Ponoć Blogerzy coraz częściej piszą o tym jak żyć i udzielają porad zmieniających światopogląd i nadających sens naszej marnej, ludzkiej egzystencji. Chciałabym chyba zacząć w końcu nadążać za trendami, a nie być takim blogowym wyrzutkiem i outsiderem, ale wciąż mam za mało mądrości, żeby móc się nimi dzielić i wydać książkę, muszę się więc ograniczyć do skromniutkiego wpisu.

 

Otóż Drodzy Państwo, żeby przeżywać przygody, nie trzeba wydawać pieniędzy, uciekać przed ochroniarzem w Zarze, kiedy pika bramka, czy jeździć MPK na gapę. Wystarczy być debilem i Radomską w jednym.

Zastanawiam się, czy istnieje jakiś odgórny limit na ilość kretynizmów, jakie można w życiu popełnić, po którego przekroczeniu nie będę musiała bać się już zostać sama ze sobą w pokoju. Zaliczyłam rozwalenie nosa i krwotok przez zderzenie ze szklanymi drzwiami, co byłam w stanie skwitować tylko gratulacjami, że w tak ruchliwym miejscu jak sklep, szyby są utrzymane w takiej czystości. Potrafiłam wsiąść do autobusu numer 54 dochodząc do radosnego wniosku, że skoro 53 jedzie do miejsca X, to 54 też na pewno kręci się w tych samych okolicach. Gubię się w tym brzydkim i depresyjnym mieście średnio dwa razy w miesiącu i od lat używam tego samego sposobu, żeby dotrzeć do domu. Podejście do pana w średnim wieku z miną spaniela-debila, poinformowanie, że nie jestem z Łodzi (no kurwa, to przecież dopiero 8 lat…Przyzwyczajam się..) , że przyjechałam odwiedzić rodzinę i jak taka Sierotka Marysia czy inna pipa zgubiłam się na prostej drodze, to jedyny i średnio wyrafinowany fortel, jaki byłam i jestem w stanie stosować. Przekwitły samiec odzyskuje wówczas przez chwilę poczucie męskości, a ja poczucie bezpieczeństwa i cień nadziei, że wrócę do mieszkania  przed zmrokiem. Chyba, że aktualnie nie ogarniam, że świadomość dzielnicy, na jakiej się mieszka to nie wszystko, bo Widzew Wschód i Zachód dajmy na to, to dwa kurewsko różne miejsca.  To jednak przygody, mimo znanego schematu, zawsze ciut nieprzewidywalne i ekscytujące. Poza tym, jak opowiadam znajomym idiotyczną historyjkę uzasadniającą moją nieobecność na jakimś spotkaniu, to raczej nigdy nie muszę kłamać.

Ale na litość boską, ile razy w życiu można gubić dokumenty?!

Człowiek rozkoszujący się samodzielnym mieszkaniem, podskakując jak sarenka, idzie żwawo na ryneczek zakupić skarpetki w normalnych kolorach (normalnych, czyli czarnych lub białych, a nie w tęcze, marynarzy, kucyki i inne gówna, które są jedyną metodą, aby odstraszyć współlokatora, który kradnie i nie pierze). Idzie i śmieje się radośnie do Słońca i przystanków, do ludzi mniej, bo  w tym mieście to podejrzane i można w łeb dostać, i myśli sobie, że koniec  z tym wiecznym zażenowaniem towarzyszącym każdej wizycie w mieszkaniu znajomych, każdorazowemu zdjęciu butów w miejscu niekoniecznie publicznym…

 

Podchodzi do babinki, prosi o 10 par, potem dowiaduje się o cenie, więc jednak stwierdza, że będzie prał i wystarczą 3 i wraca do domu- dumny, szczęśliwy i wolny. By dwa dni później się zorientować, że zyskał skarpetki, a  stracił dowód, prawko, legitymacje studencką, kartę do biblioteki i CLUB KARTĘ TESCO… I drze mordę na całe Bałuty, że tak się nie da, że znowu, że no kurwa mać… Bo znamy scenariusz takich akcji, boleśnie i dokładnie.

 

1. Nie informować matki

I to ważniejsze niż zablokowanie kart do bankomatów. Bank Wam przynajmniej powie, że mu przykro, a matka Was zabije.
I nieważne, że podkolorujecie historię, że zbirów było trzech, mieli nóż i grozili, że spalą Twój dom jak nie oddasz im karty do miejskiej biblioteki, a ty spanikowałeś, rzuciłeś portfel i uciekłeś, mając oczywiście przed oczami twarz ukochanej rodzicielki, którą tak pragnąłeś jeszcze kiedyś zobaczyć. Pierdolenie. Matka Cię zna jak PZU, które nie chce ci wypłacać odszkodowania, kiedy Cię okradają, bo zostawiasz notorycznie otwarte drzwi i kartkę „Mam plazmę, frajerzy”. Matki nie oszukasz. Matka się załamie.

 

2. Do Pani w dziekanacie, czwartą już w ciągu całego toku studiowania prośbę o wyrobienie duplikatu legitymacji, wysłać drogą e-mailową i oszczędzić sobie wstydu.

Niech się kobita bidna głowi nad tym, jak w takiej małej rubryce zmieścić całe zdanie „duplikat legitymacji dla kretynki numer 4”

 

3. Nie pisz o takim kompromitującym zdarzeniu an fejsbuku, ani na blogu.

Ludzie bardzo lubią, jak Ci się coś nie udaje, a udowadniając czytelnikom jaki z Ciebie cep, zniechęcisz tych nielicznych, wytrwałych, niezmordowanych panów po 60 z wadą wzroku, który w jesienny wieczór dowartościowują Cię mailami, w których piszą, że w sumie nie jesteś ładna, ale przynajmniej zabawna.

 

No i idź na policję. Może być śmiesznie Śmiech tylko sobie wyobraź…

 

Idziesz żwawo, zupełnie prawie tak jak na ten pieprzony ryneczek, tyle, że bez uśmiechu. Próbujesz wywarzyć drzwi, ale po 4 kopniaku uświadamiasz sobie, że nad klamką jest napisane |ciągnąć, a nie pchać, więc ratujesz swoją godność puszczając oczko do kamery z monitoringu, udając, że nie jesteś niedorozwinięty, a zabawny.

A w środku, jak w przychodni. Kolejka stękających i nieszczęśliwych ludzi. Mówisz im, że jest ci szalenie miło i że w sumie milej się spotkać tutaj niż na izbie przyjęć, bo tu nikogo nic nie boli, haha. Pani z podbitym okiem i typ, któremu skrojono mercedesa jakoś się nie śmieją. Dziwne.

Kolejka do okienka się nie kończy, więc z nudów zaczynasz czytać wszystkie rozwieszone plakaty, na których ktoś nadrukował informacje zmieniające Twoje życie czcionką Tomic Sans rozmiar 5 i z pomocą kursywy. Dowiadujesz się, co Ci grozi, kiedy zgubisz dokument tożsamości i żałujesz, że co roku powtarzasz, że nikt nie wysyła Ci już kartek na święta. W tym roku może jednak wyślą. Z Providenta, z najlepszymi życzeniami i prośbą o spłatę cudzego kredytu.

Nieśmiało i spode łba, pełen nieuzasadnionej, patriotycznej zawiści spoglądasz na ludzi obok siebie. Widzisz poobijane twarze, nieszczęśliwe żony, okradzione z majątków, telewizorów LCD i z godności i nagle zaczynasz się uśmiechać. No kurwa, przecież to tylko dokumenty z brzydkim zdjęciem, nie ma w ogóle z czego robić afery.

Podbijasz do okienka, gdzie prawie uśmiecha się do Ciebie bystry funkcjonariusz. Na nic zdało się chowanie włosów pod czapką i zakładanie kominiarki, on wie, że jesteś blondynką, dzięki Bogu, nie, że Radomską… Chyba, że poprosi Cię o podanie danych personalnych, to już zupełnie zmienia postać rzeczy i możesz bez krępacji wbijać tępy wzrok w podłogę. Kiedy zapyta o imię matki, powiedz godnie, nie jęcz, że zupełnie nie chcesz jej w to mieszać.

Próbujesz rozluźnić atmosferę żarcikiem, że Twój facet Cię bije, a pod Twoim oknem sterczą naruszający Twoją prywatność paparazzi,  Kwaśniewska wyglądała ładnie na ślubie, ale w związku z tym, że znów nikt się nie śmieje, przechodzisz do sedna. Aby nadać sytuacji nutki dramatyzmu, wspominasz o niekoniecznie brutalnej kradzieży saszetki z dokumentami, bo przecież gubić coś i znów to samo, to obciach… I bum, doceniasz potęgę komunikacji niewerbalnej i lata spędzone na oglądaniu Gąsowskiego w Kalamburach..

Pan policjant na wieść o kradzieży kręci trochę nosem. Wspomina mimochodem, ze ma bardzo dużo pracy, bo na Olechowie popełniono serię  tajemniczych morderstw, a na Widzewie zaginęła staruszka i kot i że będziesz musiał poczekać kilka godzin.  Zupełnie przypadkowo wspomina także, że gdybyś te dokumenty zgubił, a nie został napadnięty nożem, to znalazłby parę minut wypełniając formularz ułatwiający życie, wywinięcie się od kredytów i załatwienie nowych papierów.

Upierasz się jednak, cholera wie czemu, że to ważne, że musisz matce pokazać kartkę z napisem KRADZIEŻ, NAPAŚĆ, żeby bardziej niż na Ciebie wkurwiła się na bezprawie panujące w tym kraju. I że jesteś bezrobotną blogerką, więc nie stać się na spłatę kredytów, że cię zamkną, w celi, ze zboczeńcami, bez dostępu do Internetu…

Funkcjonariusz pozostaje niewzruszony i pełen obojętności i wsparcia informuje, że to nie tak łatwo wziąć w tym kraju kredyt, że oprócz posiadania dowodu, trzeba się przecież jeszcze umieć podpisać. Nie pozostaje ci nic innego, jak mieć nadzieję, że ewentualny złodziej jest analfabetą bez rąk i zapomnieć, że sam, dzięki legitymacji studenckiej ze zdjęciem wyretuszowanym tak, że ktoś mógłby uwierzyć, że jesteś ładny, nie posiadając pracy, otrzymałeś telefon na abonament.

Dostajesz zaświadczenie, które nie jest satysfakcjonujące, bo ewidentnie niesie w sobie komunikat, że odjebałeś. Ale teraz to już z górki, szybki opierdol od mamy, wizyta u taniego fotografa, drogi retusz, kilka stówek, kilka tygodni czekania i wizyt w urzędach i już. Po krzyku.

 

I nie przyrzekaj mi, że kupisz portfel wielkości plecaka otwierany na kod i z alarmem. Znamy się nie od dziś. Po prostu częściej nie zabieraj ze sobą pieniędzy, portfela, kart, dokumentów, a rzadziej zapominaj o mózgu.

Tyle, jeśli chodzi o życiowe rady Cioci Radomskiej, na dzisiaj.

Niebawem jednak idzie na mecz, więc …. 🙂

________________________________

Klasycznie zapraszam na fejsbuka: Mam Wątpliwość