Kocham można powiedzieć na milion sposobów, jednak najlepiej wybrzmiewają te, które z mówieniem i słowami niewiele mają wspólnego. Od kilku lat uczę się alternatywnych form okazywania uczucia i „mówienia wzrokiem” – nie mogę bez Ciebie żyć. Dziś opowieść o miłości ujeżdżanej na różowym koniu z kowbojską nutą w tle.

Możecie wierzyć lub nie, ale ja rzadko zmyślam, bo życie moje przebija fantazje normalnego człowieka, ale właśnie zostałam mamą trzylatki. Trzylatki przedszkolaka! Toż to doprawdy parodia! Od września dziecko jest adeptem publicznej placówki, a ja, po kilku razowych próbach ubrania się normalnie, sprawiania wrażenia matki odpowiedzialnej i roztropnej, poddałam się. Do przedszkola oraz z  dziecko odstawia mąż męża. Nawet jeśli mąż, mój zaspany brodacz wpadający po nasze piskątko jako ostatni nie wzbudza w nich zaufania, to może jednak zdążyły zapomnieć mnie i łudzą się, że ja tego zaufania jestem godna? Nie wiem. Wiem na pewno, że oni codziennie zastanawiają się, czy dziecko zostanie odebrane. Przedszkole, Panie, to jest inna rzeczywistość. Oddaje małoletnią czystą, uczesaną i zaspaną, zastaję kołtuniastego stwora z dwoma świecami gilów pod nosem i cudzych gaciach, bo wszystkie swoje zdążyła uwalić albo inaczej – jej ją pogrubiały, a wiadomo, że kradzione nie tuczy, prawda? Do tego kończy właśnie 3 lata. To już przesada!

Gdzie to małe, rozdarte, przez większość doby brązowe, które owijałam w becik i zostawiałam w łóżeczku, żeby mnie nie kusiło zawiązać zbyt mocno?! Gdzie moje maleństwo co dopiero filtrowało dwoma mlecznymi zębami pierwszą marchewkę, zaczęło mówić „mama”, „nie”, „daj” (nie dam sobie ręki uciąć, które było i jest dla niej najważniejsze…) Gdzie pierwsze kroki w za luźnych rajtuzach?! Rozglądam się i nie widzę. I to wcale nie przez me oczy zaspane. Bo przede mną – dziewczę lat trzy, z fantazją, której pozazdrościłby zastęp pijanych Ułanów, z kudłem nie do ugładzenia i uśmiechem szelmy. Takie wymawiające L i R. I informujące, że ma URODZINY.

Człowiek bywa między świadomymi rodzicami, słucha ich rozmów, potakuje rytmicznie i prawie w odpowiedniej chwili, to do sprawy chciał podejść ambitnie. Dziecko pytające – jak znalazł będzie pierwsza encyklopedia! Obrazki, pytania, wyjaśnienia – wybawienie dla matki, której rozpasana wyobraźnia nie raz jąka się słysząc, jaki to dylemat, problem, zagwozdka jawi się Lenonowi jako istotny w tej minucie i nie cierpiący zwłoki? Matka Radomska poczytała też, że dziewczynek nie stymuluje się intelektualnie i nie rozwija ich wyobraźni przestrzennej. Nonsens, co prawda, bo u nas to jeszcze dbamy o kondycję i Bozia mi świadkiem, sama widziałam, jak Lena z tatą układała piękną wieżę z rolek po papierze toaletowym i grała w kręgle. No ale z autorytetami się nie dyskutuje, w ramach testów roboczych przywlekłam kreatywny zestaw kulek z dziurami i patykami, które można łączyć, kształtować, z których można budować przestrzenne formy. Czad, naprawdę! Po dwóch godzinach się zorientowałam, że jak stało przede mną dziecko, tak stoi, gapi się, w bonusie tylko wkłada patyki do nosa i odwołuje się do mojej próżności samemu nie ruszając nawet palcem „mamuniu, jakie to piękne!”.  Jako, że to nie mój prezent, odpuściłam. NA pewno na święta dostanę różne garnki i będę mogła udawać, że to matrioszka.

No ale prezent. Co kupić? Dziecko niezeschizowane na punkcie żadnej bajki, róż dopiero wyważa nasze drzwi i nachalnie chcę zrujnować nasze niepoukładane i barwne życie, nieprzejawiające jakichś szczególnych zamiłowań, poza szukaniem robaków. Coś tam wspominała, rok temu, może pół, ale to już na pewno nieaktualne, że jakiś koń. Zignorowaliśmy, bo ileż to razy nie zdąże bułki nożem smyrnąć, a waćpanna odwoła dyspozycję dotyczącą kanapki. Gdy wtem, poranek. Przeddzień dnia, którego się nie spodziewałam – moje dziecko się zestarzało, a ja tego dożyłam, trzeci raz, woOOhOOOo. I bez zająknięcia mówię, że ja tam bym chciała wino! I zagajam do dziecka, czy wie, że od jutro to czad, kolorowe jarmarki i tęcza, bo są jej urodziny.

Na co ona, z dojrzałością typową dla trzylatki (bez jednego dnia) że wie. I że dostanie śpiewającego konia.

Stop klatka. COfnij. Czy aby nie o koniu była mowa pół roku wcześniej….?! Daaamn, czasem trzeba słuchać.

Swoim cielęcym, niebieskim spojrzeniem odwołała się do najbardziej prymitywnych instynktów matki. Jak obsesja owładnęła mną myśl, że dzień później, w dniu urodzin, moja córka będzie NIESZCZĘŚLIWA I ZAWIEDZIONA, BO JEJ NIE SŁUCHAM. I na nic wrzaski zdrowego rozsądku, że w naszym domu nie ma miejsca na konia, że jeszcze jedno śpiewające dziadostwo, a ktoś naprawdę wyleci przez okno i jedyne czego się obawiam, to kolejek i przymusu zostania w tym tętniącym chińskimi melodiami piekle. Z efektami świetlnymi, które stymulują rozwój narządu wzroku, rzecz jasna, przecież nie piszą tak na opakowaniach dla jaj. Zdrowy rozsądek obezwładniony podkówką buzi mojego dziecka. I klamka zapadła. 24 godziny na zrealizowanie misji prawie niemożliwej.

Powiedz matce, że czegoś nie może, a zrobi to nim zdąży splunąć ci w twarz za zniewagę!

Trochę żałuję, że nikt nie nagrywał, jak wydzwaniałam do 12 z rzędu sklepów internetowych lub allegrowiczów, zadyszana, z desperacją, rozpaczliwie wręcz dopytując CZY KOŃ Z AUKCJI ŚPIEWA?! Dla mnie jasne, że jak nie śpiewa, tylko rży i robi patataj, to nie ma racji bytu i niech wypierdala do zwykłych dzieci, ale nie wiem, czy sprzedawcy skumali. Przejęli się jednak, że dzwoni wariatka i na własnych nóżkach biegli, własnymi ręcyma sprawdzali, czy koń poza rżeniem wydaje melodie, czy aby na pewno merda ogonem?!?!? Spociłam się w czasie poszukiwań jak przy Turbo z Chodakowską. Poniżyłam się przed sprzedawcą koników tak, że jestem pewna, iż wali ode mnie pleśnią z komórki. No ale czego się nie robi dla sensu swojego życia? Czego się nie robi, aby wpadło w dziką radość albo przynajmniej NIE wpadło w czarną rozpacz?!

 

Kiedy piszę ten tekst, różowy, śpiewający koń, który rusza mordą i ogonem, jest już w drodze. Sprzedawca chyba zrozumiał, że się boję, że nie dotrze i że skoro ja się boję własnego dziecka, to on tym bardziej powinien, bo wobec obcych się już nie ma nawet ochłapu sentymentów. Spodziewam się w pracy kartonu 70×50 cm o wadze kilkunastu kilogramów. Muszę go zataszczyć tramwajem do domu, żeby zdążyć przed Lenką, złapać oddech, zmienić przepocone ubrania, przestać kurwować pod nosem i rozsiąść się wygodnie w fotelu. W celu celebrowania i rozkoszowania się jej radością.

Czy ta historia ma sens? Czy sensownym jest kupowanie dziecku grającego, różowego konia, który jedyne, co rozwinie, to choroby psychiczne u rodziców małoletniej Leny M.?! I teraz najpiękniejsze.

PO CO KOMU SENS, GUST, ROZSĄDEK, DOJRZAŁOŚĆ i inne bzdety, kiedy jest MIŁOŚĆ?!?!?!?!?!

my

Fanfary, Proszę Państwa!!! Wasza przyszła szefowa skończyła dziś lat 3! Turlam się po panelach ze zmęczenia, radości i DUMY. Czego jej życzycie? 🙂