Przeglądam ostatnio archiwum bloga, w celu ogrzania się w zimowy wieczór i … klops. Zamiast wzruszenia i uśmiechów, rachunek sumienia. Zdziadziałam. Cały poprzedni rok- zwykle na poważnie lub o dziecku- że się urodziło, ważne jest, rośnie, daje popalić i tak dalej tralalala. Że życie lubi kopa zasadzić, ale mimo to trzeba sadzić mu rabatki i się cieszyć, że jest, no rzyg, rzyg potworny. Kto dokonał lobotomii na mózgu Radomskim?!

Zakasuję rękawy szlafroczka, odkładam na bok rzeczy ważne, poza winem i mówię sobie- basta, czas wrócić do korzeni. Wyszydzić i obśmiać. Ozdobić absurdem jak lukrem. Palce rozgrzewam, pamięć rozpalam i poszukuję ciekawych zdarzeń z niedalekiej przeszłości i… Odkładam, w pozycji pt. wyrosły, to mam, macham nimi, żeby do dupska nie przyrosły, ale kompletnie nie wiem, co dalej z nimi robić. Dramat. Radomska się skończyła. ZNOWU.

Mówię, nie. Dam radę. Od początku. Coś musi być śmieszne przecież, poza moimi ambitnymi planami, które zawieszam codziennie o 21, niczym bieliznę na suszarce.
6:00 rano, powiedzmy, choć kłamię, wstaję. Odruchowo szukam okularów, żeby mieć pewność, że nikt  w nocy drzwi nie przesunął. Posuwistym ruchem kieruje się w stronę łazienki, nie unosząc stóp. Bozia raczy wiedzieć, która o tej porze jest lewa, a szkoda by było przez brak kompetencji skreślić ten dzień na starcie.
Wita mnie lustro, a w nim jakaś twarz. I nawet bym się śmiała, gdyby nie była moja. Codziennie to samo, a ja nie dowierzam. No bo Boże, ledwo wczoraj śmialiśmy się w podstawówce  z tej głupiej reklamy Nie garb się noś pajączek, a tu co? Okazuje się, że działa. Automatycznie się prostuję, odkrywając, że dwa robią mi ijo ijo na twarzy, tuż obok oczu. Szybko reaguję, nakładam siuwaks i tuszuję rzęs, walczę z czasem i fatum, lustro mi świadkiem, że robię, co mogę. Chociaż ono, bo nikt inny nie zauważy.
Patrzę na siebie i stwierdzam, że koniec. To nie jest śmieszne. Z takim ryjem, to ewentualnie na kabareton do dwójki, bo tam już dawno występujący, czymkolwiek, poza swoimi krzywymi japami, przestali bawić. Zdejmując piżamę odzieram się z reszty złudzeń. Kto tu tak namieszał? Cycek wczoraj był wyżej, daję słowo, lada moment będzie tylko wtedy, kiedy go żabkami na karniszu zawieszę. Wchodzi mąż. Może on się da jeszcze oszukać?

Prężę się, jak te panie na teledyskach, które udają, że wstały, a poduszka im w nocy robiła termo loki i doklejała rzęsy. Wciągam brzuch, co automatycznie unosi cycek na prawie wyjściową pozycję, wstrzymuję oddech i udaje, że nic się nie zmieniło. Nim odbierze mój grymas jako dwuznaczne zaproszenie, informuję, że majtek szukam nic więcej, daję słowo. A on, że co ja, taka wzdymana i wyprostowana, jakbym nosiła pajączek (kurwa, zorientował się, że mam, wiedziałam…) – przecież znamy się nie od dziś, nie ma co udawać, nie muszę przy nim bąka wstrzymywać, skoro mi się na niego zbiera. Wypuszczam powietrze. Cycki opadają. Kolana klęczą, nadgarstki pękają.

O, majtki. Zabawne są. Pamiętam, jak pytałam położną, jakie mają być, jakie będą najlepsze po porodzie. Przewiewne i wysokie, żeby się rana goiła. I co mogę powiedzieć, stojąc w nich, ponad dwa lata później? Wrażliwa jestem, traumę mam, rany mej duszy jeszcze się goją. Weekend z dzieckiem- wdaje się gangrena i cały proces zaczyna się od nowa.
I całe 6 minut wyeksploatowane jak wizerunek reklamowy szefa kuchni Amaro. Ruszam w dal. Do pracy. Jeszcze bym sobie z MPK podśmiechujki robiła, ale kilka spacerów zajezdni skutecznie mnie oduczyło tego brzydkiego zwyczaju. I jestem już w pracy.

„Chciałabym żyć z pisania”, mówiłam. Jak zawsze bez konkretów, to żyję. Całymi dniami testuję zabawki i wymyślam im hasła na opakowanie oraz instrukcje obsługi tłumaczoną na język ponglisz. Koło 11 dostaje już wylewu krwi do uszu, słuchając kolejnej fali szczekotu. I zawsze, kiedy właśnie zaczynam się świetnie bawić- gram na perkusji, steruję autkiem, bawię się z lalką w matkę Madzi i sprawdzam, co mówi, kiedy uderzam jej głową o ścianę albo testuję funkcje nagrywania w innej, ciesząc się durnie, kiedy słodko powtarza „Pocałuj mnie w dupę”, wchodzi szef. I po balu.

Z rozrywek większych, to tylko kawa. Lubię się bawić, więc dryga mi powieka. Lalki myślą, że je podrywam, mizdrzą się chwile, ale już je znam, człowiek okaże słabość słodkiej buzi, zlituje się, a one zaraz- nakarm, przytul, noś. Znam to, mam przecież męża, nie daję się nabrać i z premedytacją wydłubuję baterie, zanim się zaangażuję. O 16 stoję już w bloku startowym, głupia jak pies Pawłowa, który ślini się nawet, kiedy widzi pustą miskę. Bo ja, tak jak on się łudzi, że się nażre, tak ja, że odpocznę.

Wracam migiem, sprawnie, kwadrans ledwo- 17 jestem w domu i kombinuję obiad, zawsze zdziwiona, że nie ma tu innej mamy, poza mną, która to robi. I już bym dupkę posadziła na kanapie, ale nie- szefowa, karnawał, danse makabrę, disko dens przy suszarce na pranie. Wykorzystuję moment nieuwagi, zakopuję się w nakryciu łóżka i udaję, że mnie nie ma, straciłam przytomność, modląc się,  by pomyśleli, że nie żyję i śmierdzę i że dadzą się zdrzemnąć. Jednak strach nie płynie w ich żyłach, moja to też nie wino, ale spokojnie,  z tym winem poczekam aż usną. I niby rozsądny ze mnie twór, ogarniam, tylko nie wiem, jak to się dzieje, że  z tak pyskatym ryjem o 21 dla szefowej rosół gotuję. A jak już ich pousypiam, zanudzeniem, śpiewaniem, kiedyś na pewno w akcie desperacji, gazem, to siadam.

I próbuję pisać. Seplenią mi się palce, kiedy próbuję być zabawna. I dupa blada i płaska, moja. Nowego tekstu nie będzie. Radomska się skończyła. Nie ma się z czego śmiać!