yourself”, bo nawet, kiedy ostatnio obszywałam poduszkę na stołek, to wyszło krzywo, bo stołek tak ze mnie rżał, że się inaczej nie dało, słowo. Podobnym rozmachem skończyło się moje pranie tapicerki kanapy. Po osiemdziesiątym piątym psiknięciu i sześćdziesiątym ósmym wtarciu kurestwa w materiał, stwierdziłam, że prościej będzie kanapę po prostu zakryć, bo czego nie widzą, tego sercu nie żal. Utykam na jednym polu (nie przez buta, a wrodzone właściwości życiowego mańkuta w kwestii spraw zwyczajnych), za to na innych stepuję. Obok rytmu, ale nie dyskutuje się z artystą.
Za mną tydzień na zwolnieniu z chorym Lenonem, powrót do przeszłości, kiedy spacyfikowanie wroga było główną misją dnia. Musiałam wyjąć z szafy zakurzone plany strategiczne działań i czym prędzej wdrożyć je w życie. Wszystko po to, by przetrwać. A wieczorem jeszcze podskoczyć z dumy. Dobra, bardziej się chwiejnie gibnąć, ale satysfakcja na ta sama.

  1. Poranek

To niezwykle problematyczna pora w życiu rodzica. Świadomość tego, że przed nim cały dzień zmagań, nie działa motywująco. Tu ważne jest mierzenie sił na zamiary. Ty się wykażesz jak w podstawówce grą na flecie na lekcjach muzyki, będziesz czekać na standing ovation, a Cel, zwany zamiennie dzieckiem, będzie tylko bardziej podniecony i rozochocony.
Sprawdzoną metodą są zabawy w pościeli. Jeżeli dobrze to rozegrasz, to grę „gdzie jest bobas” zaanimujesz bez podnoszenia łba z poduszki. Nakrywasz dziecko kołdrą i zawsze, kiedy będzie już prawie na wierzchu, zarzucasz nową warstwę. Bez końca. Dopóki nie skapituluje Cel. Czyli w sumie bez końca albo dopóki nie stracisz czucia w rękach. WAŻNE! Nie podduszaj! Wykorzystując ten środek przed 8 rano, spalasz plany awaryjne na wypadek sytuacji, w której dziecko nie chce spać popołudniu.

2. Chwila dla siebie? Proszę.

Nowatorska wersja zabawy w chowanego polega na tym, że rzucasz dziecku wyzwanie. Ono zakrywa oczy albo robi strusi łeb w poduszce (o ile nie ma traumy po zabawie w chowanego wynikającej z omdlenia), a Ty teatralnie oznajmiasz, że idziesz go szukać. Czyli pod prysznic, umyć zęby, zrobić siusiu, kawę i takie tam. Jest szansa, że dziecko w międzyczasie zapomni  i czymś się zajmie (to niebezpiecznie, bądź czujna!). Co sprytniejsze orientują się szybko, co jest grane i wpadają rozkudrane do miejsca Twojego pobytu krzycząc „tu jeśtem! Nie źnalazłaś”. Trudno, po dobroci się nie udało, to trzeba wykorzystać większy arsenał. Informujesz, że o kurde blaszka, szukałaś wszędzie, ale skoro jest, to zaraz je złapiesz i wygryziesz pępek. Uwierz, żadne dziecko po dobroci nie odda pępka. Ucieczka i ponowne chowanie pomoże Ci dokończyć zainicjowane, egoistyczne czynności, takie jak ochlapanie japy zimną wodą. Nie dziękuj.

3. Posiłki

Wersje są dwie – albo zależy Ci dzisiaj na zdrowej diecie swojego dziecka i zbilansowanych posiłkach albo zależy Ci, żeby jedzenie było jedną z atrakcji i kolejnym trikiem wyżebrania odrobiny czasu. Jeśli to pierwsze, to chuj, nie pomogę, zawzięta jesteś, ganiaj z kanapką i namawiaj do zjedzenia surówki w karkołomny sposób. U nas od czasu do czasu gości zabawa która, dla odmiany, jest obustronnie przyjemna. Nalewasz dziecku porcję kulek z mlekiem,w proporcjach znanych – garść kulek na naparstek cieczy. I mówisz, że musi samo zjeść wszystkie, bo jest duże i dzielne. Smażysz naleśnika i pozwalasz samodzielnie wysmarować go kremem czekoladowym. W życiu Ci nie odda słoika dopóki nie będzie pusty, uwierz. To potrwa wieki, możesz nawet się umalować i wstawić pranie.  A potem, jak ninja, zlizać nadmiar czekolady i dorzucić w środek brokuła, żeby nie gryzło cię sumienie. Wilk syty, owca cała, a i dziecko może się nie porzyga. A jak się porzyga to – nie ma fajniejszej zabawy, niż kąpiel.
Zabawa w próby ubrania Celu też jest spoko, bo czasochłonna, ale niestety, ubaw ma tylko cel, Ty jesteś spocona jak świnia i stwierdzasz, że może latać nago, przecież i tak się zaraz uwali, a druga kąpiel z rzędu nie zrobi już takiego szału.

4. Gry edukacyjne.

Wyjmujesz takie, których dziecko od dawna nie widziało. Udajesz przed nim debila, aby wzrosło jego poczucie własnej wartości. Klaszczesz w euforii za każdym razem, kiedy prawidłowo powie, gdzie jest koza, jak publiczność opłacona w Familiadzie. Tylko ta atmosfera podniecenia sprawi, że dziecko może zainteresować się grą chwilę dłużej. A wszystkie aktywności realizowane z pozycji siedzącej docenisz niebawem. I zatęsknisz za nimi około 14.

5. Gry nieedukacyjne.

Jeżeli masz dziecko, którego aktywności nie ogarniasz, kup psa. Nie musisz przecież znosić tego sama. Nasz jest według Leny przewlekle chory i leczony za pomocą wszystkich chińskich, plastikowych metod, o ile nic się w zabawie nie wykraczy. To zabawa rozwijająca, dziecko samo odkrywa, że temperaturę można mierzyć w odbycie. Pies, z przykrością, też. I daję słowo, po kwadransie nie pamięta już, co go bolało!
Inna zabawa, która zapewnia dziecku aktywność fizyczną i lekcję samoobrony bez konieczności wnoszenia opłat, jest… wsadzenie mu w gacie ulubionej, gumowej zabawki psa. Tak, żeby dziecko nie wiedziało, ale pies owszem. Jeśli masz szczęście, stworzenia przez jakieś 35 minut będą ganiać siebie nawzajem i wydawać dźwięki, które w innym pomieszczeniu upewnią Cię, że żyją. W tą zabawę wpisane jest ryzyko. Moja dwulatka przeraziła się, że wysrała w geterki gumowego, czerwonego wielorybka. No ale, jak to mówią, jest ryzyko, jest zabawa.
Doskonale w zabawach kreatywnych sprawdza się torba na zakupy. Ta wielka, z dyskontu. Bujasz w niej dziecko dopóki nie uśnie, nie zerzyga się, nie pęknie Ci kręgosłup. Nieważne ile potrwa – malec będzie i tak darł japę, że chce jeśce jeśce. Jest szansa, że zmęczy się rykiem i uśnie. Marna, ale zawsze…

6. Pomoć!

Tak, pomoć. Czyli angażowanie dziecka do codziennych czynności. Wymaga zdolności aktorskich, bo jak bez nich atrakcyjnie przedstawić figlarne igraszki z mopem? Moja dwulatka posiada swój własny mini zestaw do sprzątania (płytkie może, ale synowi kupiłabym takie cztery, z genderowej zemsty za krzywdy) i łiiiiiii…. 10 minut zabawy jak nic. WAŻNE! wcześniej uprzedź dziecko, że kij od szczotki nie mierzy temperatury w odbycie psa. Serio, zrób to. Nie pytaj.

Odkąd Lena odkryła działanie kibla, jest zafascynowana. Nie na tyle, żeby się z nim przyjaźnić, ale ewidentnie ją onieśmiela i jej imponuje. Misio robi kupkę, lala robi kupkę, kaczki, piłka, nawet telefon mamy czasem – w takim natłoku ciężko się dziecku dziwić, że ze swoją nie może zdążyć. No ale, SPUSZCZANIE WODY, esencja esencji. Ten przycisk, to podniecenie, poczucie mocy sprawczej, efekty dźwiękowe, a jeśli klapa nie zamknięta, to i 4D!
Następnie dziecko może się wykazać w kuchni. Dajesz mu 3 miski PLASTIKOWE różnej wielkości (plastikowe, bo z innymi zabawa skończy się szybciej niż zacznie) – przypadkowe substancje, z których korzystasz i DREWNIANE przyrządy kuchenne. Na wszelki wypadek wyprowadzasz też psa. Żeby się nie zdziwił, że może jednak ma gorączkę.
Dziecko miesza, robi syf, głośno opowiada o tym, że gotuje, nic z tego nie wychodzi – wszystko to znasz, przecież Twój mąż też czasem zagląda do kuchni. Odkurzanie i mycie podłóg jest ceną wartą chwili spokoju.

7. Sport.

Jakby się ktoś nie kapnął, to cały czas mówimy o sytuacji w której wyjście na dwór jest niemożliwe, bo coś tam. Istnieje za to masa aktywności sportowych, które można realizować w domu. Jeżeli myłaś już podłogę w tej kuchni po gotowaniu, to może się okazać, że pierwszą będzie pływanie. Inne:
– terroryzowanie psa rurą od odkurzacza, której się boi,
– przepychanie z jednego końca pokoju w drugi dziecka wsadzonego w pudło na zabawki z kółkami,
– wożenie psa w wózku dla lalek,
– szarpanie się z tym, żeby pies zechciał z wózka wysiąść i ustąpić miejsca dwulatce. i Bezsensowne tłumaczenia jej, że nie może wsiąść do zabawkowego wózka,
– wożenie dziecka w zabawkowym wózku,
– kojenie rozpaczy wynikającej z faktu, że wózek się złożył i poskładał dziecko. Z lekkim uczuciem tryumfu – BO MAMA MIAŁA RACJĘ, HAHA!

Jeśli jesteś ambitną matką, spróbuj zaangażować dziecko w swój prawdziwy trening. Wymaga to czasu, żeby zrobić na dziecku wrażenie, musi mieć adidasy, swoją butelkę z wodą. I jeśli ćwiczysz w staniku sportowym z 20 minut zajmie ci kojenie ryku wynikającego z faktu, że ono też chce coś takiego. Potem tylko smutny kompromis w postaci dziecka rozebranego od pasa w górę (a mówiłam, ostrzegałam, ze bez sensu toto ubierać…)

8. Płacenie za błędy.

Tak, to również wpisuje się w bilans czasu do zagospodarowania. Rzucasz dziecku czekoladowe jajko i nie kontrolujesz zawartości? Przeznaczenie tylko na to czeka, a dwulatka zaciera rączki. Kiedy do pokoju przywołuje Cię radosny skowyt „pać mamusiu” i okazuje się, że granatowe stemple królika średnio pasują do wystroju wnętrz, za późno już na rachunek sumienia. Masz kwadrans na skonstruowanie planu przy jednoczesnym wytłumaczeniu sobie, że nie możesz drzeć mordy, nie możesz podcinać dziecku skrzydeł, kto wie, może stłamsisz w zarodku jakiegoś drugiego Banksy?! Potem pędzel i jazda. Opcjonalnie poduszka, udawanie, że grafiki były tam od zawsze albo udawanie przed mężem głupa i słodkim głosem poinformowanie, że dodałaś do salonu jakiś szalony nastrój i masz nadzieję, że mu się spodoba, bo kosztowało cię mnóstwo nerwów i czasu. Nerwów owszem, więc prawie nie kłamiesz. Jeśli mu się nie spodoba to się obraź i odmów podania obiadu.
A obiad, który nie musi być podany, nie musi być gotowy, wiesz? 😀

9. Bajki.

To zło konieczne i ostateczne. Serio, nie tylko dlatego, że niszczy niewinne umysły naszych pociech, uzależnia i wprowadza w świat bezdusznych reklam. Po seansie z ukochanymi bohaterami, choćbyś nie wiadomo jak była atrakcyjna, kochana, mądra i potrzebna, choćbyś się zesrała, nie dorównasz atrakcyjności śwince Peppie. A to boli. Dziecko wgapione w monitor, a Ty domywasz resztę śladów na podłodze łzami dzierżąc w dłoni zdjęcia z młodości, które już Ci ciebie nie przypominają.

Reasumując:
W ciągu dnia przydadzą Ci się przybory tj.: kredki, mazaki, farby, środek chemiczny do zmywania kredek, mazaków, farb z dziwnych miejsc, plastelina, duuuży blok rysunkowy, środek do mycia podłóg, bo blok zawsze jest za mały, 4 kawy, słodycze rzucane na pożarcie w celu odwlekania nieuniknionego i odwracania uwagi od faktu, że musisz do kibla, oczy dookoła głowy, dużo cierpliwości, opcjonalnie blant na uspokojenie, ale ten może uśpić Twoją czujność i dziecko zdoła sprawdzić, czy masz gorączkę.

To recepta na zmęczenie dwulatka. Na niezmęczenie przy tym rodzica NIE ZNAM. Czy mogę zmieniać już kategorię bloga na poradnikową? Czy dodać uwiarygodniający filmik na YT, na którym będę mieć dłonie złożone jak Angela Merkel, wory pod oczami i mówić, że możesz wszystko, ale wszystko pobiera energię i absolutnie nie zostanie docenione?

Czekam na Wasze inspiracje i metody. Dalej, nie sprawdzam IP i nie informuję opieki społecznej. Czasem tylko szantażuję dla pieniędzy (straszę, że opublikuję swoje nagie zdjęcia, jakoś trzeba płacić rachunki, nie?). Czekam :*