Jest we mnie dziś radość, której jak dotąd nie znałam. Uczucie o tak obcej mi naturze rozgościło się między niezliczonymi porcjami  krokiecików, barszczyków, sałateczek i ciasteczek i otuliło moje serce. Przetrwałam. Dwie wigilie, 6 świątecznych obiadów i 8 świątecznych kolacji.

Nikogo nie uraziłam asertywnym „nie, nie jestem już głodna” (bo nikt i tak nie słuchał…) ani „zapytaj mnie kurwa raz jeszcze czy smaczne albo czy jestem głodna, a zdejmę okulary,  żeby mnie uważali za niepoczytalną i kaleką,  i wbije ci widelec między oczy, choć tak strasznie Cię kocham„. Ogólnopolski Festiwal Walki z Anoreksją i Niedożywieniem uważam oficjalnie za zakończony, choć moja niedomykająca się lodówka wyniesiona na balkon,bo nie możemy już na nią patrzeć, twierdzi inaczej i pęka w szwach.

Błogosławione niech będą spodnie na gumkę, xenna w saszetkach i fakt, że PIERWSZY RAZ W ŻYCIU MUSZE IŚĆ PO ŚWIĘTACH DO PRACY i cała rodzina uważa, że mnie porąbało, bo strasznie się cieszę. Co by się tam nie działo, to szefowa przynajmniej nie będzie odsmażać już pierogów i nie zapyta czy nie jestem głodna.

Mikołaj przyniósł Radomskiej śliczne świecidełka i, jak mawia rodzicielka ma Elżunia, krajalnicę do włosów, sugerując dobitnie, że jasiek, mój nocny stylista nie ma wystarczających zdolności,bym mogła się publicznie po wstaniu z łóżka pokazywać. Stówka wpadła od Zbigniewa rodziciela – będzie na rapacholin, balsamy wyszczuplające, na szczęście na odnowienie karnetu na siłownie nie wystarczy, bo to by oznaczało, że mnie do reszty w te święta po…o.

Jeszcze dzień, dwa ewentualnie siedemnaście i wszystko wróci do normy. Poza wagą oczywiście, ale przekonać teściową, że już się nie jest głoddnym to jak zaprowadzić pokój na Bliskim Wschodzie.

Niekoniecznie też życzę sobie spełnienia wszystkich życzeń – zgodnie z nimi powinnam urodzić dziecko, a najlepiej 3, wyjść za mąż, schudnąć, napisać książkę i zarabiać dużo pieniędzy, a najlepiej jeszcze więcej,bo dużo to i tak za mało dla tylu dzieci i wybudowania tego domu z 6 sypialniami, który też się w życzeniach przewinął. Ludzie kochani, przecież ja jeszcze muszę mieć kiedy pisać bloga, być zdegustowana, leniwa, marudna i zniesmaczona…

Zaczęłabym może robić jakieś końcowo roczne podsumowania, ale długopis leży w dolnej szufladzie, a ja, jak bozię  kocham, nie jestem w stanie się schylić i  poważnie rozważam zgłoszenie się po rentę inwalidzką z tytułu przejedzenia i zakup butów na rzepy oraz leków na stawy, bo kolana takiej nadwagi już nie dźwgną lada moment.

Koniec Świata przetrwaliśmy jak zawsze, bezstresesowo, ale że ja, takiemu świątecznemu rozpierdzielowi dam radę, to jestem w szoku Drodzy Państwo.

A za Wasze zdrowie to tyle wypiłam, że możecie już śmiało do końca życia bez czapki chodzić i pić denaturat.

Za rok organizuję wycieczkę świąteczną do Dżalalabadu. Punktem najważniejszym będzie zaszycie się na tydzień w szałasach bez dostępu do jedzenia i wódy. I wody.

Szalenie Was pozdrawiam, znikam, bo zasapałam się wjeżdżając windą na 7 piętro i dodając ten wpis tak szalenie bezwartościowy.

__________________________________________

A WAM CO PRZYNIÓSŁ MIKOŁAJ? I ILE MACIE KILOGRAMÓW DO ZRZUCENIA? I KIEDY WIDZIMY SIĘ NA BASENIE? to znaczy ja Wam takiego mojego widoku w kostiumowym outifcier absolutnie nie życzę, no przecież sie lubimy. A wy się nie martwcie. Pływam bez okularów, nie będę widziała ani Was ani siebie. No ale będę czuła duchową obecność. I bąki, które będziecie puszczać do wody.

Ściskam. ale tak delikatnie, co byście ryby po grecku z tych czułości moich nie zwrócili.