Zapewne znasz to powiedzenie, że wystarczy na głos wypowiedzieć swoje plany, ażeby los mógł jeszcze głośniej z nich zadrwić. Gdybyś zapytał mnie, powiedzmy rok temu, czego chcę, z błyszczącymi jak laczki biznesmenów z Warszawy oczętami, odpowiedziałabym, że świętego spokoju, własnej kawalerki i wygodnego fotela do pisania. Nie pierdnęłabym, nie przebąknęła ani słowa o domku,mężu tupocie małych nóżek i białej sukience, gardząc każdym „na zawsze” i „tylko z Tobą” jak wątróbką na szkolnej stołówce…

Bo w moim życiu miało być co najmniej kilka takich ‚na zawsze’, bo zawsze z jakiś względów ‚na zawsze’ zamieniało się ‚ja sobie zawsze sama poradzę’. I to w większości przypadków o końcu decydowałam niestety ja, bo nigdy nie trafiłam na takiego, który potrafił i rozśmieszyć i wycierać gile i pozwalał mi ogarniać wszystko samodzielnie i stał, gotowy do pomocy, kiedy ogarniać przestawałam. Koniec ery chuliganów i głupoli dla których najważniejsza będzie impreza, skomplikowanych intelektualistów, którzy nie mieli czasu ganiać się na obrotowych krzesłach w markecie, bo byli tak pochłonięci bogactwem swoich przeżyć wewnętrznych, koniec chłopców, którym trzeba matkować i mężczyzn nadgorliwych bardziej, niż matki. Szukałam długo, twierdząc, że nie szukałam wcale, sparzyłam się nie raz i nie raz poczułam jak to jest mieć skopaną dupę i chcąc nie chcąc, kopiąc cudze. Pass!

Kilka miesięcy temu umówiliśmy się na zwyczajny spacer. Wychowaliśmy się kilka bloków od siebie- ja, młodsza siostra jego koleżanki, on – osiedlowy chuligan, który wychodził wyrzucić śmieci, wracał po 3 dniach, malował przystanki i raczył się Amareną z kolegami. Jakieś pi razy drzwi – 10 lat dzieliło nas oboje od opuszczenia Niewiadowa. Mieszkaliśmy w różnych krajach i miastach, mieliśmy różnych partnerów i spory bagaż za ciężkich doświadczeń na plerach. Dlaczego piszę o tym tutaj? Bo nasze drogi skrzyżowały się przez bloga. Któregoś dnia On pogratulował mi sukcesów i radził, żebym była twarda, bo kiedyś sam miał być wybitnym hip-hopowcem, ale los tak chciał, że skończył historię, spłaca  kredyt i w nic nie wierzy.

Umówiliśmy się na spacer. Przegadaliśmy kilkanaście godzin bez przerwy. Miesiąc później zamieszkaliśmy razem. Decyzję przyśpieszyła moja nieistniejąca kariera zawodowa i brak funduszy na własne M, ale ja przecież wiem, że nie ma przypadków. Nigdy i żadnych. Dwa miesiące po spacerze mieliśmy już psa i coraz więcej nadziei i planów. A kto przeżył już niejedno „na zawsze” i „bez ciebie umrę” ten wie, jak ciężko uwierzyć nawet w jutro, kiedy się okazuje, że niestety, się nie zdechło z bólu i trzeba rano wstać.

Nie będę się rozpisywać o tych kilku miesiącach. Ot, ścieramy, docieramy się i prawie zapomnieliśmy, jak wyglądało nasze życie przedtem. Czasami zdarzy nam się palnąć, że mogliśmy się wyhaczyć X lat temu w rodzinnej miejscowości, no ale wtedy wiążące decyzje zostały by zawieszone przez wyrok dla Niemęża za pedofilię 🙂

Chciałam tylko uspokoić krytyków i histeryków – ta, trochę nie wiemy w co się pakujemy, ale to brzmi podniecająco 🙂

Bo…

W czwartek Niemąż postanowił wywieźć mnie nad morze. Z racji tego, że ostatnie dni były dla nas trudne, zgodziłam się z dwóch powodów. Chciałam, żeby pozwolił mi już iść spać. Poza tym, gdybyśmy jednak mieli się pomordować nawzajem, zawsze lepiej to zrobić na obcym gruncie,żeby własnej pościeli krwią nie zachlapać, nie?

W sobotę z samego rana ruszyliśmy zobaczyć, zasypaną śniegem niczym kokainą plażę. i tak sobie po drodze, wycierając przymarzające do jap gile, na mrozie żartowaliśmy…

R: Kurwa, olejek został w pokoju, Słońce nas sparzy!
Niemąż: Spoko, zjemy lody z automatu i wracamy do pokoju..

(i uwaga, bo to autentyk najautentyczniejszy!)

R: a kupisz mi pierścionek na straganie?
Niemąż: A z jakim oczkiem byś chciała? Zielonym, niebieskim..?
R: Najbardziej w świecie to chyba z czerwonym!

I poszliśmy. I stoję sobie nad brzegiem morza, dumam, gile już nie wycieram, a odklejam od japy razem z naskórkiem, gdy wtem za plecami glos łamiący się Niemęża słyszę. Odwracam się, a ten buch na kolana, pudełko wyjmuje przede mną, otwiera i wysuwa w moją stronę pierścionek… Z oczkiem czerwonym…
Zapytał o jakieś wychodzenie gdzieś za niego, ale prawdę mówiac nie słyszałam, bo kminiłam- skądże on wziął stragan z pierścionkami w lutym otwarty i kiedy się wyrwał spod uprzęży mego sokolego wzroku za szkłami pancernymi skrytego?!

Chwilę później dotarło. Że ten oto człowiek, który wyżyma mi inicjały z ogórka, lata po mieście szukając wisiorka z ważką, ten, który trzymał mnie za rękę, kiedy dzielnie się dziarałam i tak jak ja, panicznie boi się pójścia do dentysty, ten sam, który jest zazdrosny o każdego, komu poświęcam uwagę, ten sam, który nigdy nie wylewa fusów z kubków mimo, że proszę – chce być moim mężem…

Jasne, że się zgodziłam, choć nie bez strachu. Bo jeszcze wiele przed nami i między nami. Bo jeszcze tak wiele chciałabym sama. I zanim ktokolwiek zacznie mi dawać dobre, życiowe rady, a ja je oleję, oświadczam, że…

Że przyjęłam oświadczyny. Że chcę być jego żoną. Że nadal chce pisać. Że biorę się za książkę. I za odchudzanie. I że jestem bardzo szczęśliwa.

Ktoś może nas zapytać, po co nam ta szopka, pierścionki, obrączki, bolączki. Przecież dzisiaj wszyscy żyją w wolnych związkach, a jak nie, to i tak się rozwodzą.
Nie mogę zapewnić, że nam się uda. Tyle, że nas taka decyzja bardzo mocno zobowiązuje. Zaręczając się jak szczeniaki na plaży, właśnie obiecaliśmy sobie, że zrobimy wszystko, żebyśmy to MY byli najważniejsi i żebyśmy dali radę.

Bo kiedy spotka się Kobieta po przejściach i Mężczyzna z przeszłością, kiedy budzili się już nie raz obok kogoś, nie raz mówili komuś kocham, to mają ogromną potrzebę odciąć się od przeszłości i mieć coś, czego nigdy z nikim wcześniej nie dzielili.

Jestem Radomska. Wczoraj przyjęłam oświadczyny najlepszego człowieka, jakiego w życiu spotkałam.


 

I nie, to nie będzie teraz blog o przedweselnej sraczce 🙂 W szkicach czeka już tekst o pracownikach Poczty Polskiej, także spokojnie!

_______________________________________

FB: Mam Wątpliwość