Płeć mojej córki od początku była dla nas tematem wtórnym i niejednoznacznym, a ja do dziś wierzę, że w przyszłości nie zostanie jakimś nudną prawniczką, lekarką, czy tam pożal się Boziu, blogerką, a np. najfajniejszym, wojowniczym żółwiem ninja. Niemniej jednak na wszelkie nowe etapy rozpoczynające się w naszym wspólnym życiu jestem zawsze otwarta. I nigdy przygotowana.

Na liście „przygód, które musisz przeżyć ze swoim dzieckiem” odhaczamy właśnie jaranie się księżniczkowym różem. I piszę o tym bez cienia ironii – nie mam nic przeciwko lataniu w tiulowej, różowej kiecce, z przyjemnością nosiłabym koronę i wierzyła w księcia, ale Lena nie lubi się dzielić nawet diademem i nie wiem, co na obecność innego mężczyzny w naszym domu to mąż.

Lenka kocha się w strażaku Samie i ekscytuje przygodami  Pata – listonosza, który ma tak fascynujące życie, że na jego miejscu rozważałabym samobójstwo. (Pewności nie mam, ale na pewno posikuje majtki, kiedy wiąże sznurowadła i ręce mu drżą z podekscytowania). Niemniej jednak róż wdziera się do naszego domu pod postacią śpiewającego konia, mniejszego konia, który rży i raptem 148 innych atrybutów. A wraz z nim: miłość do księżniczek, z naciskiem, dla serca matki jakże bolesnym, na jedną. Kopciuszka.

Wszystko przez poniewierającą się po domu książkę. Wystarczyły ze dwa wieczory w blasku tej jakże pouczającej lektury, by Lenon opanowała, pełne przejęcia,  snucie historii o dziewczynce bez mamy, złej macosze, pomocnych myszach , dobrej wróżce, buciku, balu i księciu.  I tu pękłam, jak 15 lat temu w każdą niedzielę o 16, kiedy linia melodyczna „Na dobre i na złe” zwiastowała dla mnie koniec weekendu i powrót do szkoły. Tym razem jednak nie ograniczyłam się do zagryzania zębów i wiadereczka łez. Wtargnęłam z tą swoją obrzydliwą dorosłością w świat wyobraźni mojego dziecka. Musiałam. Uznaję to za interwencję w obronie potencjalnie utraconej godności. Naszej wspólnej, bo nie mogłabym się spokojnie świadoma tego, że ona wypatrując cudów i spełnienia marzeń zza siedmiu gór i mórz, wyrżnie na prostej drodze, bo nie będzie patrzeć pod nogi. Bo, o zgrozo, moje dziecię…

….ściałoby być Kopciuskiem.

Nie i po moim trupie. I to NIE o wiele bardziej stanowcze niż kiedy przed obiadem otwiera kinder jajo i próbuje sięgać coś z biurka stając na koniu na biegunach, a wówczas jest mocne i budzi respekt. Przynajmniej psa.
Możesz córko być królową, lekarzem, szambonurkiem, naprawdę kimkolwiek zechcesz, ale nie cielęciem o blond włosach i wąziutkiej talii, która zapewne staje zimną w progu domu z gołą dupą, bo lubi jak ją boli i jest jej smutno. Obrzydzam postać Kopciuszka z zaangażowaniem godnym expose premiera, bo…

  1. Ładne nie oznacza dobre.
    A ten prostacki podział doprowadza mnie do furii w każdej wersji. Kopciuszek jest śliczna i dobra, jej siostry brzydkie i złe. No NIE. Nie powiem, że to te podłe mendy wiedzą w życiu częściej jak się ogarnąć i zmanipulować widzem, by uwierzył, że są piękne, bo to zakrawałoby odrobiną zazdrości i zgorzknienia. Ale będę powtarzać, że to nie ma znaczenia, jak wyglądasz, dopóki samej ze sobą Ci dobrze, bo jak Ci dobrze to olej macochę, durne siostry i resztę gawiedzi, a jak nie jest Ci dobrze, to żaden książę, żadna wróżka i żadna różdżka tego nie zmienią, tylko TY SAMA. I nie ma podziału na białe i czarne. Założę się, że Kopciuszek czasem nie myła zębów i chodziła bez czapki. Szalona i spontaniczna jak kożuch na mleku.
  2. Masz moc sprawczą.
    W życiu dzieje się mnóstwo nieprzewidzianych rzeczy i choć na to nie mamy wpływu to mamy go na to, jak sobie z nimi poradzimy. Kumasz? Utrata rodziców to ogromna tragedia i nie będę dyskutować, że jest inaczej, ale come on, dać się sprowadzić do roli służącej, oddać swój dom, pokornie znosić wszelkie upokorzenia i czekać na zbawienie? Toż to nie jest bycie sięznicką , a idiotką. I z tym czekaniem to też nie ma co przesadzać w temacie realizacji przedsięwzięć. Nawet najpiękniejszemu Kopciuszkowi zaczną zanikać kiedyś włókna kolagenowe i jakiś książę, czy inny obłąkaniec, może przeoczyć urodę jej lica i to, jak świetnie dopiera skarpetki. Bajka nie będzie miała happy endu!
  3. Nie musisz udawać, jeśli chcesz być szczęśliwa.
    Kopciuszek czuła się swobodnie dopóki miała wyszczuplającą sukienkę, pełną tapetę, wsparcie magii i własną karocę. Wtedy, to każdy głupek by potrafił rżnąć kozaka,  córeczko. Jakby miała jaja, ten sznyt, który mógłby sprawić, że można by ją lubić, to po 24:00 stanęłaby na przeciwko księcia w naturalnej odsłonie i rzekła: Handluj z tym chłopcze, albo lecisz za błyskotkami albo jarasz się, że stoi przed Tobą prawdziwy diament! A wtedy chór gospel wyłania się znikąd by zakrzyknąć radosne Allelujah i Amen. Ok, poniosło mnie.
  4. Księcia nie ma.
    To być może niehumanitarne mówić to trzylatce, ale trudno, zostawię jej na razie Świętego Mikołaja,  księciuniów wyplenię jednak póki jest młoda i nie zinternalizowała wzorców życia dla dziewczynki w wersji Walta Disneya.
    Nie ma książąt, nie ma pięknych chłopców, którzy spełniają wszystkie nasze oczekiwania, są dobrzy, ale męscy, dziarscy, ale kulturalni, skromni, ale przebojowi, a dodatkowo chce im się czekać i szukać. No nie. Życie to nie koncert życzeń. To, że Kopciuszek liczyła na to, że jest inaczej to obok wrobienia się w segregację ziaren, jeden z większych idiotyzmów w jej życiu.
    Jest tylko ten (albo kilku, bo matkę masz naprawdę wyluzowaną, tylko nie mów tacie) z którymi decydujesz się podzielić – nie od razu całym życiem, bo higiena mózgu wymaga, by jednak nie dać się całkowicie odrzeć z prywatności, ale: pasją, łóżkiem, mieszkaniem, celami, wspomnieniami.
  5. Żaden facet nie jest wart noszenia dla niego niewygodnych, za dużych, szklanych butów.
    Maleńka to rujnuje stopy, nogi, kręgosłup, a co jeśli się okaże, że to jednak nie miał być TEN WŁAŚNIE BAL i ten jedyny? Szkoda zdrowia, naprawdę. Ty się dziewczyno szanuj, bo nikt tego za Ciebie nie zrobi!!!
  6. Nie ma potem.
    Zycie to nie film rysunkowy ani bajka, a nawet tam nikt nie ma odwagi pokazać, co dzieje się z bohaterami dalej. Jest tu i teraz.
    Nie żebyś miała zignorować ewentualne konsekwencje, bo mamie się zdarzyło i  w świetle prawa muszę je utrzymywać dopóki nie przestaną się uczyći czytać im cholernego Kopciuszka, ale człowiek uczy się całe życie. Generalnie może nie tyle żyj chwilą, co nie odkładaj swojego szczęścia na później. Moment, aby było Ci ze sobą, Twoim życiem, partnerem i wyborami oraz sobą samą dobrze jest teraz. Nie „kiedy przyjdzie wiosna”, „Zrobisz doktorat”, „on zaprosi Cię na spacer”.
  7. Małżeństwo to nie jest szczyt aspiracji, marzeń i celów życiowych.
    Nie uświęca Cię, nie dopełnia, ani nie czyni społecznie ważniejszą lub mniej ważną, NAPRAWDĘ.
    Nie ma czegoś takiego, jak żyli długo i szczęśliwie, bo partnera chce się zabić jak mamusia tatutusia, trzy razy w tygodniu. I jeżeli nie jest się szczęśliwym przed ślubem, to po nie zadzieje się żadna magia, niestety. Biała sukienka i dobry makijaż rzeczywiście na jeden dzień potrafią zrobić z paszkwila księżniczkę, ale ten czar szybko pryska i nie warto liczyć, że będzie inaczej, bo nie jesteśmy Kim Kardashian, żeby nas było stać na te wszystkie zabiegi i nakładanie gipsu, szpachli i szlifowanie ryja frezarką przed pokazaniem się sobie samej w lustrze.
    Abstrahując już od wagi łączącego parę uczucia, można przyjąć, że małżeństwo to pewien rodzaj umowy społecznej między 2 dorosłymi jednostkami z taką różnicą, że liczy się nie tylko nasza własna korzyść, a i korzyść drugiej strony. Ba, bywa, że tej drugiej jest ważniejsza. I tak obie strony robią coś dla siebie, bo to dla nich ważne, żeby ta druga była szczęśliwa.
    Nie wystarczy sukienusia, pałacyk, kilka deklaracji i zamknięcie książki. Prawdziwa praca zaczyna się właśnie po pewnym czasie, po ślubie, po opadnięciu brokatu pierwszych kilku lat razem. I to jest orka, której owoce zachwycają i dają poczucie spełnienia i bezpieczeństwa. O ile się dotrwa do ich rozkwitu i nie odda swoich wspólnych planów za bezcen, tylko dlatego, że wymagają pracy. To, Kochanie, jak z myciem zębów. Generalnie średnia frajda, ale jak masz ekstra szczoteczkę i z kim pośpiewać przy szorowaniu, bywa miło. No wyobrażasz sobie sama myć zęby? Bo ja już nie pamiętam jak to było.
  8. Masz prawo zmienić zdanie.
    Nawet jeśli złamiesz mi serce. I tacie pęknie żyłka w oko. A sąsiadki będą łapać się za głowę. Masz prawo się wycofać, pomylić, zmienić zdanie, żałować i wycofać się.
    Nic nie jest na zawsze i to powinno obligować nas do zapieprzania. Bo jak człowiek zapieprza, to docenia, a jak docenia, to nie chce stracić. A jak jednak chce stracić to znaczy, że zrobił już, co w swojej mocy i lepiej będzie odpuścić.
    Pomiędzy „na zawsze aż po grób” i „póki jest fajnie” istnieje co najmniej kilka innych opcji, by nie stać się ofiarą złych decyzji i pochopnych deklaracji. Mama Ci to mówi. Będę czekała, z kujkami z mjekiem, winem, ramieniem do wypłakania, ręcyma do podrzucania do góry w chwilach radości. Zawzięta jesteś, wiem i impulsywna, ale pamiętaj nie ma miłości ważniejszej i większej niż swoja do siebie. I moja do Ciebie, rzecz jasna, ale urwę temat, bo się robi ckliwie i wzruszająco, zaraz wjedzie tu imbryczek z „Pięknej i Bestii” zaśpiewać nam balladę.

Reasumując
Nie mam nic przeciwko socjalizacji dzieci w cieniu obowiązujących ról społecznych, dopóki się ich nie przymusza i nimi nie manipuluje – dopóki mogą same spróbować, czy uważają, że fajniejsza jest koparka niż diadem oraz bycie Martyną Wojciechowską, a nie żoną Terlikowskiego. Wolność wyboru to piękna i bolesna lekcja, za każdym niemal razem. Niezmiernie jednak wkurza mnie ten podwójny standard, wtłaczania dziecku opowieści o pierdołowatych chłopcach, którzy w obcisłych getrach ratują świat oraz mądrych, pięknych, dzielnych dziewczynkach, które… Czekają aż ktoś je ogarnie.

Frustracja wylana. Opowiadam teraz własne bajki, choć muszę konkurować także z opowieściami o Basi (wyd. Egmont). Moja ulubiona, o dziewczynce, która nie wyczerpała matki psychicznie i położyła się spać bez 5 zabawek, piciu, siusiu, nowego układu choreograficznego, nie spotkała się z uznaniem. A szkoda, bo moim zdaniem to majstersztyk. Przynajmniej w gatunku fantastyki…

Czy u Was w domu też panuje miłość do postaci, którym najchętniej urwalibyście łeb? I czy wierzycie, że mają one realny wpływ na nasze dzieci? Bo ja na przykład kochałam Barbie, ale ani różowego ferrari, ani talii osy nie zauważyłam…

Ważne! Kolejny tekst, nierodzicielski, już we wtorek, 16.11. o 20:00 

Bądź na bieżąco, bo dużo się dzieje 🙂 :