Tytuł wpisu trąci kiczem, ale odkąd urodziłam i stałam się kolejną odsłoną rozmemłania i rozckliwienia, chwytają mnie za serce i mlecznego cyca takie hasełka. Odzywam się. Pierwszy raz od ‚godziny zero’, trochę bardziej obszernie niż poprzez kilka zdań wklepanych w smartfonie w czasie luksusowej wycieczki do WC, które cenię teraz jak cyganie złote zęby.

Wiesz co, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że może być tak ciężko. Nawet moja rozhulana pesymizmem głowa nie zagalopowała się tam, gdzie byłam przez ostatnie kilka dni. Myślałam, że świat się skończył na porodzie i tak mi było przykro przez pierwsze doby, że jednak nie.

Celowo odczekałam kilka dni, aby móc się odezwać. Po pierwsze sparaliżowało mnie to, że ludzie gratulują, kiedy ja atakiem paniki reaguję na podniesienie się do pozycji siedzącej. Pisali, wydzwaniali, ale ja zamiast sikać tęczą, broczyłam krwią.

Zakładając tego bloga chciałam, żeby był ciepły i dobry i pomógł rejestrować pozytywne chwile. Wbrew temu,co może Ci się wydawać, to będzie ciepły tekst, więc nie bój się, tym bardziej jeśli jesteś w ciąży. Nie chcę Cię straszyć. Chcę Ci opowiedzieć jaką Nadludzką Moc otrzymasz wydając na świat dziecko. Może nie od razu ją poczujesz, ale przyjdzie, o to się nie martw. I wtedy będziesz lewą ręką przenosić góry, a prawą doić się laktatorem.

Nie było fanfar i konfetti przed porodem. Myślałam, że znajomość terminu „miesiąc przed” jakoś mnie uspokoi, pozwoli się nastawić. Nastawiło tak, że prawie zemdlałam podpisując te wszystkie zgody i informacje dot. zgonów, efektów ubocznych znieczulenia. Miałam mroczki przed oczami i nie miały nic wspólnego z M jak miłość. Położna powtarzała, że każdą ciążę trzeba kiedyś skończyć, a ja tylko ledwo stojąc na nogach zastanawiałam się, czy dam radę uciec oknem. Potem był jakiś film – znieczulenie, dowcipy lekarzy nade mną, odruchy wymiotne, utraty przytomności, jakieś dziwne bóle w klatce peirsiowej, śmignęła mi przed oczami sina noga i psitka mojej córki, a kolejne trzy godziny leżałam sama w drgawkach, obok dziewczyny która najpierw rodziła naturalnie 8 godzin, a potem musiała mieć cesarkę i zastanawiałam się, dlaczego nie czuję się szczęśliwsza, że przechodzę przez połowę tego gówna co ona?

4 doby były piekłem. ale to mniej niż połowa z tego,co już minęło, odkąd jestem mamą. Zapominam. Zapominam, że myślałam, że umieramw piątek i byłam przerażona, a w sobotę rozczarowana, że jednak nie. Trzeba było wstać, więc wstałam, wyjąc, bo bohaterstwo to może na Westerplatte ale nie na oddziale położniczym. Chciałam uciekać, bo nie czułam nic. Nie było pokarmu, dziecko krzyczało, przystawiane na siłę wręcz w niebogłosy. I co? I już koniec zdzierania skóry z siebie tymi wspomnieniami i włażenia do słonego, pełnego syfu i siuśków Baltyku. Nie mogę dać się dołom, bo…

Drugiej nocy zostałyśmy sam na sam. Ona spała albo dziwiła udając, że patrząc widzi cokolwiek. A ja już wiedziałam, że jeśli umrę to tylko dla niej. Potem myślałam, że przez nią, ale… oj tam oj tam.

Nim zaszłam w ciążę mogłam robić co chciałam i kiedy chciałam, raczej nie doceniając. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że zawsze stawiałam na swoim, czegokolwiek bym nie wymyśliła. A teraz mnie ustawia mały, 3 i pół kilowy żandarm.

Nawał, rozcięty bęc, dziecko, które płacze, butelki, sterylizacja. Amok obowiązków i wyzwań taki, że… nie zauważyłam, że 5 dni po cięciu schylam się po smoczek od butelki, mogę się umyć, nie boli. Powtarzałam, że jak przestanie boleć, to dam radę. Nie mam wyjścia zatem, nie?

Nie potrafię chyba opisać tego,co dzieje się we mnie teraz – 12 dni po porodzie. Skupiając się na pozytywach – walczę o karmienie piersią i chodzę z cyckami na wierzchu jak jakiś zasrany Rejtan i wzruszam się, kiedy Lenonek załapuje, kiedy przestaje wrzeszczeć. Rosnę i pękam z dumy, bo uspokaja ją mój głos i obecność. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy kiedy trzymam ją na sobie i drzemiemy razem po kolejnej ciężkiej przeprawie.

Chyba wątpili we mnie, i tak nie bardziej niż ja sama. Ale oszalałam na jej punkcie. Bałam się, że będzie mi brakowało „siebie”, a teraz cieszę się, że potrafię sprawnie wziąć prysznic, zjeść,przygotować butle, że jeszcze mam siłę żartować.

To będzie tekst bez podsumowania – nie posunę się na tyle daleko żeby sadzić tu jakieś wielkie, krągłe zdania, za wcześnie, za dużo może się zmienić. Nie mogę uwierzyć ile zmienia się w mojej głowie z każdym dniem, nawet kiedy miewam już takie kwadranse, że chciałabym uciec. Kiedyś marzyłam o pisaniu, o samorealizacji, a teraz? Dziękuję losowi za zdrowe dziecko, doceniam każde jej pierdnięcie i zabiję za nią własnymi stopami, bo ręce mam zajęte dojeniem i tuleniem.

Kocham, kocham, kocham tak bardzo, jakbym nigdy nikogo nie kochała. Ta miłość jest aż bolesna, bo wiem, że od 12 dni i już na zawsze moje szczęście będzie zależało od niej, bo nie usnę jeśli będzie się jej działa krzywda. Bo wiem, że nigdy nie pojmie jak rozwaliła mi dotychczasowy system i jaką cenę płacę za tą miłość. A jestem w stanie już każdą i dziękuję losowi, że hormony zadziałały u mnie w miarę sprawnie, bo ta miłość mnie napędza, nakręca, napełnia.

Mam teraz gonitwę myśli, jest tyle rzeczy o których chciałabym napisać, mimo, że minęło tak mało czasu. Chłonę każdą godzinę, uczę się mojej córki i beczę ze wzruszenia kiedy zasypia mi na klatce piersiowej choć wyła wcześniej jak strażacka syrena.

Muszę rozegrać jeszcze sporo bitew związanych z karmieniem -gdyby nie ono swobodnie mogłabym pisać, ale teraz 2 godziny z 3 godzinnych przerw między karmieniami krążą wokół dostawiania do piersi, ryku, uspokajania, chwili karmienia, dokarmiania, usypiania, dokarmiania, wyparzania butelek i szykowania porcji na kolejne starcie… Mimo to są dwie myśli, które nieustannie chodzą mi po głowie nawet kiedy ja nie mam siły leżeć:

1.Zawsze mi się wydawało, że dzieci są nie dla mnie, ale jak już ktoś je ma, to nic wielkiego -ot ma inne wyzwania, problemy, rozterki, powody do radości i nie wolno mi tego wartościować, porównywać. A załącza mi się jakiś żałosny konserwatyzm wynikający chyba z tego, że byłam po tamtej stronie- po której problemy krążyły wokół MOICH spraw. Od 12 dni mam ochotę postawić pomnik każdej matce. Analizuję jak czuła się moja własna w wielu sytuacjach z przeszłości, dokonuję rachunku sumienia gdzieś między sterylizacją a odciąganiem lewego cycka. Całuję ją po stopach i nie mogę uwierzyć, że jest moja. I uważam, że macierzyństwo to coś absolutnie niesamowitego- niesamowicie trudnego też i że należy się temu naprawdę większy szacunek. Jakkolwiek by śmiesznie to nie brzmiało po 12 dniach , jestem szczęśliwa, że pierwsze schody za mną, mam nadzieję, że następne pokonam z zakwasami, ale bez dramatów.

2.Bez Niego nie dałabym rady. Bałam się. Nie byliśmy przygotowani na rodzicielstwo. Ale nikt nie jest chyba, nie da się, to pocieszające. Bałam się, że mała zweryfikuje nasz związek, że będzie pochłaniała tyle czasu, że zaczniemy się oddalać.
Mam Skarb w domu. Zapatrzony w swoją córkę jak w obraz, całujący każdy cm jej ciała, który wychodzi odpocząć do drugiego pokoju,a  w tym czasie przegląda zdjęcia naszej córeczki. Pomaga i wspiera, robi wszystko w domu i wokół Lenonka, a ja aż boję się powiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwa, bo mam prawdziwą rodzinę. Bo dbamy o siebie, żeby być kimś dużo więcej niż rodzicami.

Jeśli przeżyję, to wychodzę za mąż.

Trzymajcie za nas kciuki, ok? Potrzebujemy.

I postaram się za często tak nie rozmemływać jak teraz, bo się kurwa mać zaczęłam malować, a tu jest pole bitwy u taktyczna wojna podjazdowa- nie ma czasu na poprawki na japie!