Tytuł brzmi trochę jak prolog do książki z wyznaniami transwestyty, ale nie mija się z prawdą, tak się czuję. Jakbym przekraczała granice gender i wyruszyła w podróż w nieznane. Niczym Mogli wyciągnięty za kudły z dżungli, którego ktoś posadził w restauracji Sowy, nagrywał każdy ruch i kazał ładnie jeść. Dziecko we mgle.

O swoim lekceważącym stosunku do aspektów estetycznych mojej egzystencji, pisałam niejednokrotnie. Na długo przed tym, nim ukazałam w sieci swe oblicze, które spotkało się z ogromnym rozczarowaniem wielu czytelników. Bo jak to – nie mam garba, wąsów i żalu do świata o brak użytecznego siusiaka w zanadrzu?! Wyglądam  zwyczajnie?! Kompletne rozczarowanie – wyglądam wszakże pospolicie,  a filtry na instagramie potrafią mi zrobić dobrze tak, jak … każdemu innemu. Zero sensacji.

Atrakcyjność nigdy nie była na szczycie hierarchii moich potrzeb. Zawsze powtarzałam sobie, że jestem zbyt wszechstronna, by koncentrować się na swoim wyglądzie. Tylko jakoś zupełnie mi to umknęło i wymknęło spod kontroli. Od października lista wymówek się wydłużyła – nikt mnie nie podrywa niekoniecznie dlatego, że jestem chujowa. Nieatrakcyjna zostało w moim umyśle wyparte przez „zamężna”. Kamień z serca, baba z wozu, koniom lżej, czy jakoś tak. Szala goryczy się jednak przelała. Lenka powiedziałaby ” mam dosić” , ja mówię „nie, nie, ja pierdolę”.

Mogłabym się szczycić, że mieszczę się w ubrania sprzed kilku lat, gdyby nie to, że są sprane, owersajz i z dużą domieszką lajkry. Mogłabym szpanować umiejętnością komponowania stroju z trzech bluzek na krzyż, które nie podkreślają co prawda blasku moich oczu, a jedynie to, która jest akurat, mniej więcej, wyprana. Sprzedać Wam fortel, który polega na noszeniu ściśniętych paskiem spodni, które mają sprawiać wrażenie niekontrolowanego schudnięcia, a które po prostu zawsze były za duże. Widziałam się jednak w lustrze. Nie wyglądam w nich chudo. Wyglądam normalnie, tylko dodatkowo, jakbym się jeszcze zesrała.

Problem bardzo długo nie istniał. Wszakże niemowlęciu naprawdę wszystko jedno, czy rzyga na stu procentową bawełnę, czy galową bluzkę z żabotem i haftowanymi aplikacjami w etniczne wzory kopulujących żab. Mąż jak mąż, hierarchia potrzeb zupełnie pojebana – dopóki karmię, piorę, bawię, a to, co noszę, bez większych oporów, zdejmuję, nie wnosi sprzeciwu. Poza tym, nie ma szlacheckiego tytułu ani rozdzielności majątkowej i na strojenie fochów nie bardzo sobie może chłopak pozwolić.

Jednak ja wyszłam do ludzi. Zasłanianie się dzieckiem przestało być aktualne. Ono ma 90 centymetrów, ja prawie dwa razy tyle, natomiast, jak się okazało, ani grama trzeźwej oceny rzeczywistości. Kiedy szef słysząc, jak wypowiadam zdanie, że po wypłacie muszę sobie kupić …… wtrącił bez namysłu – „buty” (gdy ja chciałam powiedzieć, że nowy chlebak…), a potem spotkałam kobietę na macierzyńskim, którą przytuliłam z litości wzrokiem, żeby usłyszeć głos z offu, że jednak mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, sztylet prawdy rozerwał znoszoną koszulkę z farfocelkami postałymi w wyniku nadmiernej i nadgorliwej eksploatacji i przebił moje serce. Nie, kurwa nie. Jeśli nie teraz, to nigdy. Jeżeli się nie ocknę, to za 20 lat, w tych samych spodniach z wyimaginowaną kupą, będę udawała, że wszystko jest dobrze. Próbując się zasłonić dzieckiem, ale ono, już pełnoletnie, raczej nie będzie się chciało do mnie przyznać.

Nosiłam się ze swoją smutną refleksją kilka dni. Było mi strasznie ciężko, ale pomyślałam, że mój organizm, jak co miesiąc, szykuje się na pierdolone safari i zbiera wodę. „PMS”- myślę, jak nic! Regularnie przecież wnoszę alarm, że muszę zmienić swoje życie, nauczyć się migowego, zostać pilotem i zrobić sałatkę. „Wezmę sukinsyna na przeczekanie”- myślę. Okres minął, potrzeba zmian -NIE.

Zmiana to takie strasznie duże słowo. Dobra dla samotnych kobiet po 40-stce, które po tym, jak straciły godność z pierwszym lepszym mulatem na all-inclisive w Egipcie, nie mają już nic do stracenia. A co mogę zmienić ja, skoro w procesie spektakularnych zmian muszę odbębnić etat, zająć się dzieckiem, umyć podłogę i odklepać zlecenia?

Mieszkanie? Ledwo zmieniłam i dziękuję bardzo. Kartony, kredyt i mycie podłóg wyleczyło mnie z takich głupich marzeń. Mąż? Bez przesady, za późno i za wcześnie jednocześnie, dopiero co wyszłam za mąż, trochę naobiecywałam i opinia publiczna mogłaby mi to złośliwie wywlec. Dziecko? Ahahaha. Nie byłam w stanie kontrolować, jak była w środku, teraz w odzyskaniu poczucia bycia autorytetem pomógłby tylko elektryczny pastuch. W czasie bezsensownego mycia lustra w sypialni, zrobiłam rachunek sumienia. Dobre i to, biorąc pod uwagę, że wchodzę tam tylko sprzątać i po ubrania, z asertywnością godną wegetarianki odmawiając skosztowania jędrnego posiłku w postaci mojego osobistego, wygłodniałego samca alfa. Wyczuł, że coś nie gra, po 3 dniach udawania, że wcale nie, mu się znudziło i zrobił to. Zaskoczył, jak wtedy pierścionkiem i zapłodnieniem. ZAPYTAŁ, co mi jest. I role się zamieniły. Teraz on chodzi i jęczy i stęka. I pyta. Konkretnie – po co mu to było?

Plan skonstruowałam ambitny. Narzędzi? Brak. Czasu? Brak. Sił? Coś tam się jeszcze tliło, ale po 15 hopsasa z Lenonem złożyło wymówienie i spieprzyło bez opłacenia czynszu i gorzkich rozczarowań.

To jest ten moment, w którym muszę się przyznać do dwóch rzeczy – po pierwsze, za dużo rzeczy zaczęłam mieć w dupie (może to one mi tak obciągają niestetycznie spodnie?) i za mało pieniędzy chcę przeznaczać na siebie. Poduszka do salonu? A i owszem! Smakołyki dla męża? Migusiem. Zabawka dla Lenki i szesnaście malowanek? No ba. Bluzkę dla siebie? I tu się zaczyna…

A do czego ja to założę? A po co mi to? A gdzie ja chodzę? O jezu, trzeba prasować. Jaka cena? Posrało ich. Ja wiem, że Anja Rubik nie dojada, ale nie będę jej dokładać na zupę poprzez kupno bluzki, którą reklamuje w kampanii. Liznęłam już trochę świata handlu. Wiem, ile wynosi zwyczajowo marża. Ta wiedza mnie wykańcza. Mientolę szmatkę, jakbym ją na sucho w rękach prała. A pomięta, wiadomo, nie dla mnie, bo trzeba by ją było prasować. Kólko się zamyka. Graniaste, cztery rogi ciasne, kółko nam się połamało, bo Radomską pojebało.

Nie zrozum mnie źle. Ja lubię kupować. Tyle, że dużo i tanio. Tu powinna się pojawić reklama supermarkjetu, ale nie, znam tańsze miejsca, tylko nie mam kiedy do nich chodzić. Do czego zmierzam?

Ocknęłam się przy biurku w pracy ze świadomością, że ciągnę etap, zlecenia, chodzę na rzęsach i wyglądam tak, że nie potrzebuję głośnych akcji charytatywnych, żeby ktoś chciał mnie przytulić i wysłać sms-a. Wracałam z natłokiem myśli w głowie. „Kup majonez”, „zrób pranie”, „zrób coś ze swoim życiem”, „ciekawe, czy są ziemniaki”, nie jestem już kobietą, jestem żoną i matką”. I oczom mym ukazuje się przybytek zwany kosmetyczką. Mówię – teraz albo nigdy, to jest ten moment, żeby rzucić wszystko i zacząć od nowa, zupełnie inne życie! Mam tę moc, mam wypłatę, chcę, mogę, TAAAAAK!!!!!

Pogawędziłyśmy z Panią na temat tego, co by mi się przydało i obydwie, bez słów, doszłyśmy do wniosku, że mnie nie stać. I że nie mogę się tak na dzień dobry, rzucić w głęboką wodę, bo się jeszcze zachłysnę i zrażę. Wzięła mnie na swój magiczny fotel, odczyniła parę czarów, powiedziała, że już jest lepiej, a ja głupia uwierzyłam. Okulary brudne, naiwność imponująca, to i BMI od razu okazało się korzystniejsze, bo ze dwadzieścia centymetrów w swoich oczach urosłam.

I idę do domu. Wyprostowana i dumna. Kobieca jak wkładka higieniczna. Odmieniona. Ekscytuję się na myśl o reakcji męża. Jaram jak podebrany matce z torebki pet. Podróż windą zdaje się okropnie dłużyć. Aż wreszcie pukam do moich drzwi, robię tą erotyczną minę – pomieszanie seksabilu kuny leśnej z osobą porażoną prądem i czekam, na uśmiech, na błysk w oku, na zatrzaśnięcie dziecka w szafie i namiętny seks bez zdejmowania skarpetek i kurtki.

A on patrzy się na mnie, patrzy i czuje (bo nie widzi przecież), że coś się zmieniło. I pyta tym swoim seksownym głosem: „Gdzie byłaś?”

I już mam kłamać coś, że nadgodziny, kolejka, tramwaj, karambol i zrządzenia losu, ale mówię NIE. Heteroseksualny, powinno mu zależeć, żeby mieć w domu chociaż ochłap kobiety. Jak bohaterka Seksu w wielkim mieście, którego, prawdę mówiąc, w życiu nie oglądałam, odpowiadam nonszalancko, że zainwestowałam w siebie, postanowiłam coś zmienić.

Czyli że wydałam 15 zł, wyregulowałam brwi, z henną, że wiecie, byłam u prawdziwej kosmetyczki.

On milknie. Nie dowierza, jak sądzę. Bada mnie wzrokiem, czy może na pewno tylko brwi zrobiłam, a może schudłam? Tak mi się wydaje. Czekam w napięciu. Na komplement, na podryw, na dziecko w szafie. Zabieram powietrza w piersi, obie, żeby przynajmniej wyglądały pod kurtką jędrnie i symetrycznie i słyszę…

„Nie mogłaś powiedzieć? Pies prawie zzieleniał, tak mu się srać chce”.

A drzewa pod blokiem szumiały mi zupełnie jak zwykle. Jutro idę do fryzjera i jak nic, podetnę końcówki. Kurtyna.

P.S. O krokach kolejnych wielkich małych przemian z pewnością nie omieszkam napomknąć jeszcze, kto znużony, niech ucieka.

_______________________________________

Ale wiecie, że możecie mnie wesprzeć i spełnić moje marzenie o tym, żeby mój tekst przeczytał sam Raczek, żebym miała realniejszą niż żadną szansę go poznać? Pięknie proszę. Bo potrzebuję takiego kopa do działania. I pisania, które ostatnio kuleje jak ja, kiedy uparłam się, że skoro buty są tanie, to mogą być o rozmiar mniejsze…

MÓJ INNY TEKST „ALEŻ SĄSIEDZIE”,  bierze udział w konkursie Twórca Roku, w kat. Tekst Roku. Możesz mi pomóc, głosując na niego:
SMS na 7124 o treści T11151socialImgbl

Całość z sms-ów idzie na cele charytatywne i… moją motywację.