Chyba kiedyś przedstawiałam Wam swój stosunek do oglądania filmów – ot, zanim ktoś odetnie mi łeb z nienawiści i zagotuje się, nie mogąc zrozumieć jak można nie lubić oglądania filmów wielkim kinie tudzież jego kradzionych wersji na laptopie, dodam, że niektórzy lubią dżem, inni smalec, a ja po prostu wolę książki. Bo fabuła literacka to jedna z nielicznych rzeczy, jaką sama mogę sobie wyobrazić i pielęgnować, której jednocześnie nie spieprzy mi rzeczywistość.

Fanem kina nie jestem, ale jeśli chodzi o adaptacje filmowe powieści – odzywa się we mnie rasowy hejter (Hejter, bo pewnie moja nienawiść jest na wyrost, nieuzasadniona blebleble..) Być może podnoszą one stan czytelnictwa, być może kreują literaturę na coś trendy i fajnego, ale mi jest zwyczajnie smutno i dostaję dzikiego szału, kiedy jakiś amerykański patałach przekręca wszystkie wątki, zamienia ukochanego bohatera na Bradda Pitta i z adaptacji robi „luźną refleksję na temat”… A dziś chyba będę się musiała ugryźć w jęzor.

„Poradnik pozytywnego myślenia” zebrał w tym roku  Oscara i  Złoty Glob – i to tylko 2 najsłynniejsze, z całej serii prestiżowych nagród.  Film zbiera bardzo wysokie noty i komplementy (choćby na FilmWebie) , a ja zbieram szczękę z podłogi i chyba naprawdę przełamię się i pofatyguję się zobaczyć, co stworzono na podstawie książki, pod tym samym tytułem…

Pogadajmy o książce

Nie będzie to lektura, która zmieni Wasze życie i nastawienie do świata, nie dowiecie się z niej niczego nowego – ot, że w życiu tak już jest, że jak czegoś gorąco pragniemy i wydaję się nam, że nie możemy bez tego funkcjonować, to owe życie robi nam „NENENENE A ZOBACZ!” i udowadnia, jak świetnie konamy każdego dnia aż do śmierci i to bez tego, czego rzekomo potrzeba nam jak powietrza.
To nie jest najbardziej porywająca historia na świecie – główny bohater Pat, były nauczyciel historii, wychodzi ze szpitala psychiatrycznego, bo lekarze nie widza dla niego nadziei, a matka, jak to matka, broni go jak niepodległości i stwierdza, że weźmie na swoje barki opiekę nad nim- nie ma w tym nic niespodziewanego, bo matki lubią męczeństwo. Pat nie jest najbardziej inteligentnym mężczyzną, jakiego poznałam i o jakim czytałam w swoim życiu, także po którejś stronie przestałam od niego wymagać większej erudycji czy bogatszego języka – ot, to szalenie nieszczęśliwy koleś, który stracił kilka lat ze swojego życia kompletnie nie mając świadomości przyczyn takiego stanu rzeczy. Cierpiał na rodzaj depresji, psychozy, ominęło go wszystko, co ludzie nazywają szczęśliwym poukładanym życiem i ucieka w obsesję jaką są ćwiczenia , żeby jakoś się z własnym bagnem w głowie uporać. I zająć czymś w oczekiwaniu na powrót ukochanej (niekoniecznie świętej…) kobiety. Opis ćwiczeń są tak realistyczne, że prawie się spociłam, a mięśnie brzucha przy czytaniu bolały mnie tak, że ledwo sięgałam po kubek z herbatą.

Może troszkę o tym, co w tej książce mi się podoba ( bo o tym, co mnie rozczarowało mogłabym dłużej 🙂 ) – chyba czytałam parę książek o chorych psychicznie, ale częściej opisywały one stan umysłu odbiegający od normy, niż rozpaczliwe próby powrotu do normalności. Nigdy nie zastanawiałam się, jak psychicznie chory, poturbowany przez życie, własną głowę i leki koleś, może się czuć, kiedy nagle karze mu się „żyć normalnie” i robić to wszystko, co powinno go uszczęśliwić, a jednak nie uszczęśliwia. Postać ojca głównego bohatera, który po prostu urodził się Kutafonem i jako Kutafon zemrze (tzn. zmarłby, gdyby żył…) bardzo mi się podobała, bo sama nie wierzę w ludzkie przemiany i gdyby w którymś momencie owy bohater podszedł do swojego syna i go przytulił, po prostu zwymiotowałabym na książkę. A tak, przynajmniej historia jest nieco bardziej wiarygodna…

Nie będę zdradzać Wam fabuły książki, z resztą – to żadna filozofia znaleźć prawdziwą, obiektywną recenzję, tym bardziej, że widzowie, którzy oglądali film, piszczą z zachwytu na FIlmwebie. Ot, psychicznie chory i nierozumiany koleś poznaje psychicznie chorą i nierozumianą laskę i tak próbują ogarnąć swoją alternatywną jak i tą prawdziwą i brutalną rzeczywistość. Bardziej chodzi mi o moje własne zdanie, bo gdyby chodziło o cudze, to cytowałabym, albo pisała dla gazety, a nie u siebie, prawda?

A więc-  śmiem twierdzić, że scenarzystom naprawdę udało się przekuć tą historię w coś porywającego i naprawdę jak tylko będzie taka możliwość- sprawdzę to. Dla Was mam odwrotną propozycję.

Sprawdźcie książkę, bo ja mam mieszane uczucia i czuję się w nich osamotniona…

Bohaterowie są porąbani i to jest chyba w tej książce najfajniejsze, historia też całkiem ciekawa, bo nie kończy się tak żałośnie, jak mogłoby się wydawać ( no „Szósty Zmysł” to nie jest, ale…) To,czego szczerze nie mogłam znieść jednak, to sposób w jaki została napisana, ale może ja po prostu nie lubię jak wszystko jest opisane, pokazane i wyjaśnione, tak jak w amerykańskim serialu, gdzie bohaterowie wpadają na słup, rozmawiają o tym, a głos z offu potwierdza. Lubię być zmuszona do wejścia w historię i myślenia, do wyrobienia sobie opinii na temat bohaterów, do przeżywania tego,co czytam…

Nie przeżywałam, nie pokochałam, nie porwało mnie, ale … jest coś czego przemilczeć i ominąć nie mogę – ja naprawdę, zwyczajnie, po ludzku, odpoczęłam czytając. I choć wiele złego jestem w stanie powiedzieć o tej lekturze, to jednak, cholera jasna, to był popieprzony tydzień, a ja potrafiłam się zrelaksować, a było mi to bardzo potrzebne…
Poza tym sam autor udowodnił mi, że pisanie książek nie jest tak straszne i że w zasadzie każdy może to robić, co z jednej strony podniosło mnie na duchu, a  z drugiej jednak, przeraziło wielkością potencjalnej konkurencji na rynku wydawniczym 🙂

Miałam też taki moment wewnętrznych rozterek, kiedy tak wkurzał mnie ten główny bohater, który na siłę grzebał w przeszłości i gdybał o przyszłości sądząc, że wszystko co było i będzie jest lepsze od tego, co miał w danej chwili,a  czego nie umiał ogarnąć. Jednak, kurde, ucieczka w marzenia i wspomnienia jest domeną chyba wszystkich ludzi, albo (co dla mnie korzystniejsze i sympatyczniejsze) po prostu wszyscy jesteśmy chorzy psychicznie.

Wiem, że moja opinia może nie zmienia losu świata i biegu rzek i nie sprawiła, że popuściliście z wrażenia, ale interesuje mnie naprawdę Wasze zdanie.  Książkę czyta się błyskawicznie, a ja 4 osobom (bo 5. egzemplarz zmiętoliłam czytając i wstyd go komuś wręczyć…) mogę ją sprezentować. Niech Ci, którzy widzieli film przeczytają, a ja i ci którzy czytali,a  nie widzieli – pójdziemy do kina.

Wiem, że nie organizowałam tutaj, poza jednym przypadkiem, kiedy chciałam Was wysłać do kina na naprawdę fajny film, konkursów, więc potraktujmy to jako prawdziwy pierwszy raz.

Chciałabym, żebyście w komentarzu odpowiedzieli na pytanie (albo wysłali maila, jeśli to dla Was zbyt intymne, czy głupie, czy cholera wie, jak to sobie uzasadnicie, a ja to uszanuję) –

CZEGO WY PRAGNĘLIŚCIE W SOWIM ŻYCIU TAK OBSESYJNIE I PATOLOGICZNIE, CO ROBILIŚCIE, ŻEBY TO ZDOBYĆ I, NIEKONIECZNIE NAJWAŻNIEJSZE, CZY UDAŁO SIĘ WAM TO ZDOBYĆ?

4 osobom, które wybiorę wyślę osobiście, własnoręcznie i sama, miłosny list wraz z książką . I cóż Robale, niechaj ta książka będzie propozycją na długie zimowe wiosenne wieczory. Bo jest lekka jak… śnieg. ;]

 

oDPOWIEDZI PROSZĘ WYSYŁAĆ DO PÓŁNOCY NIEDZIELNEJ! WYNIKI KONKURSU W PONIEDZIAŁEK 25.03.2013 NA FANPAGE’U BLOGA NA FB: MAM WĄTPLIWOŚĆ. Z WYBRANYMI OSOBAMI SKONTAKTUJĘ SIĘ OSOBIŚCIE!

 

A kto się na książkę nie załapie, a jej pragnie, to może zdobyć tu:

http://otwarte.eu/books/poradnik-pozytywnego-myslenia/