Pewien arcybiskup czy inny pan w sukience obnoszący się z nie swoim krzyżem, którego obrażać nie wolno, powiedział coś głupiego. Co- wiedzą wszyscy, bo internet zawrzał, świat zahuczał, a wszyscy parsknęli z oburzenia. Dorzucanie patyka do pożaru niczego nie zmieni, więc ja wyrażenie swojej opinii zostawię na jakiś niefortunny wieczór zakrapiany alkoholem, bo tylko wtedy mogłoby mi się wydawać, że mówię coś, co nie jest oczywiste W całej tej kwestii wzburzył mnie jeden element wypowiedzi tego niefortunnego gwiazdora w fioletowym szalu. Nie wiem, czy to przez ciążę, czy natłok doświadczeń, ale nic tak nie podnosi mi ciśnienia jak „wina rodziców”.

I zostawmy już tego Pana, rzućmy w głębie jego filozoficznych rozważań, niech się utopi i nasyci mądrością. Bo nie o niego mi dziś chodzi- a hasło wytrych – WINA RODZICIELSKA.

Dzieciństwo ma niepodważalny wpływ na nasze całe życie, jest etapem kształtowania naszych plastycznych umysłów i determinuje naszą przyszłość. Banał, nie? Idźmy dalej – w żadnym chyba innym momencie historii nikt nie poświęcał tyle uwagi własnym emocjom i przeżyciom, co my teraz. Rzeczywistość przestaje być możliwa do ogarnięcia, dzieje się wokół nas za dużo i za szybko, a my, biedni przebodźcowani, nie umiemy się odnaleźć i nie nadążamy. Patrzenie w lustro i za siebie sprawia, że wydaje się nam, iż jesteśmy zwolnieni z patrzenia w przyszłość i rozglądania się dookoła.

Głęboko wierzę, że wszyscy jesteśmy na swój sposób popierdoleni, że Norma to imię dla psa, a nie realny stan rzeczy. To wiele ułatwia, tak myśleć sobie, że nie spłodził nas autor podręcznika o prokreacji, wychowaniu, emocjach, a dwoje ludzi, którzy doskonale wiedzieli co robią, ale nie mieli pojęcia jak duże będą tego konsekwencje.

Każdy z nas pochodzi z jakiegoś określonego domu. Pewnie każdemu z nas czegoś w tym domu mu bardzo brakowało, inne rzeczy uważamy za cenne, a jeszcze inne olewamy, bo uważamy  za oczywiste. Nie wychowywali nas boscy mędrcy, a ludzie z krwi i kości, chociaż być może nie raz się nam wydawało, że z kamienia. I  ich też ktoś wychował, może nie dobrze, ale na tyle, na ile był, albo nie był, w stanie.

Im jestem większa, tym bardziej przeraża, że w zasadzie wszyscy wchodzimy w dorosłość z jakąś traumą, porcją uraz, dysfunkcją, której uzasadnienia szukamy w rodzinnym domu. I nie przeraża mnie, że zaczynamy analizować przeszłość, nazywać emocje, uczyć się siebie od nowa.

Z obawą patrzę na nurt, w którym tak łatwo obarczyć winą innych – nieczułą mamę, apodyktycznego ojca, rodzeństwo, kota i psa, a tak trudno pojąć, że dostaliśmy tyle, ile najwyraźniej dane było nam dostać, że szczekanie teraz na własnych rodziców, którzy powołali nas do istnienia nie mając bladego pojęcia, jak nas wychować, jest nie fair. Bardzo nie fair. Widzę to coraz wyraźniej- kiedy z młodej, pyskatej dziewczyny bez zobowiązań, transformuję w przyszłą matkę i uświadamiam sobie, że pokazać palcem winnych jest zawsze bardzo łatwo, pielęgnować żale- bardzo wygodnie. Ale po co komu wiedza i świadomość, której nie można wykorzystać, żeby sobie … pomóc?

To bardzo nie fair i też się na tym łapię sama, wytykać błędy własnym, i nie tylko własnym, rodzicom, tym bardziej, że raczej nigdy nie mamy odwagi wyjaśnić sobie nawet najbardziej bolesnych kwestii wprost. I staję dziś w ich obronie nie tylko dlatego, że za moment sama mam zostać rodzicem i robię w portki ze strachu. Dlatego też, ale przede wszystkim…

Uważam, że jesteśmy dziecinni, wygodni i zadufani w sobie. Uważam, że marnujemy masę czasu na analizowanie cudzych błędów, nie mając do tego żadnego prawa – bo genezę ich wystąpienia znamy tylko z własnej, dziecięcej perspektywy, przytartej przez czas i tendencję do stawiania siebie na pozycji cierpiącego dziecka.

Nie jesteśmy już dziećmi. Czas już się nie wlecze jak wtedy. Nie mamy czasu na stanie w miejscu i ciągłe retrospekcje,  w których winy za nasze aktualne i przyszłe błędy oraz wady ponoszą inni. To bardzo łatwe, wbrew pozorom, być małą Radomską, małym Kowalskim który stoi i opowiada światu oraz sobie, czego to nie dostał i czego mu w życiu zabrakło i jakie spustoszenie zasiało w jego łebku.

Ale jeżeli mamy już odwagę, czelność i czas grzebać w przeszłości, za kogoś dokonywać rachunku sumienia, to spróbujmy jeszcze jednej rzeczy.

Łatwo być ciągle skrzywdzonym dzieciakiem. Ale dorosłość wymaga tego, aby tego dziecka z własnej głowy posadzić na przeciwko siebie, poznać i samemu, już z perspektywy dorosłego człowieka, dać mu wszystko to,czego wcześniej nie dostał. – tak ujęła to pewna cudowna psychoterapeutka z którą dane mi było szczerze porozmawiać- Małgorzata Liszyk-Kozłowska.

I zobaczyć, jakie to ciężkie – zaakceptować siebie, powiedzieć ciepłe słowo, wesprzeć, skutecznie zmotywować do działania i zmian, i -co mi tam-pojadę frazesem – mądrze kochać.

Uświadomienie sobie, jakie dziecinne jest trwanie w przeszłości, tym bardziej jeśli niczego nie zmienia- nie motywuje do podjęcia terapii, nie stymuluje pozytywnych zmian, szczególnie boli i dziwi w chwili kiedy sami zostajemy rodzicami. Oczywiście wielu z nas zarzeka się, że nigdy nimi nie będzie i nawet jeśli to wybór to nikt mi nie wmówi, że choć troszkę nie motywowany argumentem „bo nie chciałabym być takim rodzicem jak moi” – i pyk, widzisz człowieku, co było źle, ale nie jesteś w stanie mimo świadomości, której NIE MIELI TWOI RODZICE, niczego zmienić. Jakim prawem pielęgnujesz wciąż pretensje do nich?!

Załóżmy, że sztafeta pokoleń to taki piękny wynalazek Matki Natury, który sprawia, że krytykowanie własnych rodziców ma nam pomóc uwierzyć w to, że my będziemy lepsi. Ba, cóż za lukier, załóżmy, że taka Radomska przysięgnie sobie, że nie popełni tych wszystkich błędów, o które ma do kogoś żal. Czyli między słowami stwierdzi, że będzie lepsza. Jak się to skończy?

Nijak. Bo moje dziecko nigdy nie będzie miało mojej perspektywy, a jedynie i aż, swoją własną i to ona będzie dla niej źródłem wiedzy o mnie, o nas, o rzeczywistości. Bo nigdy nie stwierdzi „Mamo, jak fajnie, że tyle rozmawiałyśmy” – nie przyjdzie jej do głowy po prostu docenić to, co dla mnie było życiowym celem, a dla niej rutyną. Znajdzie za to mnóstwo powodów by pielęgnować inne żale. By za 25, 30 lat, planując (albo jak mama – nie planując ;D) założenie rodziny powiedzieć co? Dokładnie to samo – „Nie będę taka jak moja mama!”. Taka jest kolej rzeczy.

Dlatego zamiast dopierdalać ciągle własnym rodzicom, którzy zostali nimi w realiach zupełnie nam obcych, w czasach kiedy nikt nie mówił, że ma depresję, niestabilność emocjonalną, czy inne, od niedawna nazywane zaburzenia czy odchylenia od normy, która NIE ISTNIEJE, miejmy na tyle odwagi żeby samemu zmierzyć się ze swoimi słabościami i potraktować je jak część wyposażenia -jak ręce, nogi, talent czy zeza.

To ciągłe jeżdzenie po rodzicach drażni mnie także  w przestrzeni publicznej. Za każdy błąd popełniony przez dziecko naprawdę odpowiedzialność ponoszą rodzice? Bo bezczelnie byli w pracy, padli na ryje po cąłym dniu, nie mieli siły ani umiejętności porozmawiać o zagadnieniach, jak twierdzą mądrzejsi inni, fundamentalni?  Czy morderca ma prawo powiedzieć, że zabił, bo mama go niewystarczająco kochała i za rzadko tuliła?

Nie. Mamy prawo powiedzieć, że mieliśmy beznadziejne dzieciństwo, fajnie, jeśli mamy odwagę to zrobić, a nie memleć w sobie jak gumę, której nie da się ani połknąć ani wyrzucić. Ale dzieciństwo się kończy, a rola rodziców, choć ogromna, nie jest wszechmocna.

Można mieć kiepską mamę i beznadziejnego tatę, ale nawet oni nie usprawiedliwiają tego, że mamy kiepskie i beznadziejne dorosłe życie, bo skoro mamy świadomość win, to nie ma argumentu, który mógłby powstrzymać nas  w walce o nas samych. No chyba, że lubimy cierpieć. A raczej lubimy…

Nie wiem, czy to mój ciążowy mózg płata mi figle, czy media ostatnio mają jakąś manię przedstawiania wszystkich rodzinnych patologii, ale abstrahując już od tych jednoznacznie koszmarnych przykładów rodzicielskiego skurwysyństwa – jesteśmy kim jesteśmy przez i dzięki naszym rodzicom. I wbrew pozorom „dziękuje” należy im się o wiele bardziej i częściej niż się im wydaje.

Jeśli w końcu wydam własną książkę, to z pierwszym egzemplarzem lecę do własnego ojca. Podziękować. Za to, że nie miał czasu, że nie rozumiał, że rzadko rozmawiał. Że wolał, abym skupiła się na matmie, a nie pisaniu,bo to niczego dobrego nie przyniesie. Jego niechęć powołała do istnienia jedno z największych marzeń. Jego „po co ci to?” tak pobudziło do buntu i walki o swoją pasję, że nigdy nie przestałam i nie przestanę pisać. 

Czas dorosnąć, Kochani. Życie jest za krótkie, żeby winą za wszystko obarczać mamę, tatę, los i bozię, nie umieć dziękować, albo dziękować tylko i wyłącznie sobie.