Jedna z ostatnich akcji promowana przez media uderzyła w mój czuły punkt. Zakuło mnie między woreczkiem  żółciowym, a śledzioną i aby nie nabawić się wrzodów pomyślałam, że dam upust. Upust zdziwieniu. No make up challenge. Akcja społeczna  w której biorą udział wielkie marki, znane persony,celebrytki, jak i zupełnie zwyczajne kobiety, które same nakładają tapetę na twarz i zdejmują ją na chwilę, żeby pokazać (światu czy sobie?), że wcale jej mieć nie muszą.

Makijaż, ten o prawo do którego walczyły minione pokolenia, staje się dziś naszym przekleństwem. Nie malujesz się – nie istniejesz, a już na pewno nie jesteś atrakcyjna. I niby akcja ma na celu zanegować ten smutny nurt pędzący ku ideałom, których nie ma. Dziwnym trafem – owe naturalne zdjęcia niemal zawsze robione są na wprost światła, z odpowiednim wyrazem twarzy, niby przypadkiem przerzuconymi włosami i rączką fikuśnie dotykającą ust. No ale może ja się czepiam?

Jesteśmy przesiąknięci nierealną wizją kanonów urody. Siłą rzeczy – nasza głowa porównuje dany obraz do obrazu zakodowanego w głowie – gładkiej buzi, błysku w oczach, długich rzęs, wydatnych ust i podkreślonych policzków. Do „naturalnego” wyglądu za którym stoi kilka osób z ekipy, fotograf, dobre światło, sprytny filtr i grafik. Naturalnie ładna to według nas taka, której bez makijażu jak najbliżej do … dyskretnego makijażu, który wyrównuje koloryt, podkreśla kości policzkowe, rzęsy, czy kamufluje zaczerwienienia czy wory. Negujemy to, jak wyglądamy naprawdę, bo kochamy upiększać rzeczywistość.

Jeszcze kilka lat temu miałam niepohamowaną potrzebę oznaczania, jak barwną i indywidualną jednostką jestem. Podkład i róż dodawały mi pewności siebie i słusznie – bo jak się okazało któregoś razu, w lustrze i przy dziennym świetle, trzeba być odważnym, żeby paradować z makijażem pajaca. Niestety, to ciepłe, żółte światło w łazience kłamie nam w twarz i wszystko jest w porządku, dopóki tego nie weryfikujemy.
Ba, skończyłam nawet kurs, profesjonalny (po etapie klauna…), na którym uczono mnie, co zatuszować, jak podkreślić i czym zakryć, żeby wyglądać atrakcyjnie. Magia optyki – wizualne powiększanie oczu, ust, wyszczuplanie, wydłużanie, cuda wianki. Fajna robota, dopóki ktoś robi to komuś i sobie, żeby coś podkreślić, a nie zakryć, zaszpachlować i narysować od nowa zupełnie coś innego, ale to moje zdanie, jeśli ktoś lubi metamorfozy po bandzie i wiecznie uwalone podkładem ręczniki – jego piękna, wolna, wola! O ile to wybór,  a nie poczucie, że bez makijażu jest się nawet nie tyle mniej atrakcyjnym, co …. mniej wartościowym?

Moja japa na zdjęciach, wybranych zdjęciach, dobrze oświetlonych zdjęciach prezentuje się w porządku. Mocno ok w stosunku do tego, co widuję w lustrze rano. Jak większość Polek, mam raczej szarawą cerę, wory, a kiedy wychodzę nieumalowana ludzie się martwią, że jestem chora albo mam alergię. Mówię o tym zupełnie bez żalu, ba, nawet radość mojej siostry, kiedy widzi mój nagi ryj i może podekscytowana utwierdzić się w przekonaniu, że jestem jednak brzydsza niż ludzie myślą, mnie bawi  i cieszę się, że będąc po prostu sobą mogę sprawić jej radość. Na co dzień używam -tuszu, kremu BB albo rozświetlającego podkładu, ociupinę pudru sypkiego, (żeby przez pierwszy kwadrans cieszyć się ryjem bez odblasków) i różu. Poprawia mi to samopoczucie i sprawia, że wiem, że przynajmniej nie straszę. Złudne, ale potrzebne, każdej babie z kompleksami. Nawet jeśli po powrocie do domu widzi efekt porannych działań i wie… że można było od razu olać i dłużej pospać. Już nie mam potrzeby wstawać wcześniej, żeby przekonywać innych, że jestem fajniejsza niż jestem. Lubię kwiaty, ale nie znaczy to, że wytatuuje je sobie na czole, żeby ludzie wiedzieli. Być może dostrzegliby, ale nie patrzą. I wiecie co? Na Was też nie. I tylko Was same obchodzi to, ile i czego warstw macie na twarzy. I mnie czasem zastanawia, czy to oprócz kamuflowania, ma też moc uszczęśliwiania?

Naprawdę nie chcę już dyskutować, czy powinnyśmy się malować, czy rysowanie sobie brwi węglem i doklejanie rzęs jest jeszcze akceptowalne czy to już zabawa w transformersów, ile warstw pozwala nazwać twarz twarzą, a nie płótnem itp. To naprawdę nie jest moja sprawa i mam tylko nadzieje, że to,co mają na sobie, każdą z posiadaczek uszczęśliwia i satysfakcjonuje. Czego bym chciała? Przestać pierdolić ciągle o tym wyglądzie, jakby za nim serio szła mądrość, pieniądze, sukcesy życiowe,nagrody Nobla, książę, śnieżka i siedmiu krasnoludków do segregowania prania na jasne i popierdolone. Bo co jeśli jednak jesteśmy brzydkie? Jeśli ktoś tak stwierdzi? Co to zmienia? Dzień wstanie wcześniej, szef będzie milszy, ekspedientka w sklepie bardziej miła? Nadajemy ważność sami temu, co za ważne uznajemy. I to my pozwalamy innym na wpływanie, jak czujemy się ze sobą. A ja nie chcę.

Nie chcę mojej córce mówić: możesz się malować lub nie, tylko możesz: się malować, nie malować, mieć zeza, garba, świetny tyłek – pod warunkiem, że jesteś fajnym człowiekiem i pamiętasz co to znaczy. Bo fajność w przeciwieństwie do jędrności i gładkości nie ma terminu ważności i można ją rozwijać, a nie trzeba wymalowywać co rano, czy się szczycić, że być może dostrzegłaś coś fajnego bez fasady z kamuflażu… Nadal mnie boli, że większość kobiet na określenie bycia głupią, tępą nie zareaguje i zignoruje, a insynuacje o niebyciu ładną okupi przepłakaną nocą.

Przestańmy też szukać grup wsparcia w niewłaściwych miejscach –  akcje #nomakeupchallenge popierają gwiazdy i celebrytki, które żyją z kreowania „lepszych wersji” siebie i czasopisma, które… na każdej stronie szczują modelkami z fotoszopa, które mówią nam, jak trzeba wyglądać. Na stronie 6 przeczytasz, że modny jest kolor niebieski i musisz go mieć w swojej szafie, a na 11, że masz być oryginalna i podkreślać swoją indywidualność. Będą sprzedawać to, co kupisz i jeśli brakuje Ci poczucia własnej wartości, również znajdą myk, by mogła być Twoja, prawie za darmo. Jeśli przez przypadek sięgniesz po tytuł z 1994 to zorientujesz się, że byłabyś za gruba na ładną i nie umiała tak tapirować grzywki. A dziś brakuje ci do size plus, bo dupa płaska, a „nikt” nie lubi wieszaków. Uzmysłowienie sobie tego sprawia, że się uśmiecham (i uświadamiam sobie, że miałam taką grzywkę, kiedy szłam do komunii…). I naprawdę trudno będzie nam znaleźć przyjaciół, partnerów, na dobre i na złe, kiedy same dla siebie jesteśmy miłe wówczas, kiedy „jesteśmy wystarczająco zrobione”.

W dużym stopniu możemy wybrać to, kim i jacy chcemy być, moderować komunikaty na swój temat. Kiedy jednak mówimy to, co chcemy powiedzieć, a nie to, co chcą usłyszeć i czy serio aprobata tłumu jest nam niezbędna do szczęścia? Zamiast zwrócić uwagę na inne aspekty naszej atrakcyjności, pokazać, że atrakcyjność w większym wymiarze jako coś, czego się nie waży, nie mierzy i nie podkręca i prostuje, wracamy do punktu wyjścia. Rozprawiania czym jest uroda, co komu wolno, co komu pasuje i który z poglądów ma więcej zwolenników. Bycie atrakcyjną kobietą to  coś więcej niż makijaż, forma, prostowanie włosów i cała ta zasrana fasada.

A do wszystkich, którzy tyle czasu poświęcają na pielęgnacje stworzonej wizji siebie – nieważne, czy jesteś fit boginią czy ważysz 200 kg i przekonujesz, że jest ci z tym super – jeśli ty nie uwierzysz to wiara innych nic nie da, ba, zasadniczo nie jest ci potrzebna, bo nawet jeśli inni uwierzą, Ty ciągle będziesz… Mieć Wątpliwość.


 Czytał(-aś pewnie dziś same baby 😉 ) – zostaw kropkę w komentarzu, jeśli nie masz nic do dodania, zanegowania, przedyskutowania. YOŁ!