Ile razy to słyszałeś? Że ktoś ma taki charakter, po prostu taki już jest, nie da się go zmienić, nie ma sensu walczyć? Może zachowywać się jak kretyn skończony, ale tak już ma i koniec. Nie ma sensu podejmować walki, nie da się przerwać waszej dziwnej relacji, nawet jeśli masz tysiąc  argumentów uzasadniających, że osoba X zachowuje się jak Dupek i że przede wszystkim odcięłaby ci nogi przy samej szyi, gdybyś potraktował ją jak ona Ciebie.

Problem polega na tym, że znajomości, które mają na nas tak drażniący wpływ, są… ważne. To nawet oczywiste, gdyby nie były ważne, nie wzbudzałyby emocji. Są ważne, bo wpływają na nasze życie, a my nie możemy, przynajmniej nie tu i teraz, z nich wybrnąć.

Mówi się, że wymagać trzeba przede wszystkim od siebie, bo dopiero po spełnieniu wszystkich, albo większości kryteriów ‚bycia fair’ mamy prawa czepiać się innych. Kiedy jest inaczej to wypadamy trochę tak uroczo, jak katoliccy księża, którzy molestują dzieci, a w niedzielę tych mieszkających bez ślubu określają plugawymi grzesznikami.

Zwykle mamy tendencje do usprawiedliwienia siebie – nawalamy przez katar, złamaną nogę, autobus i niekorzystny biorytm, ale dla odmiany inni zawodzą nas,bo są podstępnymi bestiami bez sumienia i skrupułów. Jest jednak jeden rodzaj relacji, która wymyka się tej regule.

Relacja z tymi „co tacy już są”.

Oni mogą zapomnieć oddać ci książkę, pieniądze, zapomnieć o spotkaniu. Mogą doprowadzić cię do szewskiej pasji swoim pieprzeniem, przekonaniem o niepodważalności własnych racji, ty możesz po rozmowie z nimi wyglądać jak ofiara Parkinsona i telepać się z emocji. Bo co?

Bo oni tacy już są!

Twoja matka nigdy nie będzie zadowolona, bo tak już ma. Ojciec nie doceni, bo jest już taki i kropka. Teściowa wytknie każdy błąd, a sąsiadka wyspowiada się ze wszystkich swoich dolegliwości, gdyż taką ma naturę. Nieważne, co zrobisz i co powiesz, doskonale wiesz, jak określone osoby to ocenią i co stwierdzą – są jak pieprzone słońca wokół których krążysz i próbujesz kupić trochę śmietany od Drogi Mlecznej żeby łagodzić skutki kontaktu i oparzenia.

I niby masz wokół siebie ludzi, którzy z palcem w d… nosie potwierdziliby to, co czujesz i co pragniesz usłyszeć, wiesz, że jesteś dorosły i nie potrzebujesz aprobaty całego świata, a tymczasem…

Jedna rozmowa z osobą, KTÓRA JUŻ TAKA JEST, i nagle radość blednie, strach ciemnieje, a ciśnienie krwi chce wypluć gałki oczne na chodnik. I znów się łapiesz na tych durnych rozważaniach, które są osią tego tekstu i mojego wkurwienia – dlaczego on/a wie lepiej jak jest i co czujesz?! dlaczego musisz liczyć się z jej/go zdaniem?! jakim prawem?!

Wystarczy jedno zdanie osoby, której nigdy nikt nie powiedział wprost, że nie powinna się odzywać. Potem resztę robi nasza głowa. Dorabia historię, legendę, interpretację, głębie i znaczenie. I tak, zamiast cieszyć się z awansu czy nowej kiecki, analizujesz, jak bardzo beznadziejnie zareagowała osoba, KTÓRA ZAWSZE ZAWODZI CIĘ SWOIMI REAKCJAMI.

I kiedy sama już ochłonę, zawsze zastanawiam się – kto kazał mi odbierać telefon? Kto podpowiedział, bym sama zadzwoniła do kogoś, kto potrafi wyprowadzić z równowagi jak ten sztuczny pogodynek z Dzień Dobry TVN, który tak bardzo nie wie, jaki jest zły, że aż mi go szkoda? Po co pozwalam na wydanie opinii komuś, kogo opinie tak mnie rzekomo bolą?

I ile w tym wszystkim mojej własnej winy, skoro znów sama proszę się o kopa?

Wniosek pluję mi jadem i sarkazmem w twarz i upaprał mi całe okulary.

To nie wina ludzi, że są jacy są, skoro o tym nie wiedzą. To nasza – skoro znamy schematy ich postępowania, a nadal łudzimy się, że tym razem pozytywnie nas zaskoczą. Sami pozwalamy im, dopuszczając do głosu, do pozbawiania się radości i podważania własnych opinii.

Życie czasami jest takie proste.

Nie dzwoń pochwalić się, że schudłaś, koleżance, która umrze z Kebabem w japie i wystającymi żebrami. Nie szukaj zrozumienia u ojca, dla któego empatia to tylko hasło w krzyżówce. Nie szukaj wsparcia po zrobieniu testu ciążowego u znajomej, której dzieci kojarzą się z nowotworem. 

Mamy wpływ na to, jak czujemy się z własnym życiem i własnymi decyzjami, nawet jeśli jesteśmy podatni na wpływi innych. Bo to MY dopuszczamy ich do głosu, my sankcjonujemy i traktujemy jako ważne nawet największe, głoszone przez nich brednie. 

Nikt nie jest w stanie ucieszyć i zasmucić się za nas. Ale wkurwić nas niejeden potrafi swobodnie i wybitnie. 

Wracając do tezy, relacje z tymi, którzy ciągle nas zawodzą i ‚tacy już są’ są ważne, BO MY IM  NA TO POZWALAMY, więc szkoda energii o walkę z nimi, kiedy brak jej w walce o nas samych.

 

Życzę Wam spokojniego tygodnia i umiejętności nieodebrania telefonu, albo powiedzenia „Wsadź sobie swoje zdanie w buty, będziesz wyższy”. 

Ściskam, w tym tygodniu nie będziemy się już mądrzyć, a kpić i szydzić. Coś o tym wiem, bo tekst się dopieszcza  :*