Ja daleka jestem od prawienia morałów i już nauczyłam się, że skoro mi śmierdzi miejsce, w którym ktoś stoi, to wcale nie muszę tam łazić ani smrodu roznosić komentowaniem tego, co mnie tam nie urzekło. I już. Świat jest duży, pomieścimy się wszyscy z jedną małą uwagą…

I tu dygresja. Mój tato jest rolnikiem. Bardzo często w moim otoczeniu padało hasło „skupu żywca”. To takie ładne określenie na to, że hodowanymi zwierzętami się handluje, a te zwierzęta trzeba dobrze karmić, żeby rosły, bo wraz z ich wzrostem rośnie ich wartość. Ceny żywca ustalane są odgórnie, no ale bez względu na cenę, najwięcej zarobi ten, kto w dobrym momencie opchnie jak najwięcej krów, a wcześniej te krowy najbardziej utuczy. I nigdy nie sądziłam, że to określenie do mnie wróci i to w takim kontekście, a przyplątało się samo.

Zacznijmy od początku. Na ostatniej konferencji See Blogers byłam gościem panelu dyskusyjnego, który, jak mi się wydawało, miał dotyczyć budowania wartościowych społeczności w internecie, niemoralnych praktyk związanych z kupowaniem fanów, nieprawdziwych wyświetleń i Bóg wie czego jeszcze. Obok mnie zasiadali ludzie prężnie działający w swoich obszarach, przeze mnie nie zgłębianych,  bo mi dobrze tu gdzie jestem i nie mogę być wszędzie (bo i w sumie po co?). I byłam tam, bo, jak w mordę strzelił, mi się udało. Siedem lat robienia swoich rzeczy, sporo fakapów, pomyłek, ale nieustająco po swojemu i mam – ludzie mi wierzą. Są. Śmieją się ze mną, Lubią zaczynać i kończyć ze mną dzień, są ciekawi, co mam do powiedzenia i na ile sposobów wykrzywia mi się twarz. To absolutnie przepiękne. I stanowi największą nagrodę.

Wtem na panelu, którego byłam gościem, padło zdanie:  nie po to buduje się społeczność, wkłada w to tyle pracy, by tanio ją sprzedać. Mało istotne, kto jest ich autorem, bo niech wybrzmi dramat, że w ogóle padły z jakichkolwiek ust.

I dostałam w pysk tak, że aż mi okulary spadły, bo przyszło mi na myśl, że może ktoś ma prawo tak myśleć, ale jednak podzielenie się takim stwierdzeniem jest tak taktowne jak wypowiedzenie na głos „e tam, nie trzeba się myć, dopiero po wielu dniach się śmierdzi” nawet jeśli bardzo się w to wierzy i dla nas to prawda.

I ja, Oleńka Radomska, córka Zbyszka i Eli, chciałabym pozwolić sobie zamieścić obwieszczenie:

Otóż mimo historii rodzinnych nie zamierzam handlować żywcem. Żadnym. W przedszkolu próbowałam sprzedawać ślimaki i naprawdę tragicznie mi szło. Słowo. 20 groszy sztuka, zebrałam z dwieście w wyobraźni licząc już hajs i życie mnie rozczarowało, a ludzie nie zrozumieli. Ja zrozumiałam, że to nie moja branża. Akceptuję i szanuję, że są ludzie, którzy działają po to, żeby reklamować i sprzedawać i to ich święte prawo, a ja nie mam się czemu dziwić, bo pieniądze to wdzięczny argument, jednocześnie chciałabym, by to wybrzmiało:

Nie handluję. Nie sprzedaję zaufania ludzi, którzy ze mną są. Nie zarabiam się na nich. Zdarza mi się zarobić na tym, że to ludzie mnie docenili i polubili, a marki chciałyby, żeby ktoś taki jak ja podpisał się pod tym produktem, ale w swoich planach mam tworzenie czegoś, co ludzie zechcą mieć, w czym chcą wziąć udział, a nie co zostanie im na chama lub elegancko wepchnięte w gardło.
Nawet jeśli podejmuję się współprac reklamowych i pokazuje Wam coś, za co dostaje pieniądze, to dla mnie to tylko wygryw życia, bo polecam coś spoko, a jeszcze mogę czerpać korzyści, choć domyślam się, że kogoś dupka może  z tego tytułu boleć i nie pozostaje mi nic innego, jak wystawić własną, a także w zakresie własnego sumienia rozstrzygać, czy to, co robię, jest zgodne z wartościami, jakie wyznaję.

I chciałabym powiedzieć, że jak ludzie zaczną otwarcie mówić, że się nie myją, to.. W sumie lepiej, bo ich otoczenie będzie mogło się odsunąć nim poczuje przenikliwy smród. I tak dla mnie brzmi „zbieram ludzi wokół siebie, żeby im coś opchnąć” kiedy robisz wszystko, by przekonać ich, że łączy Was RELACJA.
I są różne sposoby na osiąganie sukcesu, a także metody ich zdobycia. Dla innych będzie to stan konta, dla drugich możliwość bycia autorytetem, kogoś skusi sława i splendor. Nie mnie to oceniać, ale… Odbiorcom już owszem. I na mojej, prywatno-publiczno-zawodowej liście priorytetów to jest właśnie ta relacja.

Nie wypasam ludzi contentem jak krów, żeby mi rośli i bym mogła ich zważyć i wycenić. Wypasam, bo dla mnie to strawa, lubię z nimi żreć, śmiać się i płakać, po prostu. I życzę im dobrze, mam nadzieję, że oni mi. Szanuję ich, siebie i nasz wspólny oraz oddzielny czas. Dziękuję za uwagę. MuuuuUUUsiałam to napisać. I choć szukam nadal swojej drogi, z całego serca nie chcę stracić z oczu tego, co mnie tu trzyma: pasji. Nikomu nie odbieram prawa do swoich poglądów, nie będę ich oceniać, bo jestem śpiąca, a po prostu nie miałam szansy się wypowiedzieć na panelu i jego wymowa nie była mi zanadto bliska. O.

„Nie wszystko, co się opłaca jest coś w życiu warte”, jak mawiał Bartoszewski, a ja lubiłam słuchać.

Fot. Niezastąpiona Karolina Paluszkiewicz – Forma Fotografia!