Widuję ich niemal codziennie wracając z pracy. Rano nie, pora to dla nich zbyt wczesna, publiczność zbyt mała, aby warto było się pokazać. Nie wiem, czy mają jakiś tajny klub z tajemnym przywitaniem. Czy, jak dzwonią do siebie, to muszą podawać najpierw hasło, bodaj by to było „roszpunka”. A może są spokrewnieni i kultywują rodzinny biznes? Jezusiku, jedna matka i tylu wielkich, umięśnionych chłopców, przecież na pewno biedna cierpi na nietrzymanie moczu i dyskopatię. Spokrewnieni, bo jak bracia – mężni, modnie ubrani, w klatami i rękoma w kształcie chmurek, w kolorze ciemnej pomarańczy/karnetu no limits na solarium/wakacji na Teneryfie pod hasłem „nie bede się smarował, niech wiedzom, że byłem!!11”.

Zawsze w niewielkich grupkach, ciężko rozstrzygnąć,czy dla bezpieczeństwa czy może towarzystwa. Od stóp do głów obrandowani jak należy: czarny kot, łyżwa, JP 100%, riboki i najki. Stylizacje zgodne z najnowszymi trendami. Nawet reklamówka Hugo Bossa. No właśnie, reklamówka… Tylko ona nie pasuje do tej układanki.

Uliczni biznesmeni handlują fajkami bez akcyzy. Bogowie i darczyńcy, rozdają je niemal za darmo, bo w połowie ceny rynkowej. Kiedyś było jeszcze taniej, ale wiadomo – biznes ryzykowny, wymaga inwestycji, inwestycje i ryzyko kosztują. Poza tym, weź stój tak w pełnym słońcu, ciągle ładny i z reklamówką. Utrzymanie pracownika też kosztuje. Ubezpieczenie w barterze w postaci ram fajek. Pod ich nogami kolejka ludzi błagających o swoje eliksiry dymne kojące wkurwienie. W powietrzu unosi się oczywisty komunikat- wszyscy, absolutnie wszyscy wiedzą, że dzieje się tu coś złego i nielegalnego. Ładni chłopcy, zakazany towar, chętni do zakupu. Oficjalnie oni tylko sprzedają, drudzy tylko kupują – jest popyt, jest podaż, no Boże tym mój, jak świat światem, tak się robi interesy, to źle, że ludzie sobie jakoś radzą?
Ładni chłopcy mają opanowaną do perfekcji sztukę komunikacji. Trzeba być debilem, żeby nie wiedzieć, czym się zajmują, co sprzedają i gdzie to robią albo uznać, że pielgrzymka kulturystów na Jasną Górę ma swój przystanek w tym miejscu. Jestem przekonana, że to taka gra. Oni uprosili policję, żeby móc się pobawić bez pobitych garów, mandatów i spraw karnych, a policjanci zgodzili się na wagony w atrakcyjnych cenach, bo nałóg nie wybiera, a państwowa pensja nie pozwala go w pełni zaspokoić.

A więc zabawa trwa. Panowie są za duzi na ganianie się z sikawkami, czy paintballem, który mógłby pobrudzić jasne podkoszulki i dadidasy. Nie biegają za sobą jak debile, tylko stoją, dostojnie i niemniej durnie -z walkie talkie w łapach, używając tajnych kodów i skrótów, czyhając na policję, która ich przecież nie złapie, bo tak się dawno umówili, tylko udają, że nie. Wczówka w zabawę jest niezła. „Idą” – Idą! Chować się, kitrać reklamówki, stać jakby nigdy nic, bo będzie zaklepane. No co? Nic się nie dzieje? To przecież normalne, że grupa ładnych chłopców spotyka się codziennie w tym samym miejscu, w pełnym słońcu, szukając audiencji, wszyscy znają historię Natalii Siwiec. Szczupli tacy, pewnie od zabiegów oczyszczających – policjanci raz na jakiś czas, dla jaj, udają, że obchodzi ich to, co robią, wyrzut adrenaliny i emocję automatycznie powoduje sraczkę. Potem strony się rozchodzą, wygrani tryumfują, przegrani zagryzają zęby, wieczorem razem, na browarze, komentują kto był głupszy i bardziej zdziwiony.

Wróćmy do biznesu.
Chłopaki nie mają umów o pracę, bo na pewno by się skrzyknęli i założyli związek zawodowy, żeby wyłuskać od szefa choćby parasol. Stawki godzinowej też nie, bo na pewno byśmy się też i rano widywali. Na potrzeby trzeba jakoś zarobić, każdy, kto miał kiedyś blanta i najki do opłacenia, rozumie te rozterki, jesteśmy tylko ludźmi. Ramy papierosów schowane dyskretnie, jak nieśmiałość prostytutki, w reklamówki Hugo. Sznureczek skazańców do czarnej foliówki. Dosłownie i w przenośni, o ironia.

– Nie, nie mam wydać, nie pasuje, nara.
– Nie, nie ma mentoli, od mentoli się w głowie pierdoli, hehe.
Starsza Pani schorowana, policzymy więcej, żeby się wolniej wykańczała papieruchami.
Pan styrany, ale buc, niech pali, ale za 8 zeta, nie za 7,50 jak inni.

W normalnych warunkach cenę określa rynek, konkurencja, prawa ekonomii. Tu nie. Panowie mieli z ekonomią coś wspólnego, jeśli pojawiła się w składzie odżywek białkowych na siłowni. Dla nich musisz mieć to coś! Jak jesteś młoda, ładna, rozebrana, możesz liczyć na zniżkę. Nawet 2 zł na paczce. Chyba, że przyjdziesz ubrana normalnie i bez namalowanej twarzy, za błędy się płaci, ciesz się, że w ogóle obsługują, że widzą. I rżą dopiero za plecami.

Romany i Witki próbują się targować, ale są spławiani spojrzeniem wyższości. Próbować muszą, nie po to się tyle kumplom z osiedla naopowiadali, że są kozakami, że smutno tak wrócić i przyznać się, że jednak trepy. Niepozorne i pokorne Danusie i Krysie kupują dyskretnie, drżącymi rękoma, nigdy nie patrzą w oczy. W razie pytań, nie kłamiąc, oznajmią, że ich tam nawet nie było, nikogo nie widziały, nic nie kojarzą. Rozedrgane jak w ataku epilepsji płacą nałogowi haracz i pozwalają dzielnym chłopcom uzbierać na nowe najki i kartę do telefonu. Biznes is biznes.

Konkurencja nie śpi i delikatnie kąsa po kostkach odzianych w bielusieńkie skarpetki stópki, które, poza emblematem marki, są prawie niewidoczne. Głębiej, w tłumie, na rynku, można kupić taniej. Ale wiadomo, jaka cena, taka obsługa.

Tam handlarz stoi przy krzesełku turystycznym, pod parasolką,a towar ma wyjęty na blat, no chyba, że walkie talkie przemówi, że IDOM, KITRAJ, wtedy zostaje blat i parasol, a na głupie pytania, co robi zawsze można odpowiedzieć, że zwiedza, ale postanowił przycupnąć i odpocząć. Reklama dźwignią handlu i tu panowie i panie nie potrafią już jej unieść, pewnie stąd ta różnica w cenach. Wiadomo, w kiosku te fajki dla idiotów, co przepłacają, w bramie te same, tyle, że tańsze i z ruskimi oznaczeniami, a tu, przy stoliku, najgorsza trucizna. Tak mówią Ci, którzy nazwisk nie podają, ale lubią to powtarzać, żeby ludzie bali się kupować. I coś w tym jest, nie żebym wierzyła plotkom.

Jak się zbliżysz zobaczysz, że coś tu nie gra. Fajki są, niskie ceny, które i tak rosną, też… Tylko nie ma zapachu dolcze gabana, nie ma najek, łańcuszków i opalonej klaty. Są wyciuchrane, zużyte ubrania, kamuflaż, żeby w razie wizyty straży miejskiej, udawać bezdomnych. I coś dziwnego – w twarzy, dłoniach, oczach, zębach. Tak jakby to byli Ci sami, co w bramie, ale 15 lat później, już zdegradowani za windowanie cen, jakby wybili sobie zęby spadając ze szczebli kariery.

Palce powykrzywiane i już nie zżółkłe, a brązowe. Paznokcie wygryzione doszczętnie, na ich miejscu brud, który ma chyba wskazywać, gdzie ich miejsce, jakby jednak chciały odrosnąć. Zębów nie ma się co czepiać, za mało ich, żeby cokolwiek powiedzieć. Najbardziej przeraża twarz. Twarz człowieka, któremu ktoś zacisnął na głowie foliówkę obtoczoną w panierce z popiołu – szara, zmęczona, wyglądająca na ciągle nieumytą. Na dzień dobry widać plus dziesięć lat wyroku dla każdej tkanki. W wykrzywionej łapie cienki Marboro bez akcyzy. Aż chce się wziąć syna, córkę pod ramię, przyprowadzić, zafundować ramę albo nawet abonament i powiedzieć: Pal, córko, przynajmniej się na weselu zaoszczędzi, bo kto Cię będzie chciał zżółkłą i zszarzałą. Pal, synu, przynajmniej nie będziesz musiał się martwić, jak wyżyjesz z marnej emerytury.

Wszystkim kręci wyżelowany Pan, który próbuje przekonywać, że wciąż ma 25, a nie 55 lat, że kaloryfer na brzuchu jest okrągły i twardy, jak się przegnie ze sterydami zapewne. Tyle ma na głowie, siatkę tylu handlarzy ma pod sobą, a jeszcze wszystkie cztery włosy wyżelować zawsze ma czas, każdy zadziornie, filuternie i w inną stronę. Na Teneryfę przy własnym biznesie nie ma czasu, ale na solarium i kaczy dziub partnerki, zawsze styknie. Jak to mówią – lepszy najgorszy handel niż najlepsza praca…

Za tą pogardę w oczach, wartość dziewcząt mierzoną ilością fluidu i długością kiecki. Za tą pogardę wobec co drugiego klienta, okazywaną wprost lub kiedy się już odwróci. Ot, szczypta pogardy, z którą Wy się nie kryjecie raczej, jeśli ktoś się Wam nie spodoba.