Co roku to samo. Rodzinne spędy, biesiady przy stole. Nudny wuj i marudna ciotka. Dzieciaki, które nie wiedzą, kiedy przestać zalewać mieszkanie wodą w lany poniedziałek. Sztampowe rozmowy o niczym, dyskusje o polityce. W tle telewizor. Rok w rok ten sam scenariusz. Tylko w tym jakoś głos spikera utrudnia przełknięcie barszczu.

BELGIA. Piątek.
35 spośród setek innych wstało w piątek i ze znudzoną miną szykowało się do pracy. Rutyna, na szczęście to piątek. Weekend tuż za progiem. Jeszcze tylko marynarka, szybkie poprawienie fryzury i… chwilę później koniec. Nie ma piątku, weekendu, barszczu, świąt. Nie ma 35 istnień. No ale słyszeliśmy to już tyle razy…

To wszystko już było wiele razy. Jak dzień świstaka rozgrywany w odstępach 12 miesięcy. Przypominają o tym pieczołowicie rozłożone serwetki z wypłowiałymi kurczątkami. To już ich siódme święta. Albo na pokaz – z koszykiem, w pierwszym rzędzie kościoła albo przaśnie – do przesady, przejedzenia i zdarcia głosu w czasie wzajemnego przekrzykiwania się przy stole. W niedziele może wspólny, rodzinny, leniwy spacer w blasku wiosennego słońca. Normalka.
A jednak coś nie gra.

PAKISTAN. Niedziela. Rodziny z dziećmi postanowiły odpocząć po całym tygodniu pracy i wybrać się do parku rozrywki. Dzieciaki rozhasane i głośne, nie wiedzą, kiedy przestać ostentacyjnie i głośno dawać wyraz swojej radości. Matki nie ukrywają uśmiechu, ojcowie, że bawią się lepiej od dzieci. Karuzele, zabawa, beztroska. Zamachowcy detonują ładunki kilka metrów od placu zabaw. Z ostatnich doniesień wynika, że 65 osób, w tym ponad 50 dzieci nie dotrze w poniedziałek nigdzie, żeby z wypiekami na twarzy opowiedzieć znajomym, jak minął im weekend. Ponad 300 innych gości parku rozrywki też raczej nie opowie za wiele. Nie rozumie, nie znajduje słów.

Rozmowy przy stole ucichają. Łyżki zatrzymują się w powietrzu. Apetytu brak. W głowie mętlik i tysiąc myśli.

Mechanizm obronny szepce, że to nie nasza sprawa, nie nasze konflikty, nie nasze wojny. Rozum ripostuje, że to jednak mogliśmy być my i nasze dzieci.

Nic nie jest nam dane na zawsze. Niewykluczone, że w przyszłym roku… Wuj nie będzie przynudzał. Ciocia nie zakłóci obiadu marudzeniem. Stracimy wszystko, na co tak często zdarza nam się narzekać tylko dlatego, że wydaje się nam, że jest wieczne i że nikt nie może nam tego zabrać.

A może.

U nas na razie nic nie wybucha, ale huk ze świata dobija się do naszych okien i drzwi. I głów. I nieistotne kto, dla kogo, za co i dlaczego. Wszyscy się gubią. W chaosie twierdząc, że mordowaniem, zastraszaniem i śmiercią, się walczy o pokój.

Może zabrzmię górnolotnie – ale ten barszcz, spacer, wuj, dzieci, to wolność, której smak powinniśmy docenić nim przyjdzie nam za nimi tęsknić…