Mam tak, że wydaje mi się, że pieczywo u ciebie w domu zawsze świeże i chrupiące, a moje wali spulchniaczami i nawet, jak świeże, to wiem przecież, że z mrożonek. Mam tak, że wydaje mi się że pomyliłam wagony, nie kumam języka tych Azjatow wokół siebie, którzy ciągle mi mówią, że nie pasuję, że czegoś nie umiem, że nie wolno. I tylko dlatego, że jest ich więcej o jakieś tam miliony. Oj mam tak.

Mam tak że mi głupio, że ambitnych marzeń notuję deficyty, a nawet jak nie, to sił na ich realizację owszem, głupio mi, że kiedy inni ciężko pracują na swoje niebo, mi wystarczy sen. Jak najwcześniej i do jak najpóźniej. Tak mam, właśnie. Tak mam że wydaje mi się czasem, że każdy waży mniej i nawet jak jest grubszy to wygląda lepiej. I że u niego wpływa to od razu ba jakość życia a u mnie ja to ciągle ja, co bym nie zmieniła. Masz tak? I jak już robię co mogę i ile mogę go ciągle mnie męczy, że inni robią i mogą więcej.  Albo mają i nie muszą.
Mam tak że nabieram się jeszcze na te historie – o porodach jak pierdnięcie, o domach czystych jak oddział intensywnej terapii, o dzieciach rumianych i ułożonych jak włosie w dywanie perskim na tych salonach, na które nikt nie zaprasza, a nawet gdyby – to gdzie tam ja. Mam tak, że miewam przekonanie, iż nie pasuję tam ani ja ani moje adidasy w kwiatki – ja nie wytrzymiem presji, one kolejnego prania.
Mam tak, że zapominam że jestem niebrzydka i niegłupia. I święcie wierzę, że wszyscy tak twierdzą. I bywa nawet, że mnie to boli choć wiem, że tak naprawdę mają mnie w dupie a jak im służę do podnoszenia nastroju to znaczy, że ja biorę lepsze leki. Mam też poczucie winy, że powinnam coś wielkiego w dużym świecie, a zajmują mnie pierdoły tu, pod nogami.

Mam tak że opisuje wam poetyckie i patetycznie chwile wzruszenia macierzyńskiego, a za dwa dni głupio mi przed samą sobą się przyznać, że gluty z piachem mam poprzyklejane do twarzy, nie wiem, czy swoje, czy jej  i nie wiem też, która z nas ryczała głośniej. Miewam chwile, że uważam te wszystkie teorie o wychowaniu, o zdrowym życiu, o niebiciu i biciu za gówno warte kocopoły wykryte na glinianych tabliczkach tylko po to, żeby walić się nimi w łeb. Bijesz  – nie bijesz, żresz czy nie wszyscy umrzemy, jestem zmęczona.

A przyznać się że gdybym miała czas, to bym pukała do drzwi wegan wegetarian i wszystkich tych ludzi którym wydaje się że są lepsi od innych i lepiej od nich wykorzystują swoje życie i na wyższą chmurkę z widokiem na żubry i ekologiczne uprawy zapracowują i pytała po kolei – ale że tak serio ci się chce? Albo kazałabym się zbierać ludzkości każdego dnia i przypomnieć sobie ze będziemy tęsknić za tym wszystkim, co przeklinamy i że nam się już wszystkim w dupach przewraca. ile byśmy nie potrzebowali, to chcemy  więcej lub inaczej. Bo jak nie męczy nas głód, kataklizmu, wojna, choroby i śmierć to się okładamy –  powietrzem  alergiami i wpływem ciśnienia krwi na nasze samopoczucie. jakby czasem naprawdę musiało coś pierdolnąć, żeby nas przywołać do porządku. Słyszałaś kiedy, żeby w powstaniu warszawskim ktoś narzekał że go łeb boli? Jak bolał to krótko, bo potem umierał…

Mam tak, że czytam i przeglądam, ile to godzin zajmuje światu dyskusja na temat szkodliwości mięsa, które sam sfabrykował, nabiału który sam wymyślił i roślin, które żyją na tej samej niszczonej planecie i ciśnie mi się na usta – a może by tak mniej się przejmować tym, co żreć, a bardziej jak żyć? Nie wiem, czy mnie rozumiesz, zawsze jest jakaś inna piękna idea, która też byłaby warta uwagi, a nie zapomnienia w cieniu tej, akurat wybranej przez tłum. Może jestem za głupia, ale narzekać na jakość żywności i szczycić się zmianami w diecie to… jak obciąć sobie samodzielnie rękę i popisywać się umiejętnością operowania kikutem?

Mam tak, że się przejmuję i zupełnie nie wiem, kiedy jest „za mało” a „za bardzo”. Ile to „wystarczająco” i czy to coś właściwie zmienia?
Mam tak. Rozważam alternatywne scenariusze. Przeprowadzam w głowie rozmowy, które nigdy nie miały miejsca. Doskonale wiem, co powiedziałabym nieżyjącemu dziadkowi. I tej miłości, która miała być na zawsze. I tej wywłoce, o której chciałabym nie pamiętać, a jednak ciągle mnie męczy.  Nikt jednak nie pyta. Mam tak, że głupio mi przejmować się tym, co nikogo już nie obchodzi, o czym każdy już zapomniał.
Mam tak że się boję tego jak mnie dziecko zapyta, kim chciałam zostać i dlaczego się nie udało. Gdzie po drodze na scenę teatrów, rynki wydawnicze, zgubiłam się i dotarłam tu gdzie jestem ciesząc że jest jak jest wypierając, że mogło być lepiej? Bo mam tak, że męczy mnie często, że mogłoby być jakieś lepiej, jakieś mniej, jakieś bardziej.

Czasem nie śpię, bo wyobrażam sobie dziwne rzeczy.
Czasem nie mogę spać bo mi przykro kiedy tak sobie uwalę że wszyscy są lepsi i szczęśliwsi albo gorzej, że zupełnie nie, bo to jeszcze oferuje to poczucie winy. Zdarza się że budzę się idiotyczne zmęczona tym co powinnam dzisiaj zrobić i wmawiać sobie, dlaczego tego, co naprawdę chcę nie dam dziś zrobić rady. Mam tak że nie chce się nikomu tłumaczyć i przypodobać, ot czuje się źle i zastanawiam się, czy też tak masz..?
Mam tak, że jak nie zaplanuję, co mam zrobić, to połowę zapomnę. A jak zaplanuję, to zbyt ambitnie i zanim wykonam ułamek już jestem zmęczona.
Mam tak, że obśmiewam, to wszystko, co kiedyś mnie bolało, a dziś uważam za durne. Te pomysły z dupy wzięte na czas wolny, jak lekcje oddychania, dosłownie. Te przepisy na kanapkę z masłem i szynką. Te panie ładne, co najpierw się wyszpachlują, powciągają, zrobią i wykreują, żeby przekonać siebie i innych, że są tak piękne spontanicznie. Żeby nie przyznać się, że darzą się wstrętem i nie potrafią na siebie patrzeć bez filtrów i wsparcia obcych rąk, które pokazywaniem kciuków w górę dają znak, że jest w porządku.

Mam tak, że zupełnie mi nie robi, czy jestem dla ciebie ładna, gruba, czy brzydka i jak ci z tym, że taka właśnie jestem, bo to nie zmienia tego, co czuję ja. A czuję różnie, sprzecznie i absurdalnie. I czasem zupełnie nie ogarniam.

Masz tak?

Jesteś – kropka, nawet jeśli nie zrozumiałeś/aś. Bo ja do końca chyba też nie. A siebie to już na pewno!