wiinda8mc

Jeszcze ‚wczoraj’ płakała, kiedy jej własne ręce próbowały przypadkiem wydłubać jej oko, a dziś dziarsko raczkuje, sama staje przy meblach, bije sobie brawo i szczerzy sześć zębów. Liczba umiejętności rośnie w zastraszającym tempie. Tak jak liczba siniaków.

Jej mała głowa jest jeszcze wolna od ograniczeń i obaw. Wolna od „ale”, „nie da się”, „nie wypada”. Jeszcze nie wie co to strach, zależność przyczynowo-skutkowa. Moja mała dziewczynka jest radosna i ufna. 

Nie wie, że nie wszyscy będą wyciągać do niej ręce i okażą życzliwość. Że świat bywa okrutny, a ludzie beznadziejni, że ja nie zawszę zdążę ją ochronić, albo przynajmniej ucałować kolejnego guza- przejęta i dumna jednocześnie.

Uwielbiam patrzeć na to, jaka jest odważna, obserwować jak to jest się nie bać i nie mieć w głowie żadnych ograniczeń. Zatrzymuję obrazy w głowie – jej skupioną minę nad dywanowym paprochem, zmarszczone brwi, kiedy kombinuje, jak dorwać się do szuflady. Klaśnięcia dłoni o płytki, kiedy zmierza do misek psa, żeby wziąć prysznic albo ukraść chrupkę. Nieustannie się zachwycam i uczę się zachwycać od niej. Podziwiam determinację.

Bo…

Nie wiem jak Ty, ale ja już nie pamiętam jak to jest się nie bać i nie zastanawiać nad konsekwencjami. Po prostu zaufać i otworzyć się na drugiego człowieka. Śmiać się do czkawki. Ubzdurać sobie coś i po prostu to zdobyć, mimo przeciwności, krzesła, taty i psa stojących na drodze. A ona znów mnie uczy. Ja pokazuje jej tylko, że nasza ściana to nie peron do Hogwartu kiedy nawala w nią głową, a ona… przypomina mi definicje słów zdziwienie, zachwyt, fascynacja.

Uwielbiam patrzeć, jak zachwycają ją najprostsze przedmioty, zabawki nudzą, fascynują zawieszone w oknie makarony. Z rozbawieniem patrzę, jak znęca się nad psem albo krzyczę bynajmniej radośnie, że Jezus Maria i o kurwa mać, kiedy znów próbuje zjeść kabel lub psią chrupkę.

Ja pomagam jej stawiać pierwsze kroki trzymając mocno za ręce, ona dodaje mi otuchy i pewności siebie, ruszając dziarsko w świat (no dobra, do korytarza) ośmielona faktem, że jestem i w razie czego może na mnie liczyć.

Świadomość tego, że wystarczam jej, mimo, że jestem taka niedoskonała, zmęczona, potargana, rozdarta, niekonsekwentna, niezdecydowana… Dodaje mi skrzydeł.

***

Ona jeszcze nie wie, że świat nie jest taki, jak chciałabym, żeby był, jaki będę dla niej stwarzać opowiadając bajki. Dziś patrzę na jej najszczersze uśmiechy i staram się wryć je sobie w głowę – próbuję słowem odtworzyć uniesione mikro kąciki, iskierki w oczach i radość, która promieniuje i zaraża. Na wypadek gdyby świat zawiódł ją na tyle, że mogłaby mnie tego widoku pozbawić. Na pocieszenie, kiedy jednak wystarczać jej przestanę, a ona dowie się, co to znaczy się wahać, bać, cierpieć.

 

Będę musiała być pierwszą, która wytłumaczy, że uśmiech często to tylko pozory. I pierwszą, która będzie dbała, by w ferworze poznawania świata nigdy nie zapomniała jak to jest się zachwycać i dziwić.

***

Patrzę się z radością, kiedy odkrywa na ścianie swój cień. Uśmiecha się, próbuje przybić piątkę, chwali się wszystkimi sylabami, aż w końcu traci równowagę i upada.

Jak najdłużej chciałabym delektować się darem bycia wystarczająco blisko,by mogła czuć się bezpiecznie i szczerzyć do przechodniów dziś pierwsze, a w przyszłości-wszystkie zęby. Także wtedy, kiedy już zupełnie nie będzie potrzebowała mojego zapewnienia, że jestem i nic złego się nie stało.

Chcę jej wpoić radość życia po to, żeby była silniejsza niż całe zło, którego jeszcze doświadczy. Dopóki mam taką moc i wystarczam.

Dopóki ona pokazuje mi, co radość życia oznacza.

Tylko, na litość boską, niech przestanie mi się tak spieszyć z tym dorastaniem! Niech  da mi się nacieszyć mocą leczenia z każdej rozpaczy i bycia zawsze na czas, najważniejszą i wystarczająco dobrą.